– To jakaś różnica?
– Niewykluczone, że tym razem tak – odpowiedziała po chwili namysłu, lekko gładząc dwa czarne głośniki MAXA.
Pamiętała, w jaką euforię wpadł Dillon, kiedy MAX wygłosił swoją pierwszą opinię – „Niech żyją Redskini”.
– Gdyby to było zwykłe porwanie, nie miałoby żadnego znaczenia, kto z FBI się tym zajmie – ciągnęła. – Ale tu mamy do czynienia z zupełnie innym problemem, Dillon. Nikt nie ma zielonego pojęcia, kto za tym stoi i czego właściwie chce. Jedyną osobą, która może mieć jakieś konkretne podejrzenia, jest chyba Mason Lord. Wydaje mi się, że to jeden z powodów, dla których Ramsey zdecydował się pojechać do Chicago.
– W porządku, zadzwonię do Denver i uprzedzę Anchora o naszym przyjeździe. – Savich otworzył notes i szybko wybrał numer. – Zajęty, cholera jasna! Szefowie już dawno powinni wydać zarządzenie, że obowiązującym środkiem komunikacji wewnętrznej w firmie jest e – mail, nie telefon. Powinno to zresztą dotyczyć wszystkich, nie tylko pracowników FBI.
Sherlock pokręciła głową, sięgnęła po słuchawkę i wybrała ten sam numer. Po chwili poprosiła o połączenie z agentem Anchorem.
– Telefony cię nienawidzą, Dillon – powiedziała. – Najwyższy czas, żebyś przyjął to do wiadomości. Od dziś ja będę zajmować się telefonami. Och, dzień dobry, agencie Anchor. Tu agentka Sherlock z głównego biura w Waszyngtonie. Dziękuję, czuję się świetnie, a pan? Bardzo się cieszę. Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o sprawie porwania Emmy Santera. No, właśnie. Chodzi mi o tego farmera, który twierdził, że sprzedał ciężarówkę, którą jego żona uznała za skradzioną. Rozmawiał pan z nim, prawda? – Sherlock spojrzała nagle na telefon z takim wyrazem twarzy, jakby aparat przed sekundą ją ukąsił. – Chyba pan żartuje… – Długą chwilę słuchała uważnie, potem skinęła głową. – Kiedy to się stało? W jaki sposób? Ma pan jakieś podejrzenia?
Zadała jeszcze kilka pytań, wreszcie pożegnała się i odłożyła słuchawkę.
– Co się stało? – zapytał cicho Savich.
– Nie uwierzysz. – Westchnęła. – Farmer nie żyje. Trzy dni temu jego kilkunastoletnia córka znalazła go martwego, z głową rozwaloną młotkiem. Sprawca zostawił narzędzie zbrodni obok ciała. Anchor nie ma na razie żadnych wskazówek i podejrzeń, oczywiście również żadnych odcisków palców. Na wyniki sekcji zwłok trzeba będzie jeszcze poczekać. Agent Anchor zadzwoni do nas, kiedy tylko będzie wiedział coś więcej. Powiedział, że dopiero dziś otrzymał tę wiadomość od miejscowej policji. Sąsiedzi nikogo nie widzieli, nie zauważyli w ogóle nic podejrzanego. Żona zmarłego twierdzi, że mąż zawsze wychodził przed świtem do obory, żeby wydoić krowy.
– Tym razem ktoś na niego czekał – mruknął Dillon. Sherlock zapatrzyła się w okno.
– Poza córką, która go znalazła, miał jeszcze troje dzieci…
– Oczywiście to musi mieć bezpośredni związek z porwaniem, czy jakkolwiek nazwiemy tę sprawę.
– Agent Anchor też tak uważa, w każdym razie teraz jest zdania, że coś w tym musi być. Co zrobimy, Dillon?
Savich nacisnął jeden z klawiszy MAXA.
– Skopiemy tyłek sprawcom, Sherlock – oświadczył, naśladując głęboki, przekonywający głos laptopa.
Rozdział 15
– Powtarzam ostatni raz, nie pozwolę, żebyś sam pakował się w kłopoty. Wleźliśmy w nie razem i tak zostanie, od początku do końca.
Ramsey uśmiechnął się szeroko.
– Zanim przejdziemy do tego tematu, pozwól, że ci pogratuluję. Świetnie poradziłaś sobie z ojcem. Nie wściekłaś się, nie straciłaś cierpliwości i w końcu Mason ustąpił. Z niego też jest niezły bystrzak. Teraz do rzeczy – chcę pojechać do Denver, osobiście zaangażować się w tę sprawę i zaproponować współpracę policji oraz FBI. W tym czasie ty i Emma będziecie tutaj. – Natychmiast dostrzegł strach w jej oczach. – Poradzę sobie, Molly – powiedział pospiesznie. – Nie dam się zabić, obiecuję.
Oczy Molly błysnęły teraz gniewnie. Wzięła trzy głębokie oddechy.
– Doskonale, uczysz się nad sobą panować. Kiedy moja mama jest wściekła na ojca, bez wahania czymś w niego rzuca. Ojciec nadal jest najszybciej poruszającym się człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziałem.
– Bardzo się staram nie kopnąć cię w kostkę. Posłuchaj mnie, Ramsey. Wiem, że kierują tobą dobre intencje, ale w żadnym razie nie pozwolę, żebyś pojechał tam sam i naraził się na niebezpieczeństwo. – Uśmiechnęła się lekko. – Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jesteśmy jak trzej muszkieterowie. Mów do mnie D’Artagnan.
– D’Artagnan był czwartym muszkieterem.
– Trudno, nie pamiętam, jak nazywali się pierwsi trzej.
– Aramis i… Ja też nie pamiętam. Czy Emma też zostanie muszkieterem, Molly? Damy jej szpadę, czy raczej pistolet, i pozwolimy walczyć u naszego boku?
Molly podeszła do okna i stanęła tyłem do niego, rozcierając przedramiona.
– Razem zdołaliśmy przywrócić Emmie odrobinę poczucia bezpieczeństwa – odezwała się. – Nie wyobrażam sobie, jak zareaguje na wiadomość o twoim wyjeździe. Ona potrzebuje nas obojga, nie rozumiesz?
Ramsey zaklął pod nosem i przeczesał ciemne włosy palcami.
– Masz rację, Molly. Zgadzam się. Wobec tego musimy rozwiązać to jakoś inaczej. Zadzwonisz do Loueya do Niemiec i nakłonisz go do powrotu. Bardzo możliwe, że jest zamieszany w tę sprawę. W jaki sposób? Nie wiem, ale nie możemy tego wykluczyć. Musimy porozmawiać absolutnie ze wszystkimi, bez wyjątku.
– Spróbuję – powiedziała Molly.
Trzy minuty później czekali na połączenie z apartamentem Loueya Santery w berlińskim hotelu Bristol Kempinsky.
– W Berlinie jest teraz chyba szósta rano – powiedział Ramsey.
– Coś koło tego – zgodziła się Molly.
– Apartament pana Santery – odezwał się nieco zaspany głos. – Mówi Rudy. W czym mogę pani pomóc? Jest dopiero parę minut po szóstej…
– Dzień dobry, Rudy, mówi pani Santera. Nie wiem, czy Louey o tym wspominał, ale jego córka została niedawno porwana. Poproś go do telefonu, dobrze?
W słuchawce zapadła pełna napięcia cisza.
– Poproś go. Rudy.
– Dobrze, proszę pani… Minęły następne trzy minuty.
– To ty, Molly? – warknął Louey Santera. – Co się dzieje, do diabła? Z Emmą wszystko w porządku? Słyszałem, że jest już bezpieczna.
– Tak, Emma czuje się dobrze, ale sytuacja znacznie się skomplikowała, Louey. Musisz wrócić do Stanów, i to jeszcze dziś.
– Nie mogę. Dziś wieczorem mam koncert. Zgodnie z kontraktem muszę zagrać jeszcze trzy.
– Posłuchaj, to naprawdę ważne. Chodzi o życie twojej córki. Czy to nic dla ciebie nie znaczy?
– Może mógłbym wrócić pod koniec tygodnia, ale nie wcześniej. Cholera jasna, Molly…
– Dzisiaj, Louey – powiedział Mason Lord miękkim, łagodnym głosem.
– Kto mówi?!
– Witaj, Louey. Mówi twój były teść. Jak się czujesz w ten piękny poranek? Bo w Berlinie jest teraz chyba bardzo wczesny ranek, prawda?
– Tak, kurwa mać. Więc Molly wróciła do domku, do tatusia, tak?
– Proponowałbym, żebyś spakował rzeczy i wrócił do Stanów, Louey. Na pewno zdążysz na samolot Lufthansy z Frankfurtu do Chicago.
– Nie mogę! Ja…
– Dzisiaj, Louey. Chcemy z tobą porozmawiać. Niewykluczone, że będziesz musiał wyjaśnić nam kilka spraw.
W słuchawce, gdzieś w tle, odezwał się nagle jakiś kobiecy głos.