– Bardzo chciałabym pojechać do Irlandii – powiedziała raczej do siebie niż do niego. – Jest tam naprawdę pięknie, widziałam zdjęcia… – Nagle jej oczy zalśniły. – Mogłabym znowu zacząć pracować… Wystarczy, że zabiorę aparat fotograficzny…
Ramsey uświadomił sobie, że dla Molly ten krok oznacza początek nowego życia, podobnie jak dla niego.
– Zabierzesz wszystko, co będzie ci potrzebne. Zrobisz Emmie zdjęcie? Specjalnie dla mnie?
– Tak, bardzo chętnie. Nie boisz się, że dziennikarze pojadą za nami?
– Wątpię, czy jesteśmy wystarczająco interesujący – odparł z uśmiechem.
– Wiesz, że to nieprawda.
– W porządku, masz rację, ale spróbujemy ich przechytrzyć.
– Wyjeżdżacie? – zapytał Mason bez szczególnego żalu czy zaskoczenia w głosie. – Miles powiedział mi, że zamówiliście taksówkę. – Uśmiechnął się lekko. – Potrafię zrozumieć, dlaczego nie chcecie skorzystać z jednego z moich samochodów…
Był to żart, lecz Ramsey miał nadzieję, że Emma go nie zrozumie. W swojej karierze miał już do czynienia z ludźmi takimi jak Mason Lord, dla których skazanie kogoś na śmierć było po prostu następnym przesunięciem pionka na szachownicy.
– Tak – powiedział. – Wyjeżdżamy. Molly jest gotowa wrócić do Denver. Nie zamierzał zwierzać się Masonowi, dokąd naprawdę się wybierają.
– Eve chciała popływać na jeziorze Michigan, ale odwiodłem ją od tego pomysłu. Wiedziałem, że jeśli opuszczę dom, natychmiast wyjedziecie.
– Więc został pan, ale my i tak wyjeżdżamy. To wszystko nie ma znaczenia, Mason. Dziękuję za pańską gościnność.
Eve Lord wyszła z salonu i stanęła za plecami męża. Powiedziała, że zjawił się detektyw O’Connor. Ramsey zaklął pod nosem. Powinien był to przewidzieć, ale po prostu nie pomyślał. Skoncentrował się na planowaniu wyjazdu. Odwrócił się do Molly.
– Bądź z Emmą w pobliżu – powiedział. – Chcę porozmawiać z O’Connorem.
Spotkał detektywa na progu salonu.
– Właśnie wyjeżdżam. Pani Santera i Emma jadą ze mną.
Detektyw O’Connor wyglądał, jakby w nocy ktoś podmienił skórę jego twarzy na inną. Pod oczami miał ciemne worki, szczęki wydawały się dziwnie obwisłe.
– Nie dziwię się panu, Ramsey. Nie będę wam przeszkadzał, chciałbym tylko zapytać, czy wie pan coś o tej nowej sprawie?
– Dowiedziałem się o tym z telewizji. Wszyscy jedliśmy lunch i przypominam sobie, że zacząłem się zastanawiać, po jakiego grzyba ktoś nastawił telewizor w kuchni na lokalną stację telewizyjną w Las Vegas, i to na cały regulator. Zaraz potem wszystko stało się jasne. Oczywiście obaj zdajemy sobie sprawę, że to Mason Lord zaaranżował zabójstwo. Powiedziano mi, że teraz rachunki zostały wyrównane i nie będzie więcej aktów przemocy.
Detektyw O’Connor gwizdnął przez zęby.
– Czuję się jak mucha, która lata w kółko i nie ma na czym wylądować. Nie podejrzewam, aby Mason Lord otwarcie przyznał się panu do tego czynu, prawda?
– Nie, nie powiedział ani słowa, miał jednak w oczach błysk satysfakcji, którego nie potrafił ukryć. Nie mam cienia wątpliwości, że to jego sprawka. W ogóle to miejsce wydaje się istnieć w innym wymiarze rzeczywistości.
– Gliniarze z Las Vegas twierdzą, że na miejscu przestępstwa nie ma żadnych śladów. Wszystko zostało precyzyjnie zaplanowane, zostały tylko dwa trupy.
– Będzie pan sprawdzał, czy któryś z ludzi Lorda nie zrobił sobie krótkiej wycieczki do Vegas? – zapytał Ramsey.
– Tak, chociaż szczerze mówiąc, nie ma to najmniejszego znaczenia. Mason Lord jest zresztą zbyt sprytny, aby naprowadzać nas na swój trop w tak oczywisty sposób. Ci faceci działają na innych zasadach. Tak czy inaczej, muszę przeprowadzić rozmowy ze wszystkimi, także z samym Lordem. Kto wie, może przyjadą tu również ludzie z wydziału zabójstw z Las Vegas?
– Nadal nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości tego, co Miles powiedział mi o zasadach, obowiązujących w świecie Masona Lorda i Rule’a Shakera. – Ramsey westchnął. – Nie wyobrażam sobie, jak Rule Shaker, który właśnie stracił córkę, może teraz uznać, że on i Lord są kwita…
– Kiedy Rule Shaker kazał podłożyć ładunek wybuchowy w samochodzie, do którego na szczęście nie wsiedliście, na pewno zdawał sobie sprawę, że ryzykuje życie własnego dziecka – zauważył policjant. – Nie jest to portret idealnego ojca, prawda? Ale ci faceci nie są tacy jak pan czy ja, Ramsey. Czegoś im brak, może jest to jakaś wada genetyczna, sam nie wiem. Zawsze należy jednak pamiętać, że z pewnością nie są głupi i mało bystrzy, co to, to, nie. Może Shaker sądził, że Lord spróbuje zabić jego, lecz stało się inaczej.
– Załóżmy, że nie spodziewał się, iż Mason Lord posunie się tak daleko. Załóżmy, że teraz wcale nie dojdzie do wniosku, iż są kwita. Co będzie dalej?
– Nie powinien pan się nad tym zastanawiać. Dla was trojga ta sprawa już się zakończyła. Rule Shaker nie popełni kolejnego błędu, bo zwyczajnie nie może sobie na to pozwolić. Ma za dużo do stracenia. Niech pan odeśle dziewczynkę i jej matkę do domu. Policja w Denver zajmie się nimi. Proszę zostawić nam ostateczne załatwienie tego wszystkiego. Zawiadomimy pana, jeżeli wpadniemy na jakiś trop.
Rozdział 24
O szóstej trzydzieści wieczorem przed domem Molly na Shrayder Drive zatrzymała się taksówka. Dom był mały i śliczny, z białymi framugami okien i pomalowanymi na pastelowy błękit skrzynkami na kwiaty oraz parapetami. Za płotem rosły kwitnące krzewy, na ganku stało kilka kwiatów w doniczkach.
Dom znajdował się naprzeciwko parku, z którego porwano Emmę w chwili, gdy Molly robiła zdjęcia. Przed każdym domem na tej uliczce rosły drzewa i krzewy, lecz nigdzie nie było tak pięknych kwiatów.
Emma zachowywała się jak milczący duszek. Mocno przyciskała elektryczne pianino do piersi i patrzyła prosto przed siebie. Ramseyowi przyszło do głowy, że być może mała nie chce w żaden sposób zwracać na siebie uwagi, uważając, iż takie wtopienie się w tło uchroni ją przed niebezpieczeństwem.
Mógł raz jeszcze powiedzieć, że nic jej nie grozi, lecz nie byłaby to zupełna prawda, i Emma także o tym wiedziała. Człowiek, który ją porwał, nadal przebywał na wolności. Możliwe, że ukrywał się gdzieś daleko, ale Emma uważała, że czai się w pobliżu, gotów znowu ją porwać, kiedy tylko nadarzy się okazja. I niewykluczone, że miała rację.
Ramsey spojrzał w stronę parku. Były tam dolinki i wzgórki, kwietniki i krzewy, kępy jesionów oraz sosen. Zastanawiał się, gdzie tamtego dnia ukrył się porywacz, zanim udało mu się zbliżyć do Emmy. Zauważył, że Molly patrzy w kierunku małego zagajnika w zachodnim rogu parku. A więc tam.
Jej twarz była napięta, blada i mizerna, nawet wspaniałe rude włosy sprawiały wrażenie matowych i martwych, ściągnięte do tyłu i spięte bladozieloną spinką, pasującą kolorem do jedwabnej bluzki. Ramsey pomyślał, że gdyby Molly miała swoje własne elektryczne pianino, przyciskałaby je teraz do piersi dokładnie takim samym gestem jak Emma.
– Jesteśmy w domu, Emmo – odezwała się bardzo cicho, nie chcąc przestraszyć córeczki. – Pamiętaj, że mamy tylko spakować rzeczy i zaraz jedziemy z Ramseyem do San Francisco, dobrze?
– A potem Ramsey pojedzie z nami do Irlandii, tak? – zapytała Emma, trzymając się bardzo blisko matki i Ramseya.
Molly zastanawiała się, jak przebiegła ostatnia rozmowa Emmy z doktor Loo. Postanowiła, że następnego dnia rano zadzwoni do lekarki.