– Tak – odparła. – Ramsey chce wrócić do Irlandii i naprawdę bardzo mu zależy, żebyśmy pojechały tam razem z nim. Błagał, żebyśmy się zgodziły, Em. Jestem miłą osobą, więc w końcu ustąpiłam.
– Naprawdę błagałeś, Ramsey? – zaciekawiła się Emma.
– Potrafię błagać najlepiej na świecie – rzekł i przykucnął przed dziewczynką. – Doszedłem do wniosku, że nie chcę stracić was z oczu, że jeśli nie będę cię codziennie widywał, to chyba serce mi pęknie. Nie masz nic przeciwko temu, żebym do jutra został tu z wami?
– Możesz z nami zostać – powiedziała. – Myślę, że to dobry pomysł. – Przeszła przez otwartą furtkę i pomaszerowała w kierunku domu, tuląc pianino. – Doktor Loo pokazała mi Irlandię na mapie w atlasie – rzuciła przez ramię. – Podobno jest tam tak zielono, że trzeba myć zęby co najmniej dwa razy dziennie, żeby także nie zzieleniały.
– Czy to był żart, Emmo?
Ku jego wielkiej uldze i radości uśmiechnęła się szeroko, z wyraźną satysfakcją.
– To tamten park, prawda? – zwrócił się cicho do Molly.
– Tak. Kiedyś bardzo kochałam ten dom. Mieszkaliśmy z Loueyem w zachodniej części Denver, w eleganckiej i modnej dzielnicy. Po rozwodzie sprzedałam tamten dom i kupiłam ten. Sęk w tym, że już go nie lubię. Widzę, że na widok tego miejsca Emma zesztywniała ze strachu. Ja też się boję…
– Spokojnie – powiedział, świadomy, że żadne słowa nie uspokoją Molly. – Możemy po prostu wejść do środka i spakować rzeczy twoje i Emmy, wcale nie musimy zostawać tu na noc.
– Nie musimy – zgodziła się.
– Możesz go sprzedać, Molly. Nie ma żadnego powodu, dlaczego nie miałabyś tego zrobić i przeprowadzić się do innego miasta, na przykład do San Francisco.
Ostatnie zdanie samo wyfrunęło mu z ust. Utkwił wzrok w pięknym krzaku róży za plecami Molly.
– Nie miałem na myśli, że… – zaczął.
– Nie, oczywiście że nie – powiedziała, znowu chłodna i opanowana. – Mężczyźni rzadko mają to na myśli.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Nic. Przepraszam, mam za sobą długi dzień. Spędziłam w Denver kilka lat z Loueyem. Już idziemy, Emmo!
Emma stała cierpliwie na schodach, czekając, aż matka znajdzie klucz. W końcu Molly przekręciła klucz w zamku i pchnęła drzwi.
– Wszystko wygląda tak porządnie, bo wynajęłam ogrodnika – wyjaśniła. – Jedna z moich sąsiadek miała zaglądać do domu i podlewać kwiatki, ale na pewno meble są mocno zakurzone i…
Molly przerwała. Poczuli ohydny odór, ledwo weszli do niewielkiego holu.
– Mamo, niedobrze mi – powiedziała Emma, cofając się do wyjścia. – Cuchnie tu tak samo jak w domu Ramseya, pamiętasz?
Ramsey chwycił Emmę, nim zdążyła wybiec na zewnątrz.
– Trzymaj się za mną, Em. Twoja mama i ja sprawdzimy tylko, co się dzieje. Idź za mną, kochanie.
– Och, nie! – jęknęła Molly.
Jej kolorowy i przytulny salon, połączony kształtnym, zwieńczonym łukiem przejściem z jadalnią, pełen jedwabnych poduszek, pięknie oprawionych akwarel i fotografii oraz pociągniętych jasnymi, wesołymi farbami starych mebli był zupełnie zdewastowany. Nawet pnące rośliny wyrwano z doniczek i rzucono na drewnianą podłogę.
– Spakujemy te rzeczy, które nadają się do noszenia, zabierzemy wasze paszporty, jeśli są całe, i wynosimy się stąd – powiedział Ramsey energicznym tonem. – Na policję zadzwonimy już z hotelu.
– Muszę też zadzwonić do sąsiadów i do firmy, która zajmuje się sprzątaniem. Kto to zrobił i dlaczego? Czy to wszystko kiedykolwiek się skończy?
– Skończy się. Już się skończyło. Wasz dom został zniszczony wiele dni temu.
Półtorej godziny później policjanci weszli do składającego się z dwóch sypialni apartamentu na dziewiątym piętrze hotelu Brown Palace. Pokoje były duże i wygodne, ale zdecydowanie przegrzane. Ramsey otworzył wszystkie okna i kazał obsłudze włączyć klimatyzację. Emma siedziała na kanapie, oglądając film rysunkowy w telewizji.
Ramsey, Molly oraz detektyw Mecklin z wydziału kryminalnego w Denver zajęli miejsca przy okrągłym stole w drugim końcu salonu. Parę minut temu kelner przyniósł dzbanek świeżej kawy, filiżanki i talerz z ciasteczkami.
Detektyw Mecklin powoli przeżuwał herbatnik z płatkami owsianymi, stanowiący specjalność kuchni Brown Palace.
– Mówiłam już, że moja sąsiadka regularnie zaglądała do domu, aby podlać kwiatki – powiedziała Molly. – Trzy dni temu wszystko było w porządku. Jeden z waszych ludzi teraz z nią rozmawia, prawda?
– Tak – odparł Mecklin. – Wątpię jednak, czy coś widziała, bo już by do mnie zadzwonili. Temu, kto to zrobił, na pewno nie brakowało bezczelności. Przestaliśmy pilnować pani domu pięć dni temu.
Rozległ się dzwonek hotelowego domofonu i po chwili do salonu wszedł towarzyszący Mecklinowi młody policjant, prowadząc specjalnego agenta FBI Anchora, ubranego w ciemny garnitur i białą koszulę z wąskim, ciemnym krawatem.
Molly z trudem stłumiła jęk. Mecklin był do zniesienia, ale agent Anchor?!
– Witam, pani Santera. Nadal się zastanawiam, czy nie powinienem pani aresztować.
– To miło z pana strony – rzuciła Molly, czując, jak jej napięcie ustępuje miejsca złości.
Była wściekła i wcale nie czuła się z tym źle. Wyprostowała się i obdarzyła Anchora chłodnym uśmiechem. Nagle przypomniała sobie, że tak samo zachowuje się jej ojciec. Od pierwszej chwili miała ochotę zgasić tego aroganckiego, zarozumiałego faceta, który zjawił się w jej domu wkrótce po porwaniu Emmy. – Czy już zdecydował się pan, pod jakim zarzutem? Może za to, że sama znalazłam moją córeczkę? Albo że udało mi się uciec przed płatnymi zabójcami? A może oskarży mnie pan, że nie oddałam dziecka w pańskie niekompetentne ręce? Nie, skądże znowu! Już wiem – aresztuje mnie pan za to, że wykonałam pańską robotę!
Trafiła w czuły punkt. Anchor zaczerwienił się, zacisnął pięści. Wyglądał tak, jakby lada chwila miał wybuchnąć. Molly uśmiechnęła się z satysfakcją.
– Mam jeszcze lepszy pomysł! – dorzuciła. – Może zastanowi się pan, czy nie aresztować mnie za to, że zdewastowałam własny dom?
Agent Anchor zdołał się opanować, zdobył się nawet na nieco sztywny uśmiech. Zaskoczony Ramsey pomyślał, że może z czasem Anchor przestanie być takim potwornym bucem.
– Pani żartobliwy stosunek do sprawy nie jest chyba najwłaściwszy – oświadczył. Spojrzał na Ramseya i podniósł ciemne brwi. – Pana twarz jest mi znana – rzekł, nie doczekawszy się odpowiedzi na nieme pytanie.
– Nic dziwnego – włączył się detektyw Mecklin, przełykając kęs następnego herbatnika z płatkami owsianymi. = To sędzia Ramsey Hunt, ten, o którym bez przerwy gadają ludzie z San Francisco i Chicago.
Agent Anchor zesztywniał. Był przyzwyczajony do całkowitej uległości ze strony świadków i osób przesłuchiwanych, tymczasem Molly Santera i ten Hunt traktowali go jak tępego gliniarza z dowcipów.
– Co pan tutaj robi? – zapytał. Ramsey się uśmiechnął.
– Widzi pan, agencie Anchor, mój dom w San Francisco został potraktowany w identyczny sposób jak dom pani Santera, przyszło nam więc do głowy, że może te dwie sprawy coś łączy. Jak pan myśli? Rule Shaker jest chyba bardzo drobiazgowym człowiekiem, prawda?
– Nie podoba mi się pańskie poczucie humoru – burknął Anchor. – Znam wszystkie okoliczności sprawy. Niezależnie od wszystkiego, pani Santera nie powinna była sama wyruszać na poszukiwanie córki i odmawiać powrotu do Denver po jej odnalezieniu. Dołożyła wszelkich starań, żeby utrudnić mi prowadzenie dochodzenia. – Obrzucił Molly spojrzeniem pełnym nieskrywanej antypatii. – Nie powinna była też obrażać mnie, kiedy się tu zjawiłem. Niczym sobie na to nie zasłużyłem. Gdyby posłuchała mojej rady, być może jej mąż nadal by żył. Ale cóż, dzięki tym wszystkim zabiegom zdobyła względy żywego sędziego, prawda?