– Nigdy nie dostałabyś domu, chyba że udałoby ci się przekupić sędziego – rzekł Ramsey, nalewając jej filiżankę kawy z termosu.
Westchnęła ciężko.
– Obawiam się, że mój mąż nie wykazałby zrozumienia dla sprawy. A może byś mnie zaadoptował?
– Jesteś starsza ode mnie.
– Ach, więc słyszałeś o dyskryminacji ze względu na wiek!
– Skądże znowu! Dzięki, że wpadłaś, Ginny. Co się dzieje w mieście?
– Wszyscy nadal nazywają cię Sędzią Dreddem. W dodatku teraz, po twoim flircie ze światem przestępczym, jest to szczególnie trafny przydomek. Dziennikarze szaleją. Dziwię się, że jeszcze nie zwiedzieli się o twoim powrocie, ale ta cisza przed burzą na pewno nie potrwa długo.
Ramsey krótko opowiedział Virginii o wydarzeniach w Chicago.
– Pojutrze wyjeżdżam z Molly i Emmą do Irlandii – zakończył. – Mieliśmy lecieć jutro rano, ale Molly przez całe popołudnie wymiotowała, więc musi mieć trochę czasu, żeby dojść do siebie. Chyba zatruła się sosem z małży, który jadła w samolocie. Mam nadzieję, że to nie zapalenie żołądka albo wrzód, chociaż nie byłoby w tym nic dziwnego po tych wszystkich przeżyciach.
Virginia Trolley wstała z krzesła, podeszła do szerokiego francuskiego okna i odsunęła zasłony. Ciemne chmury wisiały nisko nad ziemią. Na niebie nie widać było ani księżyca, ani gwiazd. Westchnęła głęboko.
– Wszyscy rozmawialiśmy o tym, co wam się przydarzyło – powiedziała. – Ta sprawa z Shakerem wydaje się wyjątkowo mętna i niebezpieczna. Jeżeli to rzeczywiście jego dzieło, szanse na wyrok skazujący są mniej więcej takie jak na zwycięstwo Raidersów w meczu o puchar. – Uśmiechnęła się lekko. – Na pewno nie większe…
Ramsey usiadł w dużym skórzanym fotelu za biurkiem i odchylił się do tyłu, opierając głowę na splecionych ramionach.
– Mam nadzieję, że to Shaker, bo wtedy moglibyśmy uważać się mniej więcej za bezpiecznych. Tak czy inaczej, FBI uważa, że to jego sprawka. Policja z Denver jest tego samego zdania. Nadal szukają zboczeńca, który porwał Emmę. Liczę, że uda nam się wymknąć, zanim zlecą się tu dziennikarze. Chyba będzie dobrze, jeżeli na jakiś czas wyjedziemy z kraju, nie sądzisz? Masz dla mnie coś nowego?
Virginia odwróciła się od okna, pozwalając, aby zasłony opadły swobodnie.
– Ja także uważam, że wasz wyjazd to świetne rozwiązanie – powiedziała. – Jeśli chodzi o dochodzenie w sprawie dewastacji domu, to policja nie wpadła na żaden trop. Sąsiedzi nic nie widzieli, nie ma żadnych odcisków palców. – Przerwała i uważnie rozejrzała się po gabinecie. – Szef firmy, którą wynajęliśmy do sprzątania, powiedział, że są dumni, mogąc zrobić coś dla sędziego Ramseya Hunta, wiesz? A magazyn „Chronicle” chciał zrobić serię zdjęć tego pokoju po remoncie. Wygląda świetnie, prawda? Ta ciemna boazeria, skórzane meble, wywoskowana dębowa podłoga…
– Tak. Nie muszę chyba mówić, że jestem wam bardzo wdzięczny.
– Masz dla mnie jakieś polecenia?
– Nie, na razie wszystko jest w jak największym porządku. Myślę jednak, że po powrocie powinienem załatwić sobie ochronę.
– Słusznie. Dopilnuję, żeby mniej więcej co pół godziny ulicę patrolował wóz policyjny. Ach, muszę ci coś pokazać, chociaż uważamy, że to rzecz bez większego znaczenia. Oczywiście anonim. Ktoś wetknął to świństwo w kopercie pod drzwi twojego gabinetu w gmachu sądu…
Virginia wyjęła z torby kartkę papieru i podała ją Ramseyowi. Wiadomość była krótka i zwięzła.
JESTEŚ MORDERCĄ. ZGINIESZ.
Słowa zostały starannie napisane drukowanymi literami, grubym czarnym flamastrem. Ramsey oddał kartkę Virginii.
– Bardzo oszczędny styl, więc to na pewno nie prawnik. Są jakieś powody, aby przypuszczać, że to coś więcej niż zwykłe bredzenie wariata?
– Raczej nie. Niczym nie różni się to od śmieci, które dostawałeś bezpośrednio po incydencie w sali sądowej. Ostatnio chyba nie pojawiło się nic nowego, prawda?
– Nie. W każdym razie nikt mi o niczym nie wspominał.
– Więc najprawdopodobniej to nic poważnego. Tak czy inaczej, uważaj na siebie. Sędzio Dredd. Słyszałam, jak jeden z tajniaków opowiadał kolegom, że wykonał manewr Hunta, czyli skopał komuś tyłek. Żałował, że nie miał na sobie czarnej togi, bo to dodałoby smaczku całemu wydarzeniu. Twoje nazwisko weszło do słownika gliniarzy, Ramsey…
Virginia Trolley podniosła wzrok i zobaczyła stojącą w progu małą dziewczynkę, która tuliła do piersi duże przenośne pianino. Instrument sięgał jej do kolan. Dziewczynka miała piękne, gęste włosy w kolorze mahoniu, których pasma wymykały się z grubego francuskiego warkocza.
– Cześć – powiedziała Ginny. – Czy to ty jesteś Emma Santera?
– Tak, proszę pani. Ramsey, mama znowu wymiotuje. Nie chciała, żebym ci o tym mówiła, ale boję się, czy nie jest bardziej chora. Zrobisz coś?
– Tak, Emmo, zaraz się nią zajmę. – Ramsey odwrócił się do Ginny. – Zadzwonię do Jima Havershama. Jest mi winien drobną uprzejmość. Nigdy nie zapomnę, jak Savich powiedział, że dobrze jest pomóc lekarzowi, aby czuł się zobowiązany.
– Savich to twój kumpel z FBI?
– Tak. Słuchaj, Ginny, niedługo zadzwonię. Gdyby pojawiło się coś nowego, możesz przesłać mi to faksem do Irlandii. Na parę dni zatrzymamy się w Dromoland Castle, na północ od lotniska Shannon. Zapomniałem, jak nazywa się to hrabstwo. Dam ci znać, gdzie będziemy później.
– W porządku. Trzymaj się, Ramsey. Do widzenia, Emmo. Opiekuj się mamą i Ramseyem, dobrze?
– Dobrze, proszę pani. – Emma weszła do pokoju i stanęła obok Ramseya, czekając, aż Ginny się z nim pożegna.
Kiedy Virginia zamknęła za sobą drzwi, Ramsey sięgnął po słuchawkę. Rozmawiał krótko, a gdy skończył, wziął Emmę razem z jej pianinem na ręce.
– Chodźmy powiedzieć mamie, że ma szczęście. Nie musimy jechać z nią do szpitala. Niedługo przyjedzie do niej z wizytą prawdziwy, żywy lekarz.
Doktor James Haversham miał czterdzieści dwa lata, był dwukrotnie rozwiedziony i każdą wolną chwilę spędzał na żaglach. Wyprostował się i z namysłem skubał brodę, uważnie przyglądając się Molly.
– Musiałbym zrobić kilka badań – rzekł w końcu.
– Nie ma mowy. Nie pójdę do szpitala. Po moim trupie. Nie dam sobie zrobić żadnych badań.
Haversham westchnął ciężko.
– No dobrze… Spróbujemy poradzić sobie inaczej. Sądzę, że zjadła pani coś nieświeżego. Ramsey mówił mi, że w samolocie zamówiła pani makaron i sos z małży. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie ten sos. Na szczęście pozbyła się pani chyba całej trucizny, ale nadal ma pani skurcze i właśnie dlatego znowu zaczęła pani wymiotować. Dam pani zastrzyk i lek w tabletkach.
Mam nadzieję, że to uspokoi układ trawienny i zlikwiduje mdłości. Minie trochę czasu, zanim wróci pani do równowagi. Jest pani nieco odwodniona, dlatego musi pani dużo pić dziś wieczorem i jutro przez cały dzień. Po zastrzyku będzie pani senna, więc powinna pani spokojnie przespać noc. Zastrzyk robimy domięśniowo, proszę się odwrócić na brzuch.
– Ramsey, zabierz Emmę, dobrze? Ale Emma nie zamierzała zostawić matki samej z obcym człowiekiem.
– Nie, mamo, przecież ty mnie teraz potrzebujesz. Potrzymam cię za rękę.
– Mnie też potrzebujesz, Molly. Potrzymam cię za drugą rękę. To twoja godzina próby.
Emma podniosła głowę i zmierzyła Ramseya bacznym spojrzeniem.
– Czy to był żart, Ramsey?
– W porządku – powiedział doktor Haversham. – Odwróćcie się obydwoje, żeby moja pacjentka nie czuła się zażenowana.
Odwrócili się posłusznie i wbili wzrok w ekran telewizora. Powtarzano kolejny odcinek serialu M*A*S*H*. Usłyszeli krótki okrzyk i zaraz potem głos doktora Havershama.