Z.S-K.:
…a ponieważ trwała czystka, każdego dnia, kiedy zbliżała się godzina nominacji – a więc i degradacji – nas, starych urzędników pałacowych, ogarniała drżączka zabiurkowa. Każdy siedział za biurkiem i drżał o swój los, gotowy uczynić wszystko, byle nie usunęli mu tego mebla spod łokci. W czasie kiedy odbywał się proces Mengistu, za biurkami panował lęk, że generał zacznie dowodzić, jakoby wszyscy byli w spisku, a udział nawet odległy, nawet skryte i ciche klaskanie, kończyło się stryczkiem. Więc kiedy Mengistu, nikogo nie wytknąwszy, zamilkł aż do dnia Sądu Ostatecznego, zza biurek zerwało się skrzydlate westchnienie ulgi. Ale na miejsce lęku szubienicznego wystąpił zaraz inny lęk – przed czystką, przed własną, osobistą zagładą. Teraz szczodrobliwy pan nie strącał już do lochu, ale najzwyczajniej odsyłał z pałacu do domu, a taka odprawa oznaczała skazanie na nicość. Dotąd było się człowiekiem pałacu, a więc kimś ważnym, wysuwanym, wymienianym, kształtującym, wpływającym, szanowanym i słuchanym, a wszystko to dawało poczucie istnienia, obecności na świecie, pełni życia, jego wagi i przydatności. I oto pan nasz przywołuje cię w godzinie nominacji i na zawsze odsyła do domu. W jednej sekundzie wszystko znika, przestajesz istnieć. Nikt już nie wymieni, nikt nie wysunie i nie uszanuje. Powtórzysz te same słowa, które wypowiedziałeś wczoraj – ale wczoraj wysłuchali je z nabożeństwem, a dzisiaj nie zwrócą na nie uwagi. Na ulicy ludzie przechodzą obojętnie i już wiesz, że najmniejszy urzędnik prowincjonalny zrobi ci awanturę. Pan nasz przemienił cię w słabe, bezbronne dziecko i wpuścił w stado szakali. Pokaż, co potrafisz! A jeszcze, nie daj Boże, zaczną coś dochodzić, obwąchiwać, poskrobywać. Czasem znowu myślę, że może to i lepsze, żeby poskrobali. Bo jeśli zaczną skrobać, można ponownie zaistnieć, choćby negatywnie i potępieńczo, ale zaistnieć, przestać tonąć, wystawić głowę na powierzchnię, żeby powiedzieli – patrzcie, a ten jeszcze istnieje! W przeciwnym wypadku co zostaje? Zbędność, nicość, zwątpienie, że było życie. Z tego powodu istniał w pałacu taki lęk przed przepaścią, że każdy starał trzymać się naszego pana, nie wiedząc jeszcze, iż cały dwór – co prawda z godnością i powoli – osuwa się na krawędź przepaści.
P.M.:
…i w istocie, przyjacielu, od tamtej chwili, kiedy dym poszedł z pałacu, zaczęła zalewać nas jakaś minusowość. Trudno określić mi, na czym to polegało, ale wszędzie czuło się minusowość, wszędzie się ją dostrzegało, na twarzach ludzi, twarzach jakby pomniejszonych i opuszczonych, bez światła i energii, w tym, co robili i jak to robili, też była minusowość, w tym, co mówili nie mówiąc, w ich byciu nieobecnym, skurczonym, wyłączonym w ich istnieniu wygaszonym, w ich myśleniu krótkodystansowym, niskopoprzeczkowym, w ich dłubaniu przyzagrodowym, małopoletkowym, w ich zapuszczeniu i w zaćmieniu, w całym powietrzu otaczającym, w całym bezruchu-mimo-ruchu, w kieracie, w klimacie, w dreptaniu, we wszystkim czuło się zalewającą nas minusowość. I choć cesarz nadal dekretował i zabiegał, wcześnie wstawał i nie spoczywał, i tak przecież wszystko kończyło się minusowo, coraz bardziej minusowo, bo od tego dnia, kiedy Germame zakończyli życie, a jego brata powiesili na głównym placu miasta, zaczął powstawać między ludźmi i między rzeczami układ minusowy. Jakby ludzie nie mogli zapanować nad rzeczami, które istniały-nie-istniały własnym złośliwym istnieniem, wymykającym się z ludzkich rąk. Zaczarowana siła tych rzeczy była taka, że wszyscy czuli się bezradni wobec ich samoczynnego prawa powstawania i zaniku i nie umieli tej samowoli ani złamać, ani ujarzmić. I to poczucie bezsiły, to stałe przegrywanie, od lepszych odpadanie, wpędzało ich w jeszcze większą minusowość, w zdrętwiałą ornitologię – w osowiałość, w zasępienie, w kuropatwie przyczajenie. Nawet rozmowy zmarniały, straciły wigor i oddech. Rozmowy zaczynały się, ale jakby nie kończyły. Zawsze dochodziły do niewidocznego, ale wyczuwalnego punktu, za którym zapadało milczenie, a w milczeniu tym zawierało się stwierdzenie, że wszystko już wiadome i jasne, ale jasne w sposób ciemny, wiadome w sposób niemożliwy do poznania, władne w swojej bezradności, i potwierdziwszy te prawdy chwilą milczenia, rozmowa zmieniała kierunek i wkraczała w inny temat, w błahy, poboczny temat-odrzut. Pałac osiadał, to czuliśmy wszyscy, weterani czcigodnego pana, których los ocalił przed czystką, czuło się opadanie temperatury, życie coraz dokładniej oprawiane w rytuał, ale coraz bardziej papierowe, zdawkowe, minusowe.
Następnie mówi, że choć cesarz uznał przewrót grudniowy za niebyły i nigdy nie wracał do tego tematu, zamach braci Neway powodował coraz bardziej niszczące dla pałacu skutki. W miarę jak upływał czas, konsekwencje tego przewrotu nie słabły, lecz wzmagały się, stając się przyczyną dalszych zmian w życiu dworu i cesarstwa. Raz ugodzony, pałac nigdy nie zaznał już prawdziwego, łagodnego spokoju. Stopniowo zmieniała się też sytuacja w mieście. W tajnych donosach policji znalazły się pierwsze wzmianki o poruszeniach. Na szczęście – jak mówi – nie były to jeszcze poruszenia na wielką, wywrotową skalę, ale raczej – z początku drgnięcia, drobne wahnięcia, dwuznaczne szmerki, szepty, chichy, jakaś nadmierna wśród ludzi ociężałość, spoczywanie, zwisanie, rozbabranie, jakieś wyrażające się w tym wszystkim unikanie i odmowa. Przyznaje, że na podstawie tych raportów trudno było podejmować czynności porządkowe, gdyż doniesienia te były zbyt mgliste i nawet pocieszająco niewinne, określały tylko, że coś wisi w powietrzu, ale nie było wyraźnie powiedziane, co i gdzie – a bez takiego uściślenia dokądże wysłać czołgi i w jakim kierunku nakazać strzelanie? Najczęściej raporty stwierdzały, że owe szmerki i szepty dochodziły z uniwersytetu – nowej i jedynej w tym kraju wyższej uczelni – w którym zresztą nie wiadomo skąd pojawiły się sceptyczne i nieprzychylne jednostki gotowe miotać krzywdzące i nie sprawdzone oszczerstwa, byle tylko wprawić cesarza w zatroskanie. Mówi dalej, że monarcha, który mimo podeszłego wieku zachowywał zdumiewającą otoczenie przenikliwość, rozumiał lepiej niż jego najbliżsi, że idą nowe czasy i że pora sprężyć się, zaktualizować, przyspieszyć i dorównać. Dorównać, a nawet prześcignąć. Tak jest – upiera się – nawet prześcignąć! Wyznaje – dzisiaj można już o tym mówić – że część pałacu odniosła się do tych ambicji z niechęcią pomrukując prywatnie, że zamiast ulegać pokusie wszelkich niepewnych nowalijek i reform, lepiej byłoby poskromić objawiane przez młodzież ciągoty zagraniczne i wytępić nierozważne opinie, że kraj powinien wyglądać inaczej, że kraj trzeba zmienić. Cesarz jednak nie słuchał ani tych arystokratycznych pomruków, ani uniwersyteckich szmerków, uważając, że wszelkie ekstremy są szkodliwe i przeciwne naturze, i objawiając wrodzoną rozwagę i przezorność, rozszerzył pole swojej władzy i zwiększył zainteresowanie nowymi dziedzinami, co przejawiło się choćby we wprowadzeniu popołudniowych godzin panowania, między czwartą a siódmą, a mianowicie godziny rozwoju, godziny międzynarodowej oraz godziny wojskowo-policyjnej. W tym samym celu cesarz powołał odpowiednie ministerstwa i urzędy, delegatury, filie, reprezentacje i komisje, do których wprowadził zastępy nowych, ludzi, dobrze ułożonych, oddanych i lojalnych. pałac zapełniła kolejna generacja energicznie zdążających do kariery faworytów. Był to, wspomina P.M., początek lat sześćdziesiątych.