Z.S-K.:
Wielkie niezadowolenie, a nawet potępienie, oburzenie panowało w pałacu z powodu onej nielojalności rządów europejskich, które zezwoliły, aby pan Dimbleby i jego spółka poczynili tyle wrzawy na temat śmierci głodowej. Część dostojników była za tym, żeby nadal zaprzeczać, ale to było już niemożliwe, skoro sam minister oznajmił korespondentom, że jaśnie udzielny pan przywiązał do głodu najwyższą wagę. Dalejże tedy na nową drogę wstępować i wzywać zagranicznych dobroczyńców na pomoc! Sami nie mamy, niechże inni przyłożą, ile mogą. I nie minęło wiele czasu, kiedy wieści pomyślne nadeszły. To jakieś samoloty przyleciały ze zbożem, to jakieś statki z mąką i cukrem. Przyjechali lekarze i misjonarze, ludzie z dobroczynnych organizacji, studenci z zagranicznych uczelni, a także przebrani za pielęgniarzy korespondenci. Wszystko to pociągnęło na północ, do prowincji Tigre i Wollo, a także na wschód, do Ogadenu, gdzie, powiadają, całe plemiona śmiercią głodową ginęły. W cesarstwie zrobił się ruch międzynarodowy! Od razu powiem, że w pałacu nie było z tego powodu wielkiego zadowolenia, bo nigdy nie jest dobrze wpuścić tylu cudzoziemców, gdyż ci to wszystkiemu się dziwują, a jeszcze krytykują. I wyobraź sobie, Mister Richard, że przeczucie nie zawiodło naszych dostojników. Bo oto, kiedy owi misjonarze, lekarze i pielęgniarze – ci ostatni, jak wspomniałem, to przebrani korespondenci – dotarli na północ, zobaczyli, jak opowiadają, rzecz dla nich najbardziej niesłychaną, a mianowicie tysiące umierających z głodu, a obok rynki i sklepy pełne jedzenia. Jest jedzenie, jest jedzenie, powiadają, tylko był zły urodzaj, chłopi całe zbiory musieli oddać panom i z tego powodu nic im nie zostało, a spekulanci wykorzystali sytuację i tak podnieśli ceny, że mało kto może kupić choćby garść zboża i stąd cała bieda. Przykra sprawa, Mister Richard, ponieważ to nasi notable byli owymi spekulantami, a jakże tak można nazwać oficjalnych przedstawicieli czcigodnego pana? Oficjalny i spekulant? Nie, nie, tak przecież nie można powiedzieć! Dlatego, kiedy krzyk owych misjonarzy, pielęgniarzy doszedł do stolicy, w pałacu zaraz podniosły się głosy, żeby wszystkich tych dobroczyńców, filozofów z cesarstwa wydalić. Ale jakże – powiadają inni – wydalić? Przecież niepodobna przerwać akcji głodowej, skoro dobrotliwy pan przywiązał do niej najwyższą wagę! I znowu nie wiadomo co robić, wydalić – źle, zostawić – też źle, pewna taka wytworzyła się chwiejność i niejasność, kiedy nagle nowy piorun spada. Oto pielęgniarze, misjonarze podnoszą raban, że transporty mąki i cukru do głodujących nie docierają. Coś takiego dzieje się, mówią dobroczyńcy, że pomoc znika po drodze, a trzeba by ustalić, gdzie ona przepada, i już na własną rękę zaczynają myszkowanie, ingerowanie, nosa wścibianie. Znowu okazuje się, że spekulanci całe transporty do swoich magazynów pakują, ceny śrubują, kieszenie ładują. Jak to zostało wykryte, trudno dziś dociec, chyba musiały zdarzyć się jakieś przecieki. Wszystko bowiem było tak ustalone, że cesarstwo, owszem, pomoc przyjmuje, ale darów rozdziałem samo się zajmuje, a dokąd pójdzie mąka i cukier, nikomu nie wolno dochodzić, bo będzie to uznane za ingerencję. Tu jednak nasi studenci w bój wyruszają, wychodzą na ulicę, manifestują, korupcję demaskują, winnych do sądu zapraszają, hańba! hańba? wołają, koniec cesarstwa ogłaszają. Policja pałuje, aresztuje. Wrzenie, wzburzenie. W tych dniach, Mister Richard, mój syn, Hailu, rzadko w domu bywał. Już uniwersytet był w stanie otwartej wojny z pałacem. Tym razem zaczęło się od zupełnie błahej sprawy, od małego, nijakiego zdarzenia, tak małego, że aż zerowego, że nikt by go nie zauważył, nikt by nawet nie pomyślał, a jednak widocznie przychodzą także momenty, kiedy najmniejsze zdarzenie, ot, drobiazg zupełny, głupstwo byle jakie, wywoła rewolucję i rozpęta wojnę. Dlatego miał rację nasz komendant policji, pan generał Yilma Shibeshi, kiedy zalecał szukać dziury w całym, nie lenić się, tylko pilnie szukać, dmuchać na zimne, a nigdy nie zaniedbywać zasady, że jeśli ziarno kiełek zacznie wypuszczać, od razu, nie czekając, aż podrośnie, ściąć go należy. Ale i generał szukał, a – widać – nie znalazł. A błahe zdarzenie na tym polegało, że amerykański korpus pokoju zrobił na uniwersytecie pokaz najnowszej mody, choć wszelkie zebrania, spotkania były zakazane. Ale Amerykanom dostojny pan nie mógł przecież pokazu odmówić i oto tę pogodną i jakże beztroską imprezę studenci wykorzystali, żeby zebrać się w olbrzymi tłum i ruszyć na pałac. A od tej chwili już nie dali zapędzić się do domów, już wiecowali, zajadle i porywczo szturmowali, już więcej nie ustępowali. A z tego powodu generał Shibeshi włosy rwał, bo nawet jemu nie przyszło do głowy, żeby rewolucja od pokazu mody zacząć się mogła! Ale tak to właśnie u nas wyglądało. Ojcze, powiada mi Hailu, to jest początek waszego końca! Tak dłużej żyć nie możemy. Hańbą jesteśmy okryci. Ta śmierć na północy i kłamstwa dworu okryły nas hańbą. Kraj tonie w korupcji, ludzie umierają z głodu, na każdym kroku ciemnota i barbarzyństwo. Nam jest wstyd za ten kraj, powiada, my się tego kraju wstydzimy. A przecież, mówi, nie mamy innego kraju, sami musimy wydobyć go z błota. Wasz pałac przed światem nas skompromitował i ten pałac nie może dłużej istnieć. Wiemy, że w armii są niepokoje i w mieście są niepokoje, i teraz nie możemy się cofnąć. Nie możemy się dłużej wstydzić. Tak jest, Mister Richard, u tych młodych, szlachetnych, ale jakże nieodpowiedzialnych ludzi zwracało uwagę głębokie poczucie wstydu za stan ojczyzny. Dla nich istniał już tylko wiek dwudziesty, a może nawet ten oczekiwany wiek dwudziesty pierwszy, w którym zapanuje błogosławiona sprawiedliwość. Wszystko inne im już nie pasowało, już ich drażniło. Oni nie widzieli wokół siebie tego, co chcieliby zobaczyć. I teraz, widać, postanowili tak świat urządzić, żeby można było spojrzeć na niego z zadowoleniem. Ech, młodzi ludzie, Mister Richard, bardzo młodzi ludzie!