Выбрать главу

T.L.:

Pośród zaś owego głodowania, misjonarzy, pielęgniarzy gardłowania, studentów wiecowania, policji pałowania dostojny pan nasz udał się z wizytą do Erytrei, gdzie przyjęty został przez swojego wnuka, dowódcę marynarki Eskindera Destę, i zamierzał odbyć promenadę morską na okręcie admiralskim „Etiopia”, aliści tylko jeden silnik dało się uruchomić i wypadło przejażdżkę odwołać. Pan nasz przesiadł się jednak na francuski okręt „Protet”,. na którego pokładzie podjął go kolacją znany admirał z Marsylii – Hiele. Następnego dnia, już w porcie Massawa, osobliwy pan podniósłszy się na tę okazję do stopnia wielkiego admirała floty imperialnej, pasował siedmiu kadetów oficerami marynarki wojennej, powiększając tym sposobem naszą siłę morską. Tam też powołał owych nieszczęsnych notabli z północy, posądzonych przez misjonarzy, pielęgniarzy o spekulację i chudzielców okradanie do wysokich godności, aby dowieść, że byli niewinni, i ukrócić zagraniczne plotkowanie, oczernianie. Niby więc wszystko posuwało się, rozwijało pomyślnie i przychylnie, a także w najwyższym stopniu fortunnie i lojalnie, cesarstwo rosło, a nawet – jak podkreślał to pan nasz – kwitnęło, kiedy raptem przychodzi doniesienie, że owi zamorscy dobroczyńcy, którzy wzięli na siebie niewdzięczny trud żywienia naszego nigdy nienasyconego ludu, zbuntowali się i wstrzymują dostawy, a to dlatego, że nasz minister finansów, pan Yelma Deresa, chcąc wzbogacić skarbiec cesarski polecił dobroczyńcom płacić za wszelką pomoc wysokie cła. Chcecie pomagać, powiada minister, pomagajcie, ale musicie za to zapłacić! A oni powiadają – jakże płacić? za pomoc, którą dajemy – jeszcze płacić? A tak, powiada minister, takie są przepisy. Jakże to – mówi minister – chcecie tak pomagać, żeby cesarstwo nic z tego nie miało? I tu, razem z ministrem, nasza prasa głos podnosi i zbuntowanym dobroczyńcom wytyka, że wstrzymując pomoc, naród nasz na okrucieństwa nędzy i śmierć głodową skazują, przeciw cesarzowi występują, w wewnętrzne sprawy ingerują. A już, przyjacielu, wieść niosła, że pół miliona ludzi z głodu pomarło, co teraz nasze gazety na haniebne konto tych niesławnych misjonarzy, pielęgniarzy zapisały. A onże manewr na tym polegający, że pomienionych altruistów rząd nasz obwinił o marnowanie i głodzenie narodu, pan Gebre-Egzy uznał za sukces, co też zgodnie potwierdziły wszystkie nasze gazety. W tej to chwili, kiedy tyle było rozgłoszenia, rozpisania o nowym sukcesie, czcigodny pan, opuściwszy gościnny pokład okrętu francuskiego, powrócił do stolicy witany jak zawsze pokornie i dziękczynnie, wszelako – niech dziś wolno mi będzie powiedzieć – w owej pokorności odczuwało się już pewną niejasność, jakąś niewyraźną dwuznaczność, jakąś, dajmy na to – pokorną niepokorność, a i dziękczynność też nie była już objawiana gorliwie, raczej nawet powściągliwie i mrukliwie, owszem, prawdać, że dziękczynili, ale jakież to było bierne, jakie niemrawe, jakie niewdzięczne dziękczynienie! I tym razem, a jakże! kiedy przejeżdżał orszak, ludzie na twarz padali, ale gdzie im było do dawnego padania! Kiedyś, przyjacielu, to było padanie-zapadanie, padanie-zatracenie, w proch, w popiół-się-obrócenie, w drżączce, w dygotaniu na ziemi leżenie, cała ta marność uliczna w nicość się zamieniała, ręce wyciągała, zmiłowania błagała. A teraz? Pewnie, że padali, ale to padanie jakieś takie bez życia, senne, jakby narzucone, z nawyku, dla świętego spokoju, powolne, leniwe, po prostu odmowne. Tak jest, padali odmownie, nijako, grymaśnie, wyglądało mi, że padali, a w głębi duszy stali, niby leżeli, ale w myślach siedzieli, niby płaska korność, ale w sercach oporność. Nikt jednak w orszaku tego nie dostrzegał, a gdyby nawet zauważył pewną gnuśność i ospałość podwładnych, też nie powiedziałby o tym nikomu, gdyż wszelkie wypowiadanie myśli wątpliwych spotykało się w pałacu ze złym przyjęciem, ponieważ dostojnicy mieli z reguły mało czasu, natomiast jeżeli u kogoś objawiła się wątpliwość, wszyscy musieli odkładać na bok inne zajęcia i zabierać się czym prędzej do rozpraszania, rozwiewania owej wątpliwości, aby ją doszczętnie usunąć, a wątpiącego-słabnącego dźwignąć i skrzepić. Powróciwszy do pałacu, czcigodny pan przyjął donos od ministra handlu – Ketemy Yfru, który oskarżył ministra finansów, że ten, nakładając wysokie cła, spowodował wstrzymanie pomocy dla głodujących. Jednakże nasz wszechwładca ani słowem nie skarcił pana Yelmę Deresę, a wręcz widziało się zadowolenie na twarzy monarszej, ponieważ pan nasz zawsze z niechęcią traktował ową pomoc, gdyż wszelki rozgłos, jaki jej towarzyszył, całe to wzdychanie, głową kiwanie z powodu chudzielców głodem przymierających psuło dorodny i imponujący obraz cesarstwa, które przecież szło drogą niczym nie zakłóconego rozwoju i doganiało, a nawet prześcigało. Odtąd żadne wspomaganie, datkowanie nie było więcej potrzebne, a owym głodomorom musiało wystarczyć to, że dobrotliwy pan nasz osobiście przywiązał do ich losu najwyższą wagę, co było już szczególnym rodzajem przywiązania, nawet wyższego niż najwyższe, a dającego podwładnym kojącą i krzepiącą nadzieję, że ilekroć pojawi się w ich życiu jakaś gnębiąca ich molestia, jakieś skargi budzące utrapienie, jaśnie osobliwy pan doda im tak potrzebnego ducha, a mianowicie w ten sposób, że przywiąże do onej molestii czy utrapienia najwyższą wagę.