Выбрать главу

– Jasne – krzyknął i ponownie się do mnie uśmiechnął. Stałam zakłopotana, nie wiedząc, co powinnam zrobić.

– Ciągnij go, Hannah – zawołała nauczycielka. Za plecami usłyszałam chichot reszty klasy. Z dużymi oporami złapałam go za ramiona.

Paul kołysał się.

– Musisz go porządnie złapać, Hannah – krzyknęła Marie.

– Nie wiem, jak… – mamrotałam pod nosem, drżąc cała z powodu niezręcznej sytuacji, w której się znalazłam.

9b stała w bezruchu.

– Przecież nic ci nie zrobię – odezwał się cicho Paul, znowu się uśmiechając.

Wreszcie się przemogłam. Jedną ręką złapałam go pod lewe ramię, a drugą włożyłam pod prawą pachę, następnie ostrożnie pomogłam mu położyć się na plecach. W tej pozycji podciągnęłam go do przodu sceny.

– „Wielkie dzięki, czuję się jak nowonarodzony” – zdołał jeszcze wyrecytować obowiązkową kwestię dopiero co uwolnionego z właściwej pozycji stracha na wróble, a potem stracił równowagę i odruchowo złapał się mnie. Upadliśmy jedno na drugie.

– Hopla! – powiedział przepraszającym tonem, uwalniając mnie spod siebie. – Bardzo mi przykro, Hannah, nogi mi się jakoś poplątały!

Leżałam w bezruchu jak sparaliżowana. Przez ułamek sekundy czułam jego gorące ciało, a w podbrzuszu dzikie, ciepłe doznania.

Paul podnosząc się, nachylił się nade mną. – Co jest z tobą? Uderzyłaś się? Dlaczego nie wstajesz?

– To jest… już w… w porządku – jąkając, podniosłam się z podłogi na chwiejnych nogach. Odetchnęłam z ulgą, kiedy chwilę później rozległ się dzwonek.

– Koniec na dzisiaj! – krzyknęła pani Winter.

Drżącymi rękami ubierałam szybko kurtkę. Uczucie, którego doznałam, kiedy Paul przygniatał mnie swoim ciałem, trwało nadal. Wciąż to czułam. Jego zapach wypełniał mi nozdrza. Ładny, egzotyczny i chłopięcy. Nieomalże jak Benjamina, tylko że w zapachu Paula było to coś, co mnie osłabiało, wprawiało w drżenie.

Odurzona, wymknęłam się z auli, idąc na tyły podwórza, zupełnie sama, tak jak zawsze. Zawędrowałam pod kasztan i dalej pod niewysoki podwórzowy murek, stamtąd pod wielką szkolną bramę, gdzie znajdowały się stojaki na rowery. Nie chciałam się sama przed sobą przyznać, ale dobrze wiedziałam, kogo wypatruję. I nie rozczarowałam się, Paul, przykucnąwszy na trawie, zupełnie sam obok swego roweru, czytał książkę. Powoli podeszłam do niego, mając do siebie żal z powodu zaistniałej sytuacji. Jednakże nic innego zrobić nie umiałam, a przy tym wcale nie chciałam z nim rozmawiać, miałam wyłącznie ochotę znaleźć się w jego pobliżu, tylko przez krótką chwilę poczuć jego ciepło i wdychać obcy chłopięcy zapach.

– Cześć Hannah – odezwał się, odwracając w moją stronę, musiał mnie usłyszeć, kiedy podchodziłam.

Milczałam.

– Co jest, nie chcesz się do mnie przysiąść? – zapytał serdecznie. – Trawa jest sucha, a w słońcu przyjemnie ciepło.

Patrzyłam na Paula bezradnie, czując się jeszcze bardziej ociężała, niezaradna i niemodna.

– Chciałam właściwie tylko tędy przejść – wyjąkałam w końcu.

– Ach tak – powiedział. Patrzyliśmy na siebie.

– A dokąd szłaś…? – zapytał, śmiejąc się.

– Do… do… nie wiem – myślę, że chciałam iść do woźnego, czy… do sekretariatu. W zeszłym tygodniu zgubiłam portmonetkę i…

Paul wstał z trawy. – No jasne – powiedział, a potem długo mi się przyglądał.

– No to idę – bąknęłam nerwowo. – Zaraz będzie dzwonek i…

– Pójdę z tobą, jeśli chcesz – zaproponował.

Zadrżałam i poczułam się wstrętnie. Przecież wcale nie zgubiłam portmonetki, przeciwnie, ukrywałam ją w kieszeni kurtki przez cały ten czas kiedy stałam i rozmawiałam z Paulem.

– W porządku – powiedziałam niechętnie i poszliśmy.

– Wiesz, że mamy jednakowy kolor oczu – odezwał się nagle, przyciskając guzik dzwonka od pomieszczenia woźnego.

– Co? – zapytałam zmieszana.

– Szare – wyjaśnił. – Oboje mamy szare oczy. Nie znam poza tobą żadnej dziewczyny o takich oczach.

Woźnego na całe szczęście nie było i kiedy wracaliśmy razem do klasy, rozległ się przeraźliwy dzwonek. Zatrzymałam się jak odurzona obok Paula. Pachniał tak ładnie, jakby wiosną, chęcią życia, i wyglądał tak radośnie i pięknie z tymi swoimi miękkimi blond włosami, z szeroko uśmiechniętą buzią i odsłoniętymi opalonymi ramionami.

Czy to możliwe, żebym się zakochała? Musiałam pomyśleć o Jehowie i o tym, czy mnie także teraz, w tej chwili, obserwuje. Zrobiło mi się słabo i zimno, rozbolał mnie brzuch, zadrżałam.

– Hannah, co ci jest? – zapytał zatroskany. – Nagle tak pobladłaś.

– To nic – mamrotałam z przerażenia, patrząc na jego twarz. Czyżby znowu było to szatańskie pokuszenie? Po raz kolejny Jehowa chciał wystawić mnie na próbę? Nie mam prawa zwyczajnie zakochać się w Paulu, w jego dużych, szeroko rozstawionych, łagodnych oczach, w jego jasnej, sympatycznej buzi, w jego silnych, muskularnych ramionach?

– Zostaw mnie – prosiłam podekscytowana. – Czemu akurat mną się tak interesujesz? U mnie jest… wszystko w porządku.

Paul zmarszczył czoło i kiedy uniósł rękę, żeby… nie wiedziałam, czego chciał, zrobiłam unik.

– Hej, co jest z tobą? – zapytał cicho. – Nic ci nie zrobię, Hannah…

Wtedy odwróciłam się i uciekłam stamtąd.

– Hannah! – krzyknął speszony Paul, ale nie pobiegł za mną.

Uciekałam ze szkoły, jakby gonił mnie sam diabeł. Dobiegłam do niewielkiego parku miejskiego, pragnęłam teraz tylko spokoju, ciszy i samotności. Nagle stanęłam jak wryta, serce waliło mi młotem, byłam mokra od potu. Rozpaczliwie szukałam jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym się ukryć. Szybko poszłam na tyły małego, zdewastowanego kiosku, który już od dłuższego czasu straszył pustką, i zerkałam ukradkiem zza winkla, ponieważ przy dużej wejściowej bramie do parku stało dwóch świadków Jehowy. To była siostra Ines, matka Rebekki, i druga kobieta, dopiero od niedawna przychodząca na zgromadzenia. Obserwowałam je przez chwilę, jak stały w bezruchu, tak odróżniające się od reszty przechodzących obok nich ludzi. Już dawno nie zdarzyła mi się taka okazja, jak dzisiaj, poczułam dziwny dystans, coś mnie od nich odpychało, a jednocześnie znajomość z nimi była taka zażyła, że niemal z utęsknieniem, mimo wszystko, ciągnęło mnie do nich. W końcu przecież należałyśmy do jednej, wielkiej, religijnej rodziny. Spoglądałam jeszcze przez krótką chwilę, po czym zdecydowanym krokiem ruszyłam do wejścia, omijając nieświadome mojej obecności siostry. Przez małą boczną furtkę weszłam w końcu do parku. Przepełniona uczuciem osamotnienia spacerowałam, rozmyślając o łąkach. Wzbraniałam się przed myślami o Paulu, za to nuciłam sobie Somewhere over the rainbow. Jednak to było przecież także zabronione.

Zabronione, zakazane, za…

Przygnębiona podeszłam do stawu i usiadłam na płaskim brzegu. Patrzyłam na pływające ptactwo, kwaczące i dziobiące się wzajemnie, obserwowałam ich malutkie, niezdarne pisklęta, wbiegające z lądu do wody i rozmyślałam o swoim życiu. Po drugiej stronie akwenu, na trawie, leżała grupka młodzieży, przypuszczalnie wagarowicze tacy jak ja. Zerkałam na nich ukradkiem. Jedni grali we frisbee, inni coś czytali, a trzy osoby nic nie robiły, poza wylegiwaniem się i gapieniem gdzieś przed siebie. Piekły mnie oczy i czułam się znużona, skrępowana i zagubiona. Od tej grupy młodzieży dzielił mnie nie tylko ten duży, w kolorze butelkowej zieleni, staw. Nas oddzielał cały świat. Spoglądałam na nich, aż poczułam przenikliwy ból głowy. Słońce znikło za horyzontem i zaczęła opadać rosa. Młodzież po drugiej stronie, należąca do innego świata, poprzysuwała się do siebie, a w końcu powoli się rozeszła. Została tylko jedna para: dziewczyna, grająca wcześniej we frisbee, i chłopak, zatopiony uprzednio w lekturze. Śmiali się, siedząc na łące bardzo blisko siebie, opierając sobie wzajemnie głowy na ramionach. Obserwowałam tę dwójkę dokładnie. W czasie, kiedy rosa coraz intensywniej opadała, oni stawali się sobie coraz bardziej bliscy.