Dziewczyna położyła rękę na ramieniu chłopaka, a on odchylił się do tyłu i zdjął dżinsową kurtkę, naciągnął ją, jak namiot na głowę swoją i dziewczyny. Zaśmiała się głośno, a po chwili, nagle położyła niemal z namaszczeniem obie dłonie na zmokniętej twarzy chłopaka. Potem po drugiej stronie stawu zrobiło się zupełnie cicho, teraz ci dwoje całowali się. Wstrzymałam oddech, podczas gdy łzy cisnęły mi się do oczu, odwróciłam się i skuliłam w kłębek na mokrej ziemi jak zraniony jeż. Przycisnęłam rozpaloną twarz do błotnistej ziemi, do nosa i ust wchodziła mi trawa, nie miało to jednak dla mnie znaczenia, bardzo płakałam. Nie wiedziałam, ile czasu tak przeleżałam, czując się dziwnie martwa, zapomniana i nieważna.
– Hej, słyszysz mnie? – dużo, dużo później odezwał się ktoś wystraszonym głosem, potrząsając mnie za ramię. Odwróciłam się, podnosząc się powoli z ziemi. Obok mnie klęczał nieznany mi, dość potężny i bardzo ładny chłopak. Miałam dziwne wrażenie, jakbym go już wcześniej gdzieś widziała, ale było ono takie nierzeczywiste, zamazane, że nie potrafiłam go skonkretyzować. Szybko wstałam.
– Całą twarz masz w ziemi, jesteś kompletnie usmarowana – poinformował mnie, potrząsając głową.
Przetarłam rękami swoją mokrą i klejącą się od błota twarz.
– To się na wiele nie zdało – powiedział, uśmiechając się współczująco.
– Bez znaczenia, muszę już iść – bąknęłam.
– W każdym razie nie umarłaś? – zapytał retorycznie, potrząsając głową. – Kiedy cię tu zobaczyłem, pomyślałem, że zostałaś… napadnięta.
Patrzyliśmy na siebie.
– Ale ty płakałaś – stwierdził w końcu. – Stało się coś? Wzruszyłam ramionami i pomyślałam o swoich rodzicach.
A także o bracie Jochenie.
I o Jehowie. I o Paulu. Przede wszystkim o Paulu.
– Moja Matka nie żyje – powiedziałam później, sama nie pojmując, dlaczego to zrobiłam. Co za bezsens, po co zaczęłam tu i teraz opowiadać o swojej zmarłej Matce? Chłopak musiał zapewne pomyśleć, że moja Matka zmarła nie dalej jak wczoraj, a nie już ponad dziewięć lat temu.
– Naprawdę? To straszne… – powiedział po krótkiej chwili zakłopotany, mając przy tym speszoną minę. – Jak to się stało? Przepraszam, jeśli możesz o tym mówić.
Jego głos zabrzmiał ostrożnie, tak jak wtedy, gdy się rozmawia z ciężko chorym albo głęboko zranionym człowiekiem.
– Przejechał ją autobus… czwórka – wyszeptałam. Chłopak zagryzał wargi. – To jest straszne, musisz być bardzo nieszczęśliwa – dodał cicho. – Rozumiem twój płacz.
Uniosłam głowę. Dziwni zabrzmiało to, co powiedział ten chłopak. „Rozumiem twój płacz…”
Wtedy kiedy ojciec demolował mieszkanie, nie płakałam. Byłam tylko wystraszona i przerażona. A potem ogarnęła mnie senność. A potem bałam się potwora pod łóżkiem, a później zjawiła się Roswitha i podarowała mi piernik w kształcie serca. „Ukochanej”.
Jednak nigdy nie opłakiwałam zmarłej Matki.
– Muszę już koniecznie iść do domu – wyszeptałam. Odwróciłam się nagle i uciekłam stamtąd.
– Ej, zaczekaj! – krzyknął chłopak. Ale nie zrobiłam tego.
– Gdzie byłaś i jak ty w ogóle wyglądasz? Przewróciłaś się, czy co? Miałaś wypadek? Hannah! – wrzasnęła na mnie Roswitha, kiedy stanęłam w drzwiach.
Zaprzeczyłam wyraźnie ruchem głowy i czmychnęłam do swego pokoju.
Właściwie to chciałam się zakopać w łóżku i w spokoju wypłakać, ale tego nie zrobiłam. Myślałam, że zamiast tego pójdę do łazienki, napuszczę pełną wannę pienistej wody i spokojnie, dokładnie się umyję, lecz także tego nie zrobiłam. Chciałam krzyczeć, wpaść do piwnicy i szukać rzeczy mojej zmarłej Mamy, ale do tego również nie potrafiłam się zabrać. Stałam w kompletnym bezruchu, nie robiąc absolutnie nic.
Wsłuchiwałam się ze strachem w samą siebie, zastanawiając, czy znowu nie daje o sobie znać śpiączka? Ale przecież ja nie byłam śpiąca – tylko smutna.
Smutna, smutna, smutna.
Stałam w pokoju z opuszczonymi rękami i zapłakanymi oczami, czując jak bezgraniczny smutek wypełnia każdą cząstką mojego przemarzniętego ciała.
W pewnej chwili do pokoju weszła Roswitha i potrząsnęła moim ramieniem.
– Hannah, zbzikowałaś do reszty? – krzyknęła, a jej głos brzmiał jednocześnie szaleńczo i lękliwie.
– Hannah, czy ktoś ci coś zrobił? Jesteś ranna? Czy ktoś cię…? – Przygryzała wargi, przyglądając mi się zaniepokojona.
– Hannah, rozbierz się, rzeczy są mokre i cała lepisz się z brudu, jeszcze się czegoś nabawisz… – wymamrotała w końcu. A potem zdjęła ze mnie ubranie jak z nieruchomego manekina z witryny sklepowej. Zerwała ze mnie bluzkę, spódnicę oraz ściągnęła sandały. Wreszcie zaprowadziła mnie do łazienki, odkręciła prysznic i ustawiła pod strumieniem wody. Potem podeszła do drzwi. – Babcia przyjdzie za pół godziny. Zabierze cię na służbę głosicielską na ulicę, pospiesz się więc trochę. Musisz przecież jeszcze coś zjeść.
Stojąc w bezruchu wlepiłam wzrok w Roswithę.
– No, zasuń drzwi od kabiny, bo wszystko zaraz będzie mokre – zezłościła się już.
– Chyba nie chcę iść na służbę głosicielską – powiedziałam.
– Czego nie chcesz? – zapytała zbita z tropu, marszcząc czoło jak ktoś, komu urwał się wątek.
– Nie chcę iść na służbę głosicielską. Nie chcę z siebie robić pośmiewiska. Może w ogóle Boga nie ma, a ta cała gadanina o Jehowie to bzdura. A może ja wcale nie chcę żadnego Boga, który…
Dalej nie mogłam już nic powiedzieć, gdyż Roswitha z całej siły uderzyła mnie prosto w twarz.
– Hannah! – krzyknęła przerażona. Wlepiłyśmy w siebie wzrok.
– Dobry Boże, pomóż mi – wyjąkała wreszcie, kiedy woda z prysznica opryskiwała ją przez dłuższą chwilę. Łazienka pływała.
Wyszłam spod prysznica, cała drżąc, a Roswitha zaczęła się głośno modlić. Po chwili usłyszałam dzwonek do drzwi. Macocha poszła je otworzyć. – Hannah jest…! – krzyknęła rozgniewana. Stałam w płaszczu kąpielowym w ciepłej łazience i nasłuchiwałam. -…jest… jeszcze niegotowa – dokończyła zdanie trochę ciszej, zadając sobie wiele trudu, aby zabrzmiało spokojnie i zwyczajnie. Jednakże po jej głosie domyśliłam się, że się wyjątkowo nie uśmiechała podczas rozmowy. Dziwne, że można poznać, kiedy ktoś się uśmiecha, przynajmniej w przypadku Roswithy dało się to usłyszeć. Odpowiedzi babci nie dosłyszałam, gdyż obie zamknęły się w kuchni. Powoli otworzyłam drzwi od łazienki i poszłam do swego pokoju, aby się ubrać. Bluzka, którą przygotowała mi Roswitha, nie była taka zła, biała, zwyczajna, a przynajmniej prosta i bezpretensjonalna. Czarne rajstopy także były w porządku, tylko niebieska spódniczka wyglądała okropnie. Uszyta z trzech falban, zwisała mi nieładnie do kolan. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze przygnębiona, czując się jak groteskowy strach na wróble. Nigdy, nigdy, przenigdy nie zakocha się we mnie żaden chłopak taki jak Paul. Powinnam być zadowolona, że się ze mnie nie naśmiewa, jak niektórzy z klasy.
– Hannah, jesteś już gotowa? Babcia czeka! – krzyknęła Roswitha z kuchni.
– Nie, nie jestem, ponieważ nie chcę iść – wyszeptałam do siebie bezdźwięcznie.