Ojciec uśmiechnął się lekko, kiedy mnie zauważył, nie wypowiedział ani jednego słowa. Roswitha uderzyła mnie w twarz, a potem wzięła w ramiona. Babcia wciąż spała, pochrapując cicho. Nawet przez sen wyglądała na osobę surową i poirytowaną.
– Wróciła, ojcze – Roswitha krzyknęła w kierunku mojego pokoju. Dziadek zasunął z piskiem szufladę biurka, po czym wstał zdumiony i opuścił pokój, unikając mojego wzroku. – Dzisiejszy dzień będzie miał oczywiście swoje konsekwencje, Hannah – odezwała się Roswitha, kładąc swoją ciepłą dłoń na moim zimnym karku. I to było wszystko. Nikt nic więcej nie powiedział. Przytaknęłam i poczułam się chora od stóp do głów. Oszołomiona, w milczeniu poszłam do łóżka.
5
Przez cały następny tydzień chorowałam, miałam też niemało przykrości. Zaczęło się od wizyty pani Winter.
– Chciałabym się widzieć z Hannah – odezwała się serdecznie, kiedy Jakob otworzył jej drzwi.
Roswitha postawiła mi na nocnym stoliku filiżankę naparu z kwiatów rumianku, a potem poprosiła nauczycielkę do pokoju gościnnego. Wychodząc, zamknęła za sobą drzwi zarówno od mojego, jak i gościnnego pokoju. Przez następne pół godziny słyszałam tylko wrzaski moich młodszych braci, dobiegające z przedpokoju.
Gdy pani Winter opuściła nasz dom, nie zaglądając do mnie, zdałam sobie sprawę, że macocha już się dowiedziała o mojej roli w szkolnym musicalu. Zmęczona i ciężka jak ołów leżałam w łóżku wyczekująco. Roswitha kazała mi długo na siebie czekać. Stale spoglądałam na drzwi, nasłuchując nieustannie najcichszych szmerów, dochodzących z sąsiedniego pomieszczenia. Jakoba, Markusa i Benjamina dziadkowie zabrali na służbę kaznodziejską, ale Roswitha została w domu. Słyszałam ją krzątającą się w kuchni przy garnkach i na tarasie, pielęgnującą kwiaty, później buczenie odkurzacza i pomruki pralki.
Dlaczego do mnie nie przychodziła? O czym opowiedziała jej pani Winter?
Nagle ogarnęła mnie chęć, żeby wyciągnąć dziennik i opisać mój strach, niepewność, a przede wszystkim niedozwoloną miłość do Paula, jednak nie odważyłam się na to. U nas w mieszkaniu nie było kluczy w drzwiach i w każdej chwili mogło się zdarzyć, że Roswitha weszłaby do pokoju, żeby się ze mną zobaczyć, a mój dziennik nie mógł wpaść w jej ręce. Patrzyłam na szafę z ubraniami. Tam, w środku, na najwyższej półce, w najgłębszym zakamarku, pod zimowymi pulowerami, leżał w ukryciu zapakowany w niewielki, szary karton po butach.
„Marzę każdej nocy o zabronionych rzeczach – chciałam zapisać. – W swoich snach całuję Paula. Trzymam rękę na jego ramieniu, a dłonie kładę na jego twarzy. I robimy dużo więcej ze sobą. Pieścimy się. Dotykamy wszędzie”.
Leżałam w łóżku, bolała mnie głowa, a poza tym silnie się przeziębiłam i od przeszło tygodnia miałam wysoką gorączkę.
Każdej nocy pojawiały się te grzeszne sny o Paulu. Tak mnie podniecały, że znowu zaczęłam karać pineskami swoje zepsute ciało.
Jednakże były i inne sny. Chodziłam w nich po północnej obwodnicy, próbując bezpiecznie przejść między pędzącymi pojazdami. W moich snach obwodnica północna była autostradą brakowało tam chodników i możliwości uniknięcia spotkania z morderczymi autami. Biegałam, jęcząc, czując się przez nie zaszczuta, wciąż potrącana i zabijana. Umierałam w każdym śnie. Dziwny był kontrast pomiędzy strachem towarzyszącym walce o życie, a pełnym błogiej radości spokojem, kiedy wszystko się kończyło. Autobus dopadał mnie i wyraźnie czułam, jak miażdżył mi ciało, życie uchodziło ze mnie z każdym tchnieniem, a ja sama znikałam w białym, ciepłym świetle, którym się rozkoszowałam. Mimo to strasznie się bałam tego snu, wierząc, że wciąż zmusza mnie do niego szatan.
Co do Roswithy, to potwierdziły się moje przypuszczenia. Po owej nocy, podczas której tak długo przebywałam poza domem, chciała usłyszeć, dlaczego tamtego popołudnia uciekłam z ulicznej służby głosicielskiej. Chciała wiedzieć, gdzie się włóczyłam przez pół nocy.
Ja jednak milczałam, dostałam wtedy wysokiej gorączki, której nie dało się zbić ani okładami, ani środkami farmakologicznymi. I kiedy drugą noc z rzędu, krzycząc przez sen, zrywałam się z łóżka, przyszła do mnie Roswitha, wzięła moją rozpaloną rękę w swoją miękką, chłodną dłoń i powiedziała: – Hannah, nie zapominaj o szatanie…
Pozwoliła mi na siebie czekać cały dzień. Był już prawie wieczór, kiedy wreszcie się u mnie zjawiła. Patrzyłyśmy na siebie, Roswitha uśmiechnęła się.
– Czego chciała pani Winter? – w końcu ostrożnie zapytałam, nie wytrzymując dłużej jej milczącego uśmiechu. Podchodząc do mnie powoli, usiadła ostrożnie na krawędzi łóżka.
– Hannah, pomódlmy się razem. – Jej głos brzmiał łagodnie. Zmarszczyłam czoło. – Hannah, proszę… – powiedziała, a potem zaczęła się modlić. Najpierw zrobiła to tak zwyczajnie. Wycieńczona i przygnębiona położyłam głowę na poduszce i wsłuchiwałam się w głos Roswithy, ale nagle jego ton się zmienił.
– Panie, pomóż naszej zagubionej córce – mówiła, spoglądając na mnie. – Wygląda na to, że jej dusza pobłądziła. Okłamuje nas i postępuje wbrew Twoim przykazaniom. Odwraca się od Ciebie, Panie i od nas, swojej rodziny. Robi rzeczy zabronione, włóczy się po nocach. Pomóż jej, Jehowo, zanim będzie za późno. Sprowadź ją z powrotem na Twoją drogę i nie karz jej zbyt surowo…
Powoli podnosiłam się na łóżku.
– Roswitha, ja… – zaczęłam.
– Z twojego powodu wszyscy jesteśmy bardzo nieszczęśliwi, Hannah – rzuciła ostro Roswitha. – Jesteś kłamczuchą, zepsutą dziewuchą, szlajasz się po nocach, i kto wie, może już od dawna stałaś się renegatką!
Przerażona zaprzeczałam ruchem głowy, ale spojrzenie Roswithy pozostawało niewzruszone. – Myślisz o seksie, sądzisz, że tego nie widzę? Wciąż o tym myślisz. Kryjesz się w pokoju, blada i wymizerowana, stale masz problemy ze swoją… swoją… no, dolną częścią ciała, zbyt często się onanizujesz…
Zacisnęłam dłonie na uszach, ale Roswitha chwyciwszy mnie za ręce, rozciągnęła je na boki, mocno trzymając.
– Kto wie, jak daleko się już posunęłaś, dziecko – narzekała, patrząc mi w oczy z możliwie najbliższej odległości, jakby oglądała warzywa na placu targowym, sprawdzając, czy nie mają pleśni lub nie są nadpsute.
– Nic, nie… – wyszeptałam. Roswitha nie uwalniała moich rąk.
– To mnie boli – dodałam drżącym głosem.
– Ty mi też sprawiasz ból – odparła poirytowana. – Wstydzę się za ciebie i jestem bezradna, jeśli tak dalej ma być.
Patrzyłyśmy na siebie.
– Hannah, Armagedon nastąpi – powiedziała cicho, aczkolwiek ostrzegawczo.
– Wiem… – odpowiedziałam, trzęsąc się.
– Bóg cię ukarze, kiedy nastanie ostateczna zagłada.
– Wiem… – szepnęłam.
– Umieranie boli – kontynuowała.
– Wiem… – powiedziałam, myśląc o swoich snach.
– Czyżbyś nie chciała być dłużej świadkiem? – zapytała, uwalniając wreszcie moje ręce.
– Skądże – odparłam szybko i zaczęłam płakać.
– Wiesz, Hannah, że kto nie jest świadkiem Jehowy, ten nie jest chrześcijaninem.
Skinęłam głową.
– A kto nie jest chrześcijaninem – szybko ciągnęła dalej – ten nie ma prawa do życia.
Zamknęła oczy.
– … a kto nie żyje, ten umarł, Hannah.
Roswitha nagle się poderwała. Usłyszałam jak podeszła do drzwi. – Teraz śpij! – rzuciła krótko. – Jutro się znowu zobaczymy.
Leżałam w łóżku, nie mogąc poruszyć nawet palcem. Leżałam tak, wlepiwszy wzrok w sufit, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu.