Mucha, która przez cały dzień brzęczała w moim pokoju, usiadła mi na twarzy i łaziła pospiesznie to tu, to tam. Nie umiałam jej odpędzić.
Następnego ranka przyszedł brat Jochen. Nie zadzwonił do drzwi. Roswitha musiała go wypatrywać przez okno. Byłam bardzo skrępowana, kiedy bez pukania, wszedł do mojego pokoju. Robiąc kilka sporych kroków, podszedł do łóżka i usiadł na jego brzegu. Zakłopotana odsunęłam się i podniosłam. Nie odważyłam się rzucić okiem na stojący na nocnym stoliku budzik.
– No, Hannah, dzień dobry – odezwał się, głaszcząc swoją dużą dłonią moje rozpuszczone do snu, rozczochrane włosy.
Skurczyłam się i naciągnęłam na siebie kołdrę, tworząc wał ochronny. Brat Jochen położył na mojej głowie rękę, która wydała mi się bardzo ciężka.
Patrzyłam na niego z bijącym sercem. Po co się fatygował?
Mój drogi brat Jochen, mój najlepszy przyjaciel. Serdeczny brat Jochen o jasnoniebieskich oczach i miękkich, kręconych szpakowatych włosach, jak on dzisiaj wygląda?
Oczywiście, zawsze wiedziałam, że był wysoki, ale że aż tak wielki, jak tego dnia, gdy siedział ciężki na moim łóżku, na to bym nie wpadła. Po prostu wszystko miał duże: okrągłą czaszkę z niesfornymi, szpakowatymi włosami, do tego dziwny, mięsisty nos, bardzo białe zęby jak łopaty i olbrzymie, czerwone dłonie z nadzwyczaj silnymi palcami.
– Hannah, wstydź się… – odezwał się surowym tonem, nadal mi się przyglądając. Jego głos brzmiał nieprzyjemnie nisko tego poranka, wydawało się, iż mówiąc, ledwie poruszał szerokimi wargami, tak że odnosiło się wrażenie, jakby wydobywał go ze swego masywnego brzucha. Jeszcze raz rzucił na mnie bardzo długie, badawcze spojrzenie.
– Rozmawialiśmy wczoraj o tobie podczas zgromadzenia – kontynuował wreszcie, a jego dłoń na mojej głowie tłamsiła mnie tak, że stałam się zupełnie mała. – Bardzo niepokoimy się o ciebie – dodał.
Milczałam.
– Okłamałaś mnie, Hannah. Wzięłaś udział w tej sztuce teatralnej, chociaż ci tego zabroniłem. Czyżbyś o tym zapomniała?
Pokręciłam głową.
– Co to nie umiesz już otwierać ust, siostro Hannah?
– Nie… – wyszeptałam.
– Prowadzisz dziwną grę, dziewczyno. Milczałam.
– Co się jeszcze stało? – zapytał, zabierając wreszcie rękę z moich włosów, ale za to umieszczając ją pod moim podbródkiem i mocno odchylając do góry moją głowę.
– Nic się nie stało – odpowiedziałam cicho.
– Nic? – zaśmiał się krótko. – Nic, poza tym, że uciekasz ze szkoły i gdzieś się włóczysz, cała w błocie, harda przychodzisz do domu, nie chodzisz na służbę kaznodziejską, uciekłaś z głosicielskiej posługi na ulicy i do późna w nocy się szlajasz! I to jest nic?
Wlepiłam wzrok bez wyrazu w sufit, przed oczami tańczyły mi jasne gwiazdy. W pewnej chwili brat Jochen zabrał rękę spod mojego podbródka i sięgnął do kieszeni spodni, wyciągnął dużą chustkę do nosa i wytarł nią swoje dłonie. Czy zrobił to z mojego powodu, czy innego, nie wiedziałam. W każdym razie opadłam z sił, jak ktoś, kogo się raz po raz atakuje, a którego wątła konstrukcja psychiczna w końcu nie wytrzymuje i wali się. Wśliznęłam się pod kołdrę, szukając schronienia.
– Przecież nic złego nie zrobiłam – załkałam przerażona. Brat Jochen westchnął i podszedł ociężale do drzwi, drewniana podłoga głośno zaskrzypiała pod jego stopami.
– Jutro podczas zgromadzenia porozmawiamy dalej – powiedział spokojnie. – Postaraj się do tego czasu znowu stanąć na nogi, Hannah.
Zgromadzenie następnego dnia było straszne. Rozpoczęło się zaraz po naszym przyjściu do Sali Królestwa. Roswitha naciągnęła na mnie stosowne ubranie, a włosy spięła mi w kok tak mocno, że aż mnie piekły skronie. Przechodząc z rodziną między rzędami krzeseł, kątem oka dostrzegłam, że inni świadkowie mierzyli mnie nieszczególnie życzliwym wzrokiem. Wszystkie spojrzenia, które uchwyciłam, były surowe i nieprzyjazne.
Zaraz na początku zgromadzenia brat Jochen niespodziewanie przywołał mnie do siebie, a ponieważ kaznodziejski mikrofon był już włączony, jego silny głos rozległ się w całej sali.
– Hannah! – zawołał, a ja drgnęłam, jakby mnie ktoś trącił. Roswitha dała mi w bok ostrzegawczego szturchańca.
– Nie słyszysz, zostałaś wywołana – szepnęła nerwowo.
– Hannah, podejdź, dzisiaj usiądziesz z przodu koło mnie – zawołał brat Jochen i ustawił, robiąc przy tym sporo hałasu, dodatkowe krzesło obok swego miejsca na podium. Podenerwowana wolno ruszyłam do przodu i z opuszczonym wzrokiem usiadłam na wskazanym mi miejscu.
– Teraz popatrz raz jeszcze na swoich braci i siostry, Hannah – kontynuował, unosząc chwilę później, jak poprzedniego dnia, moją twarz, trzymając swoimi ciężkimi, wielkimi palcami za podbródek.
– Tutaj jest nasza Hannah – dodał potem. – Ona jest, jak już wczoraj relacjonowałem, trochę zagubiona ostatnimi czasy. – Mam rację, Hannah?
Milczałam, ale on także nic nie mówił, podobnie jak cały zbór.
Trwało to tak długo, że coraz bardziej dało się odczuć przejmujący chłód, który tam zapanował… w końcu nie wytrzymałam i skinęłam głową…
A tak odbyło się to dalej:
– Będziesz znowu kłamać, Hannah?
– Nie – wyszeptałam. Milczenie.
– Możesz mówić głośniej, dziecko? Kto wyznaje prawdę, nie musi się wstydzić.
Surowe spojrzenia i nerwowa cisza wibrowały wokół mojej bolącej głowy.
– Nie będę już więcej kłamać… – powiedziałam tak głośno, jak umiałam. Mój głos zabrzmiał ochryple i nienaturalnie.
– Weźmiesz udział w szkolnym przedstawieniu śpiewogry? – Nie.
– Będziesz znowu chodzić na służbę: kaznodziejską i głosicielską na ulicę?
– Tak.
– Będziesz się w przyszłości wystrzegać myśli o brzydkich rzeczach?
– Tak.
– Będziesz posłuszna swoim rodzicom? – Tak.
– Kochasz Jehowę? – Tak.
Po ostatniej odpowiedzi zapanowała w sali kompletna cisza.
– Tak jest dobrze, Hannah – powiedział na zakończenie zadowolony brat Jochen, a jego jasnoniebieskie oczy wyglądały prawie tak dobrotliwie, jak wcześniej. – A teraz chcemy zaśpiewać i radować się wszyscy twoim pięknym głosem, ponieważ jest on nam dany – twoim braciom i siostrom.
Popatrzyłam w górę. – Czy mogę już iść na swoje miejsce? – poprosiłam, a mój głos zabrzmiał tak cieniutko, że sama ledwo go rozpoznałam.
– Oczywiście, siostro – powiedział, uśmiechając się do mnie.
Wstałam i chwiejnym krokiem wróciłam na miejsce obok Roswithy.
Kiedy dwie godziny później opuszczaliśmy Salę Królestwa, zauważyłam, że młodzież z naszego zboru obchodzi mnie przezornie łukiem.
– Sama sobie nawarzyłaś piwa – szepnęła rozdrażniona Roswitha w chwili, kiedy podawała mi płaszcz.
Przytaknęłam.
W domu Roswitha zabroniła mi pójść do mojego pokoju.
– Ale źle się czuję, mam gorączkę… – burknęłam speszona.
Przyłożyła mi rękę do czoła. – Masz najwyżej stan podgorączkowy, Hannah – sprostowała i wysłała mnie do kuchni. – I spokojnie możesz pomóc mi trochę w pracach domowych. Brat Jochen nie chciałby, żebyś tak często samotnie przebywała w swoim pokoju.
Zamilkłam i robiłam niechętnie to, co chciała macocha. Kiedy chwilę później wynosiłam śmieci do dużego kontenera na podwórzu, podczas opróżniania wiaderka odkryłam pomiędzy śmierdzącymi odpadkami kuchennymi mój stary piernik w kształcie serca. Pokruszony, ledwie dał się rozpoznać na samym spodzie wiadra. Patrzyłam jeszcze przez chwilę, czując unoszący się dookoła ostry, przenikający odór.
A ponieważ serce z piernika przedtem leżało na samym spodzie, teraz spoczywało widoczne dla każdego, na wierzchu, na stercie śmieci: coś połamanego i brudnego, pokryte pokruszoną szaroróżową cukrową polewą, wciąż jednak starannie zapakowane w szeleszczącą, przezroczystą folię, rozpaczliwie wyszeptałam „Ukochanej”, nieomal sparaliżowana.