Выбрать главу

– Nie… Tak… Nie wiem – wyszeptałam w końcu.

– Chodź – powiedział, a potem, milcząc, opuściliśmy wiadukt, na którym hulał silny wiatr. Szliśmy przed siebie bez słowa.

– Tutaj zginęła moja Mama – szepnęłam, kiedy zostawiliśmy już za sobą obwodnicę. Paul głaskał moją zimną, wilgotną twarz. – Nie wiem nawet, gdzie jest jej grób – zrozpaczona powiedziałam cicho po jakimś czasie. – Odnajdziemy go, obiecuję. – Potem znowu zamilkliśmy. – Zapanowali nad moim całym życiem – odezwałam się szeptem, gdy wchodziliśmy do domu, w którym mieszkał.

– Wiem – odparł.

– Ale kocham ich mimo wszystko, ojca, macochę i młodszych braci i boję się zostać bez nich…

Nagle otworzyły się drzwi do mieszkania.

– Znalazłem ją, mamo – powiedział do wyjątkowo krzepkiej kobiety, wyglądającej na bardzo zatroskaną, a w jego głosie dało się słyszeć ulgę.

– Dzięki Bogu! – westchnęła kobieta, zamykając za nami drzwi. – Chcecie coś ciepłego do picia? – kontynuowała, głaszcząc mnie przez chwilę po mokrych włosach.

Pokręciłam głową. – Nie, chciałabym tylko położyć się spać – poprosiłam cicho. – Jestem taka zmęczona i zmarznięta.

Matka Paula przytaknęła i pościeliła mi łóżko dla gości, zadbała o suche rzeczy i termofor.

– Muszę zadzwonić do twoich rodziców – powiedziała w końcu niepewnie.

– Proszę, nie! – krzyknęłam wystraszona. – Natychmiast przyjechaliby po mnie…

Widziałam, jak Paul po cichu perswadował coś matce i jak w pewnej chwili przytaknęła ku mojej radości. Skinęła głową i zamknęła drzwi od pokoju, zostawiając nas samych.

– Chcesz jeszcze porozmawiać, jubilatko? – zapytał, siadając na krawędzi łóżka. Jednym palcem głaskał bardzo delikatnie moje czoło.

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

– Chcesz pewnie przez jakiś czas zostać sama?

Ponownie pokręciłam głową, przez którą w ułamku sekundy przebiegła myśl o wielu sennych marzeniach, w których Paul i ja, tak jak teraz byliśmy tylko we dwoje.

– Mam się położyć przy tobie? – Wyszeptał mi nagle do ucha.

Otworzyłam oczy i długo patrzyliśmy na siebie. W końcu przytaknęłam, a on wśliznął się, tak jak siedział, pod kołdrę.

– Wciąż jesteś jeszcze cały mokry – stwierdziłam, będąc naraz jednocześnie całkowicie wypoczęta i strasznie wykończona.

– Nie przyszedłem tu, żeby się przebrać – wyszeptał mi usprawiedliwiająco do ucha.

– Możesz się spokojnie przebrać – dodałam odważnie.

– Jesteś tego pewna?

– Tak.

– OK.

I ostrożnie zdjął z siebie wilgotne od deszczu rzeczy, mocno przytulił się do mnie pod ciepłą kołdrą. W którejś chwili poczułam jego gołe, rozgrzane nogi, a zaraz potem delikatne, ciepłe, muskularne ramię na swoim drżącym ciele. Leżeliśmy jak dwie pasujące do siebie łyżki w ciasnym pudełeczku, oboje w koszulkach z krótkimi rękawami i majtkach, podnieceni i ciężko oddychający. Paul głaskał moje ramiona i brzuch, a ja dotykałam go dłonią i gładziłam po plecach. Paul całował mnie po szyi, a ja jeździłam mu ręką po jego miękkich włosach. W pewnej chwili, wahając się, odwróciłam się i zaczęłam całować jego zamknięte powieki. Paul leżał zupełnie spokojnie, wtedy delikatnie całowałam go po czole, brwiach, uszach i szyi, a także w usta.

– Kocham cię, moja jubilatko! – powiedział w końcu i wziął mnie w ramiona prawie tak mocno jak wcześniej na wiadukcie. Ale tym razem nic mnie nie zabolało, poczułam się cudownie i też objęłam go rękami, a potem zasnęliśmy.

Tak skończyły się moje szesnaste urodziny.

Następnego ranka wyszliśmy wcześnie z domu. Zamiast swoich wilgotnych od deszczu rzeczy z wczoraj, miałam na sobie koszulę Paula i dżinsy jego siostry Katrin.

– Dlaczego jesteś dzisiaj tak małomówna? – zapytał zatroskany.

– Okropnie się boję, Paul – wyszeptałam, a strach, który mnie w środku paraliżował, był tak silny, że nie pozwalał mi mówić, dusił mnie jak dzikie zwierzę. – Co będzie dalej?

Szliśmy wzdłuż ulicy, naprzeciwko której wznosił się budynek szkolny. Świeciło słońce, liście na drzewach zieleniły się, czerwieniły i połyskiwały brązem. Niebo miało kolor głębokiego błękitu, tak jakby było jeszcze lato.

– Jak w raju – powiedział Paul, prawdopodobnie chciał mnie pocieszyć. – A my jesteśmy Adamem i Ewą i całe życie przed nami…

Pokręciłam przecząco głową.

– Nie, Paul – wymknęło mi się raptownie. – Raj dopiero nastąpi. Bóg będzie rządził niebem i ziemią, ale to stanie się po Armagedonie. Wpierw Jehowa będzie sędzią i wszystkich złych ludzi wybierze i zgładzi, potem dopiero powstanie raj, i tylko dla tych, którzy na Sądzie Ostatecznym nie zostaną przekreśleni, lecz zbawieni i posiądą prawo do życia w raju…

Zatrzymaliśmy się.

– A co z tym światem? – zapytał łagodnie Paul. – Co z tymi promieniami słońca, z tym życiem?

Uśmiechnął się do mnie.

– To… to jest grzech – wyjąkałam przygnębiona.

– A nasza miłość, Hannah?

– Ona jest najgorsza…

– Dlaczego?

– Ponieważ ona mnie… ponieważ ja… ponieważ my dwoje, ponieważ Jehowa…

Milczałam.

– Hannah – przerwał w końcu milczenie, jakie zapanowało między nami. – Może świadkowie Jehowy są w błędzie, może świat nie jest tak całkiem zły, jak wierzycie, może…

Zasłoniłam uszy, gdyż nie chciałam tego dłużej słuchać.

– Hannah, naprawdę wierzysz, że nasze wzajemne uczucia są grzechem?

Opuściłam ręce, ponieważ zasłanianie uszu nie zdało się na nic i słuchałam go. W tej samej chwili zatrzymał się koło mnie samochód. To było auto brata Jochena, natychmiast to zauważyłam. Zanim jeszcze zdołałam wydać z siebie jakiś dźwięk, brat Jochen wysiadł już z pojazdu i złapawszy mnie za rękę, wepchał do samochodu. – Wsiadaj – rzucił krótko. – Martwiliśmy się o ciebie, głupia dziewucho.

– Hej! – krzyknął zaskoczony Paul. – Hannah, czekaj…

Jednak już było za późno. Siedziałam w aucie, mocno przytrzymywana przez ojca Roswithy, a brat Jochen ruszył z miejsca.

Do końca tygodnia nie poszłam już do szkoły. Roswitha pilnowała mnie w moim pokoju. Brat Jochen o mnie rozmawiał. Siostra Walburga ponownie mnie przebadała. Ojciec pobladł, milczał i spuścił głowę. Moim młodszym braciom nie pozwolono do mnie przychodzić. Roswitha wyjaśniła im, że opętał mnie zły demon, dając Benjaminowi kilka głośnych klapsów, gdyż mimo wszystko wchodził do mojego pokoju. Babcia ciągała mnie za włosy, a dziadek wygłosił na zgromadzeniu improwizowane kazanie, mówiąc w nim o wszystkich moich przewinieniach. Musiałam przez cały czas trwania jego mowy stać obok niego. Czułam się upokorzona i chora, sporo minut upłynęło, zanim mi się znowu udało opuścić moje ciało, tak żebym niewidoczna i nietykalna unosiła się w powietrzu. W końcu jednak się powiodło, leżałam jak w stanie nieważkości w miękkiej, kojącej, powietrznej pościeli.

– Ona jest kompletnie odporna – grzmiał dziadek, wściekły jak rozdrażniony szerszeń.

– Nie prosi o przebaczenie, gdyż już nas opuściła – syczała Roswitha.

– Nie dostrzega, że się o nią martwimy, jest zepsuta do szpiku kości – stwierdziła fachowo siostra Brigitte, szarpiąc mnie za rękę. – Hannah, no powiedz coś wreszcie – zażądała stanowczo. Ale ja byłam w górze w powietrzu, niewidoczna i nietykalna, jak miałam zareagować?

– Jest zbuntowana, co będzie miało dla niej przykre konsekwencje – to było ostatnie stwierdzenie, jakie dziadek wygłosił na mój temat w czasie owego zgromadzenia. Później postawiono mnie przed sądem, który obradował w niewielkim biurze nad naszą Salą Królestwa. Stałam, niemal nieprzytomna i wycieńczona, przed starszymi – którzy wszyscy należeli do komitetu sędziowskiego – próbując zrozumieć, o co tu chodzi.