Początkowo nie miała pewności, czego się właściwie od niej oczekuje, ale w miarę upływu czasu coraz lepiej radziła sobie z tym niewychowanym zarozumialcem. Lekcje miały coraz spokojniejszy przebieg, bójki ustały. Przynajmniej tak się wydawało.
Ale zdarzało się często, że Indra była nieobecna myślami. Jakby własny umysł nie chciał się jej podporządkować. W parę dni po powrocie z Południa wybrała się do stolicy. Była przekonana, że ma tam parę interesów do załatwienia.
Na głównej ulicy nieoczekiwanie wpadła na Orianę, tę elegancką, niezwykle kulturalną Włoszkę. Przywitały się radośnie, obie zaskoczone spotkaniem. Wymieniły kilka zwyczajnych zdań, a potem Oriana zapytała:
– Czym ty się teraz zajmujesz?
Indra opowiedziała jej o swojej syzyfowej pracy, której celem było wychowanie i uczynienie człowieka z wybranego chłopca.
– A ty?
I Oriana rozbłysła.
– Och, ja otrzymałam fantastyczną posadę. Jestem sekretarką Rama.
– Nie, co ty mówisz? To wspaniale – rzekła Indra speszona. Próbowała zachować na wargach uśmiech, ale czuła, że za moment straci nad sobą kontrolę, tak wielkie było jej rozczarowanie. Patrzyła teraz na Orianę innymi oczyma. Dojrzała, bardzo ładna, inteligentna i wrażliwa kobieta, o żywych ruchach i głębokich, ciemnych oczach. Uczucie porażki i mniejszej wartości ciążyło jej w żołądku niczym ołów.
– Dokąd się wybierasz? – zapytała Oriana, niczego się nie domyślając.
– Idę do ratusza – odparła Indra martwym głosem. – Dostałam jakiś papier, którego nie rozumiem.
– Ach, tak, ja niestety muszę iść w odwrotnym kierunku – uśmiechnęła się Oriana.
– Miło było cię spotkać!
Idąc wolno w stronę ratusza Indra czuła, że stopy ma jak z ołowiu. Skoro jednak uszła już tyle drogi, to poradzi sobie i dalej.
Jakiś czas temu zadała Vidzie mimochodem kilka pytań i dowiedziała się, w której części ratusza pracuje młodzieńcza miłość Rama. Udała się do tego właśnie oddziału, na szczęście był przeznaczony dla klientów, i krążyła z obojętną miną, jakby szukała jakichś blankietów.
Tam! To musi być ona. Kobieta zajmowała się interesantem, więc Indra mogła ją ukradkiem obserwować.
Z rodu Lemurów, tak, to przecież oczywiste. Indra jest tylko człowiekiem, ale Oriana również.
Ta tutaj jest bardziej niebezpieczna. Nie tylko ładna, jak większość jej pobratymców, to po prostu piękność! Jakie wspaniałe ruchy rąk! Jak niewiarygodnie pociągający uśmiech! To kobieta, która porzuciła Rama dla innego, dla tego, który zginął w Górach Czarnych. Kiedyś musi jednak przestać czekać i rozpaczać, któregoś dnia z pewnością uzna, że Ram jest tym drugim najlepszym, jakiego mogłaby mieć. I wróci do niego…
Indra pośpiesznie wyszła z ratusza, a potem, jakby ją ktoś gonił, pobiegła do gondoli, którą pożyczyła od ojca.
Tak nie można, myślała zgnębiona, wznosząc się ku złocistemu niebu. Po prostu potrzebuję mężczyzny, kogoś podobnego do mnie, tyle czasu już minęło od ostatniego razu. Ten niepokój w całym ciele, kiedy leżę sama i nie mogę zasnąć… Nie jestem jak Miranda czy Elena, które mogą czekać latami, mam pod tym względem większe potrzeby niż one.
Tsi-Tsungga?
Och, wiedziała, że on by potrafił ugasić pożar trawiący jej ciało. Tyle tylko że nie miała ochoty na Tsi. Nie teraz, nie teraz. Wydawało jej się to czymś szalonym, poza tym nie chciała wykorzystywać sympatycznego elfa do własnych celów, to nie byłoby w porządku.
Zresztą Tsi też nie należał do jej gatunku. I Armas także nie.
Jaskari? Nie, on należy do Eleny, chodzi tylko o to, by przyjaciółka w końcu się zdecydowała. Właściwie Elena już się zdecydowała, była zakochana, ale on, choć także ją kochał, jeszcze nie do końca jej wierzył. Nie chciał mieć dziewczyny gotowej ulec pierwszemu lepszemu, byle tylko zwrócił na nią uwagę. Jaskari uważał, że Elena musi go kochać dla niego samego, nie tylko jako blade odbicie jego miłości. Uff, jakie to skomplikowane.
Jori?
Nie, on absolutnie nie jest w typie Indry. Jori jest sympatyczny i zabawny, to fantastyczny przyjaciel, ale zupełnie się nie nadaje na kochanka. Nie myślała o tym, że Jori jest od niej niższy, Indra na tego typu sprawy nie zwracała uwagi, nie była tak głupia. Nie, jednak oczekiwała czegoś innego.
Oko Nocy?
To niemożliwe, on jest przeznaczony dla indiańskich dziewcząt. Poza tym, jeśli jakaś inna miałaby u niego szansę, to Berengaria ma prawo pierwszeństwa. Oko Nocy i Berengaria trzymali się razem przez wszystkie lata, jako przyjaciele, rzecz jasna, nie inaczej. Dziewczyna wielbiła indiańskiego chłopca niczym bóstwo, a jemu to bardzo pochlebiało. W ogóle nie zauważał, że Berengaria manipuluje nim i wykorzystuje go w najpaskudniejszy sposób. Robił wszystko, czego zapragnęła, za jeden jej słodki uśmiech na podziękowanie.
Ale teraz Berengaria zaczęła dorastać. Mogło to przysporzyć nie lada kłopotów Oku Nocy, gdyby jego ojciec, Ptak Burzy, nie uderzył pięścią w stół, żeby go poważnie ostrzec.
Gondagil, wspaniały Gondagil, należy do Mirandy. O Marcu i Dolgu w ogóle nie mogło być mowy. Któż więc pozostawał Indrze?
Och, było mnóstwo młodych mężczyzn i w mieście Saga, i w stolicy, i w całym królestwie. Mogła wybrać kogo zechce, wiedziała, że ma licznych wielbicieli.
Musi natychmiast coś postanowić, szkoda czasu. Musi się w kimś zakochać. Najszybciej jak to możliwe!
Musi się z tego wszystkiego otrząsnąć. Pozbyć tego strasznego dylematu.
Któregoś dnia zobaczyła go znowu. Był w Sadze i rozmawiał z Dolgiem i kilkoma innymi mężczyznami. Żaden z nich nie widział Indry, która stała w mieszkaniu przy oknie i spoglądała w dół na plac. Plac Marca i Dolga.
Pogrążyła się w smutnych rozmyślaniach: Ty zawsze tutaj byłeś. Zawsze. Od samego początku, od chwili, kiedy ja przybyłam. Ale nigdy przedtem cię nie widziałam. Nigdy na ciebie nie patrzyłam.
Boże, jakie to bolesne! Nie może tak być!
Te samotne noce. Lęk. Myśli. Uczucia, których przedtem nie znała. Indra, która nie przejmowała się tym, że nic nie czuje do chłopców, z którymi chodziła do łóżka w zewnętrznym świecie. Dla niej były to nic nie znaczące miłostki, po prostu przyjemne chwile.
Niewielu zresztą było tych kochanków. Garstka zaledwie. Potem szybko o nich zapomniała.
Tutaj w Królestwie Światła właściwie nie miała czasu na erotyczne przygody, tutaj działo się tak wiele innych spraw. Czekała zbyt długo, oto cała tajemnica. Dlatego teraz każdy byłby dobry.
Jego czułe dłonie. Złocistobrązowe, pięknie ukształtowane. Oczy, zupełnie czarne, kiedy patrzyły na nią, właśnie na nią! Indra zaczęła sobie przypominać czas miniony. Kiedy on na nią patrzył? Kiedy rozmawiali ze sobą, rzecz jasna, ale to nie zdarzało się często. Chociaż może? Czy on spoglądał na nią przy innych okazjach? Starała się coś sobie przypomnieć, ale nie mogła.
Czy on w ogóle wie, kim ja jestem? Owszem, to z pewnością wiedział, ale niewiele więcej. Po prostu była częścią niesfornej grupy.
Kogo powinna wybrać? W mieście Saga znała kilku młodych mężczyzn nie do pogardzenia. Który z nich? Który? Myśl, Indro, myśl!
Ta jego zgrabna sylwetka. Profil…
Ręce drżały jej odrobinę. Oddech stawał się szybszy.
Nie!
Zwykle tego rodzaju szalone rojenia znikały pod prysznicem. Poszła więc do łazienki, chciała włączyć zimną wodę. Ale niestety, nie znalazła prysznicu, znajdowała się przecież w obcym domu i była kompletnie bezradna. Wróciła do okna, ale zaraz znowu od niego odeszła.
To czyste szaleństwo, myślała wzburzona. Jakieś nagłe opętanie. Na szczęście takie zauroczenie przechodzi. Nie należy się do tego specjalnie przywiązywać, powiedziała sama do siebie, wracając do domu. Po prostu nie trzeba się tym w ogóle przejmować!