Tym razem Duff wiedział, że jego pomocnik nie żartuje. Przyklęknął na brzegu kanału i gdy dryfujące zwłoki podpłynęły bliżej, pochwycił je metalowym prętem. Pociągnął i ciało ociężale przekręciło się w wodzie. Wszystkim trzem zaparło dech w piersi, gdy zobaczyli rozdętą, białą twarz i szeroko rozwarte, wytrzeszczone oczy.
Berkeley, zgięty wpół, oparł się o wilgotną ścianę, żołądek podchodził mu do gardła i opadał jak oszalała winda. Choć był oszołomiony, usłyszał jak Terry mówi:
– Jezu Wszechmogący, jest jeszcze jedno!
Zmusił się, żeby spojrzeć, kiedy usłyszał plusk. Terry wszedł do wody w wysokich butach, chroniących go przed cuchnącym strumieniem, który sięgał mu tuż powyżej kolan. Z trudem przedzierał się na drugą stronę tunelu do płynącej tam kolejnej postaci.
– Myślę, że to jest kobieta! – krzyknął przez ramie.
– W porządku, Terry. Spróbuj dociągnąć ją do brzegu – polecił Duff.
– Wrócimy i ściągniemy tu ekipę, żeby ich zabrali. Panie Berkeley, niech pan nam pomoże wyciągnąć to ciało, dobrze?
Berkeley przywarł do ściany.
– Ja… ja, chyba nie…
– Nie do wiary – odezwał się znów Terry. – Płynie jeszcze jedno.
Duff i Berkeley spojrzeli w tym samym kierunku co Terry i ujrzeli, że woda niesie ku nim jakąś postać. Kiedy się zbliżyła, zobaczyli, że było to ciało następnej kobiety; wokół niej falowało coś białego, co mogło być nocną koszulą. Leżała na wznak, wpatrując się szklistym wzrokiem w ociekający wodą sufit. Na szczęście dla żołądka Berkelcya jej twarz nie była tak nabrzmiała jak twarz pierwszej osoby, którą znaleźli.
– Złap ją, Terry: – rozkazał Duff.
Pomocnik wciągnął na groblę ciało, które trzymał, i brnąc przez wodę, poszedł po następne Obaj patrzyli na niego, gdy złapał je za nogę, Duff – z rękami zaciśniętymi na klapach marynarki martwego mężczyzny, Berkeley – dziwiąc się opanowaniu pomocnika. Pewnie chłopak był zbyt gruboskórny, żeby się tym przejmować.
Terry pochylił się nad płynącą kobietą, jego ręce zbliżyły się do jej talii i wyciągnęły, by chwycić ją pod pachy. To, co się stało później, wywołało u obu przyglądających się mężczyzn taką sama reakcje, ale z odmiennym skutkiem.
Gdy głowa Terry’ego zbliżyła się do twarzy kobiety, z wody wynurzyły się dwie białe, nagie ręce i otoczyły jego szyję. Wrzasnął, gdy został pociągnięty w dół, krzyk przeszedł w zdławione bulgotanie, kiedy przykryła go woda.
Biała piana wzburzyła mulisty ściek, gdy walczył, starając się uwolnić ze śmiertelnego chwytu, ale kobieta trzymała go mocno w swoim uścisku, ciągnąc coraz głębiej.
Usta Berkeleya otworzyły się w bezgłośnym krzyku i ledwo zauważył, że po jego trzęsących się nogach spływają gorące odchody. Zataczając się, znów oparł się o ścianę, wpychając do ust kostki obu rąk.
Początkowy szok, jaki przeżył Duff, gwałtownie przeszedł w paraliżujący ból, który rozpoczął się w piersiach i szybko rozszerzył na kark i ramiona. Oczy zaszły mu czerwoną, oślepiającą mgłą i runął do wody, serce przestało mu bić, zanim zdążył się utopić.
Berkeley widział, jak Terry raz jeszcze wynurzył się z wody, i zobaczył, że oczy pomocnika, jakby z niedowierzaniem, wpatrują się w bladą twarz przed nim. Kobieta trzymała go mocno, jak w miłosnym uścisku, uśmiechając się spękanymi i pogryzionymi wargami. Chłopak pogrążył się znowu i postać znikła razem z nim. Pod błotnistym, zielonym szlamem Berkeley dostrzegł jeszcze ledwo widoczne światło jego lampy, które stawało się jednak coraz słabsze i po ostatniej eksplozji bąbelków powietrza wzburzona powierzchnia wody uspokajała się, pojawiły się na niej drobne falki, które też stopniowo zanikały. W końcu po blasku lampy nie pozostał już żaden ślad.
Woda była spokojna.
Dopóki nie zaczęła się z niej wolno wynurzać.
Zielony szlam spływał z jej ciała.
Patrzyła na niego.
Uśmiechała się.
Od zmatowiałych ścian tunelu odbijały się krzyki Berkeleya; zwielokrotnione echem przerodziły się w setki wrzeszczących głosów. W końcu tunelu był coraz większy ruch. Postacie przechodziły z ciemnych otworów do głównego kanału. Niektóre były w wodzie, posuwały się z wysiłkiem w kierunku, z którego przyszedł razem z dwoma robotnikami. Nie chciał patrzeć, ale nie mógł zamknąć oczu, lampa, huśtając się w szalonym łuku, oświetlała zbliżające się sylwetki. Zimna, mokra ręka zacisnęła się na kostce jego nogi.
W pobliżu niego stanęła kobieta i szybko cofnął nogę z krawędzi kanału. Długie, wilgotne włosy zwisały wokół jej twarzy jak szczurze ogony, biała, rozerwana niemal do łona koszula odsłaniała obwisłe piersi i nienaturalnie wzdęty brzuch, jakby od dawna nic nie jadła. W ciemności trząsł się ze strachu przed nią i zastanawiał się, czy jest martwa.
Kobieta wyciągnęła do niego ręce i zaczęła, wspinać się na brzeg kanału.
– Nie! – Kopnął ją i zaczai uciekać na czworakach. – Zostaw mnie!
Z trudem podniósł się na nogi i przywarł do ściany, wycofywał się, plecami zdrapując z muru porosty. Zaczęła pełznąć w jego stronę. Zbliżali się też inni.
Wpadł w wylot tunelu, który miał za plecami, i gdy w ciemnej czeluści szukał sposobu ucieczki, wyciągnęły się doń białe, trzęsące się ręce. Sapiąc rzucił się z powrotem do głównego tunelu, z jego ust wydobywały się skamlące mamrotania. Ześlizgnął się z krawędzi kanału i głową wpadł do wolno płynącego ścieku, wynurzył się, plując i płacząc, lecz wciąż uciekał. Gęsta od brudu woda przyczepiała się do nóg, jak gdyby szlamowate stwory z dna chwytały jego stopy. Podnosząc wysoko kolana, rozpryskiwał wodę, próbując uciec od ciemnych postaci, od kobiety, która trzymała wyciągnięte ręce, by chwycić go w objęcia. Miał świadomość, że coraz częściej i częściej uderza o coś nogami i bał się spojrzeć w dół wiedząc, co tam Jest, wiedząc, że jeśli spojrzy, wyciągną się ręce i powloką go w otchłań. Kanał przechodził w wielką komorę, wysoki na trzydzieści lub czterdzieści stóp sufit opierał się na potężnych, żelaznych filarach. Ogromna tama, regulująca ujście wody ze ścieków, znajdowała się naprzeciwko. Ale nie widział jej. Gdyż tam właśnie na niego czekali.
Jedni stali wokół brzegów komory, inni w wodzie. Wielu przepychało się przez liczne otwory w ścianie. Na dnie komory pełno było ciał. Widział, jak niektóre z nich wypływają przez rozmaite wyloty tamy. Lampa na jego kasku oświetlała jedną twarz po drugiej. Miał niesamowite uczucie, że znajduje się w mrocznych podziemiach katedry, gdzie unurzani w czarnej mazi chórzyści oczekują na swojego mistrza. Słabło światło lampy, narastająca ciemność z wolna tłumiła jej blask. Z ciemności spoglądały na niego setki oczu i w nozdrza uderzył go ze zdwojoną siłą odór ścieku. Smród był tutaj jeszcze bardziej drażniący.
Zaczął wycofywać się z zatłoczonej komory. Ale kiedy wilgotna, biała ręka opadła mu na ramię, wiedział, że stąd nie ma już ucieczki.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
Kot trzymał się cienia; skradał się po odświeżonej deszczem ulicy cicho i niezauważalnie. Deszcz przestał padać, w przeciwnym razie kot w dalszym ciągu kuliłby się gdzieś pod dachem. To bezpańskie zwierzę nie potrzebowało domu, żyło dzięki własnej przebiegłości, własnemu sprytowi i własnej szybkości. Ludzie nigdy nie pieściliby zwierzaka takiego jak ten, ani nie wzięliby go do domu, ponieważ był ulicznikiem i wyglądał jak ulicznik. Czarna sierść na jego grzbiecie była rzadka, a w miejscach, które najbardziej ucierpiały podczas walk o pożywienie, niemal całkowicie wytarta. Jedno ucho było tylko poszarpanym strzępem, kikutem sterczącym na jego głowie; pies, który go tak okaleczył, mógł patrzeć teraz tylko jednym okiem. Pazury miał stępione od ciągłego biegania po betonie, ale wciąż były groźne, kiedy je rozczapierzył. Poduszeczki na jego łapach stwardniały niczym wyprawiona skóra. Kot poczuł zapach nocnego, wilgotnego powietrza. Jego oczy, w których odbijało się słabe światło ulicznej latarni, były szklisto żółte.