– Tak, po tym, jak potrzymała przez chwilę w dłoniach Święte Słońce – przyznał Móri. – Ale my nie mamy z sobą Słońca, nie mieliśmy śmiałości zabrać go tu, do tej krainy dzikusów.
– Jaskari posłużył się wódką – przypomniała im Indra. – Tym tutaj też by to się spodobało.
– Nie, z potworami tego nie da się powtórzyć. Myślę, że jednak twoja propozycja, Indro, była najlepsza. Pozostaje jedynie pytanie, w jaki sposób opanować „sztukę chwytania potwora”?
– Musimy znaleźć odpowiednią przynętę – stwierdziła Indra. – Co może skusić tych wściekłych malców?
– To muszą być same potwory płci męskiej – przypomniał Ram. – Nie przypuszczam, by ich kobiety cieszyły się szacunkiem dostatecznym na tyle, by samców do czegoś nakłonić.
– Gdybyśmy mieli pistolet – zabawkę – rozmarzyła się na głos Indra. – Pamiętacie chyba, jaki efekt wywarł na nich pistolet Mirandy?
– Uciekły – przypomniał Ram.
– Owszem, ale bardzo chciały mieć coś takiego.
– Ja swojego nie poświęcę. Zresztą on w ich łapach byłby śmiertelnie niebezpieczną bronią. Nie, nie, zapomnij o pistolecie! Czy ktoś ma jeszcze jakąś inteligentną propozycję?
– Zwabimy potwory w pułapkę – oświadczył Móri rezolutnie. – Widzicie tych trzech mężczyzn, którzy nad czymś pracują? Tam, w dole, z dala od Zabudowań. Indro, czy masz dość odwagi, żeby być rybką na przynętę?
– To chyba jedyna okazja, żeby nazwać mnie rybką. Owszem, jestem do dyspozycji.
Omówili plan ze wszystkimi szczegółami, nic bowiem nie mogło pozostać nie dopracowane. Ram za nic na świecie nie chciał stracić ukochanej Indry.
Uściskał ją, co niby miało dodać jej otuchy, był to jednak bardziej rozpaczliwy niż uspokajający gest. Zaczęli się przekradać ku zaroślom.
W jaki sposób uwodzi się potwora? zastanawiała się Indra, z bijącym sercem zbliżając się do trzech mężczyzn. Może raczej powinna nazywać ich samcami? To dopiero pytanie! Czy mam kręcić biodrami? A może wyglądać raczej jak coś, co nadaje się do zjedzenia? Jakiś smakołyk? Co oni wolą?
Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że chyba najchętniej widzieliby w niej soczysty stek.
Bardzo chętnie, pomyślała, podwijając możliwie najwyżej rękawy i nogawki spodni. Niech zobaczą tyle mięsa, ile tylko się da. Podwiązała też bluzkę w pasie, tak by widać było całą talię.
To przecież groteskowe, uśmiechnęła się pod nosem. Gdyby nie było tak rzeczywiste i jak najbardziej realne, można by się z tego śmiać. Ale trudno o śmiech, kiedy jest się śmiertelnie przerażonym.
Kochani Ram i Móri, jesteście chyba na swoich miejscach? Wszystko musi wypalić, inaczej zostaną wam ze mnie tylko ogryzione kosteczki. O, nie, trzeba skończyć z tymi makabrycznymi myślami.
Są tam! Fe, jak oni wyglądają! Chyba się z tego wycofam.
Tam z góry wszystko wydawało się takie proste, a przecież wcale, ale to wcale tak nie jest. Ziemia jest tu o wiele bardziej nierówna, porośnięta jakimiś krzakami, potknę się, a wtedy one na pewno mnie dopadną. Gdzie jest to miejsce, w którym mieli zaczaić się chłopcy? Niełatwo je stąd dostrzec, co będzie, jeśli pobiegnę w złym kierunku? Wśród tej plątaniny zarośli nietrudno stracić orientację… Czy może zagwizdać na Rama i Móriego, a przynajmniej szepnąć jakieś „pst”?
Raczej nie, te zwierzęta natury czy jak je zwać mają najprawdopodobniej doskonale rozwinięty słuch.
Obserwowała je skulona za krzakami i ciarki przeszły jej po plecach. Ani to ludzie, ani zwierzęta, coś jakby pośredniego, co najlepiej pasuje chyba do przedstawianych przez fanatycznego kaznodzieję opisów istot pełzających po najczarniejszych zakątkach piekła.
Skąd one się tu wzięły? Obcy twierdzili, że potwory mieszkały tu, jeszcze zanim oni się zjawili, i Indra skłonna była w to wierzyć.
W panice usiłowała obliczyć, w którym miejscu mogli ukryć się przyjaciele. Wydawało jej się, że wie, dzielnie więc skierowała się ku tym małym czortom, które przykucnęły, trzymając w ręku jakieś długie korzenie i coś do siebie pokwikując. Od czasu do czasu te odgłosy zmieniały się w syk złości, padały też uderzenia. Potem stwory wracały do pracy, jak gdyby nic się nie stało.
Indra udała, że ich nie widzi. Zaczęła przedzierać się przez zarośla, podśpiewując jakąś piosenkę, której melodia brzmiała nawet dość słodko, słowa jednak drwiły z potworów. Mówiły coś o ich strasznych manierach, impotencji i podobnych rzeczach. Indra nie liczyła wcale na to, że potwory ją zrozumieją, po prostu sama sobie usiłowała w ten sposób dodać otuchy.
Trzy potwory nastawiły uszu i zaraz też ją dostrzegły. Popatrzyły na siebie, jakaś rzucona broń świsnęła obok ucha Indry.
Do diaska, dlaczego nikt tego nie przewidział?
Przyspieszyła kroku, zmierzając, jak sądziła, we właściwym kierunku, a za plecami słyszała tylko, że potwory, wrzeszcząc z podniecenia, rzuciły się za nią w pogoń.
Ram i Móri! Gdzie jesteście? Przecież mieliście się zjawić właśnie teraz i złapać je w naszą pułapkę!
Indra zrozumiała, że coś poszło bardzo, bardzo źle.
Plan, który wymyślili, okazał się naprawdę, ale to naprawdę głupi.
Czy ten wyczekiwany zjawi się wkrótce?
Las płacze, mech wokół Oka Ciemności czeka. Miękki, zdradziecko miękki, przepojony smutkiem.
Tu mieszka żal. Żal, smutek i tęsknota. Czas tak się dłuży.
Rośnie nienawiść.
10
W szpitalnym pokoju Miszy Elena ekscytowała się „zdradą” Jaskariego. Może dlatego, że wiedziała, iż właściwie ona sama jest wszystkiemu winna? O wiele łatwiej jest mieć kogoś, kogo można oskarżyć o własne kłopoty.
Elena w ostatnim roku bardzo się zmieniła. Ta dziewczyna o niemal samoniszczącej osobowości, która brała na siebie winę za wszystko, co działo się na świecie, i nie potrafiła uwierzyć, że ktoś może ją lubić, nabrała pewności siebie, a wtedy uwidoczniły się nowe strony jej charakteru. Przesadne poczucie wyższości mieszało się z dawną niepewnością, nieumiejętność traktowania trudnych sytuacji z humorem wspierały dawniej doznane upokorzenia. Wyszła też na jaw mało sympatyczna żądza zemsty.
Elena zdecydowanie powinna wypić eliksir Madragów. Nie zrobiła tego jednak, uznała, że w jej przypadku nie jest to wcale konieczne.
Szkoda, tak naprawdę bowiem była poszukującą istotą, która właśnie zabłądziła na bezdroża. Bardzo potrzebowała kogoś, na kim mogłaby się oprzeć, kogo mogłaby kochać nieegoistycznie i szczerze.
Tak daleko jednak jeszcze nie zaszła.
Siedziała, wpatrzona w śpiącego Miszę, i czuła ogarniające ją niezadowolenie. Dlaczego Berengaria miałaby dostać w życiu wszystko, ona sama zaś nic? Oto musiała teraz tkwić cicho jak myszka przy jakiejś zupełnie nieciekawej osobie z Ciemności, podczas gdy Berengaria wyruszyła na wyprawę razem z jej Jaskarim! Ciekawe, co oni teraz robią. Zdradzają ją? I paskudnie ją obmawiają?
Strasznie zrobiło jej się żal samej siebie.
Armas nie posiadał się z radości, że zdołał uniknąć niepożądanego towarzystwa Berengarii i zamiast tego wyruszył z Jorim i Sassą do trzech górskich wiosek położonych najbliżej skalnej ściany Siski.
Nie przewidywali tam żadnych problemów. Waregowie twierdzili, że to pokojowo nastawione plemiona, które walczą jedynie z mrocznym pustkowiem i brakiem jakichkolwiek naturalnych zasobów.
I rzeczywiście, trójka wysłanników z Królestwa Światła nie miała tu kłopotów. Kiedy mieszkańcy wiosek usłyszeli o Słońcu, które mogli wkrótce dostać, nie okazali nawet odrobiny podejrzliwości wobec napoju. Ci obcy wszak powiedzieli, że Waregowie już go wypili. Skoro tamci mogli, to dlaczego oni mieliby odmówić? Napój najwidoczniej nie jest szkodliwy.