Выбрать главу

Prędko zdali sobie sprawę z własnej pomyłki, kiedy usłyszeli trzy potwory rzucające się w pogoń za kimś gdzieś dalej, spory kawałek na lewo od miejsca, w którym sami się znajdowali.

– Do pioruna! – przeklął Móri. – Szybko!

Indra przestała już zachowywać się cicho czy też nucić śliczne piosenki. Zaczęła krzyczeć stłumionym głosem, jeśli coś takiego w ogóle jest możliwe.

– Przeklęte małe bestie, przestańcie ciskać we mnie kamieniami! Jeden przed chwilą trafił mnie w głowę. Do diabła! Ram! Ram i Móri, ruszajcie do akcji, bo zabawa już się skończyła! Och, ratunku, oni teraz rzucają oszczepami! O rany, jeden mnie trafił! Au! Ależ jestem zła, zaraz ich dopadnę!

– Nie, Indro, nie! – zawołał Ram, znajdujący się daleko za prześladowcami dziewczyny. – Uciekaj!

Przez wszystkie szelesty i trzaski wśród zarośli docierały do nich jedynie urywki jej słów.

– Przecież bie… prosto… gniazdo os… nie byliście na miejscu?

Na wpół zduszony gniewny krzyk i głos dziewczyny zamilkł.

– Indra! – wrzasnął przerażony Ram.

Dotarli do niej wreszcie. Leżała na ziemi nieprzytomna, a nad nią pochylały się trzy potwory. Jeden już wyciągnął nóż i naciął udo dziewczyny.

Ram, niewiele myśląc, strzelił do niego.

Kiedy dwa pozostałe potwory ujrzały, że ich kompan został trafiony z pistoletu laserowego, uciekły z krzykiem. Pamiętały moment, gdy Miranda zabiła tą bronią jednego z ich pobratymców, bały się jej bardziej od wszystkiego.

– No to ładnie – westchnął Ram.

Móri rzekł stanowczo:

– Nie mogłeś postąpić inaczej. Tu liczyły się ułamki sekund.

Ram rozpaczliwie usiłował przywrócić Indrę do życia, Móri natomiast badał ranę na jej nodze. Na szczęście nie była głęboka.

– Przestań tak okropnie potrząsać moją głową – mruknęła wreszcie Indra. – To boli!

Uradowali się bardzo, że dziewczyna powoli zaczyna przytomnieć i reaguje w typowy dla siebie sposób. Potem zaś Móri powiedział zamyślony:

– Wydaje mi się, że mamy pewien problem, jeśli chodzi o te potwory.

– O czym myślisz?

– To kanibale.

– Ale ten ich paskudny zwyczaj zniknie chyba po wypiciu napoju Madragów?

– „Paskudny” to nie jest właściwe określenie. Pamiętaj, że kanibale z Borneo i Nowej Gwinei byli wspaniałymi ludźmi, wesołymi, życzliwymi i gościnnymi, o wiele lepszymi niż mieszkańcy wielkich miast, goniący tylko za pieniądzem. Mimo to jednak musimy wyplenić z nich tę skłonność do ludożerstwa, ale jak to zrobimy?

Popatrzyli na siebie.

– Marco – powiedzieli równocześnie.

Ale to była kwestia na później. Teraz przede wszystkim powinni znaleźć sposób, w jaki mogliby nakłonić potwory do wypicia cudownego wywaru.

Doprawdy, zmarnowali tę niewielką szansę, jaka była im dana.

Goram oczywiście ani trochę się nie ucieszył, że Lilję wyznaczono na jego towarzyszkę, nie odważył się jednak na sprzeciw i nie poprosił o zmianę, tak jak zrobił to Armas.

Skierował gondolę w stronę wzgórz na południe od niemieckiej osady. Góry Czarne znajdowały się niedaleko, lecz teraz nie stanowiły już zagrożenia.

Gorsze było natomiast to, że tak niewiele wiedzieli o mieszkańcach osad położonych na granicznym pustkowiu. Wszystkie informacje, jakie posiadali, przekazali im. Waregowie z krainy Timona, lecz oni też starali się trzymać z dala od tych nieznanych, lecz okrytych złą sławą obszarów.

Podobno dwie najbliżej położone osady były mimo wszystko zamieszkane przez niegroźne plemiona. Lepiej więc zacząć od nich.

Z góry mieli dobry widok.

– Tam jest jakieś skupisko domów – powiedziała Lilja z zapałem. Siedziała oparta łokciami o krawędź gondoli i wychylała się, próbując wzrokiem przeniknąć półmrok.

W oddali wznosiły się ponure Góry Czarne. Doskonale rozumiała respekt, jaki odczuwali wobec tych szczytów członkowie wielkiej wyprawy. Ona sama nigdy nie odważyłaby się tam wyruszyć. Nawet w towarzystwie Gorama.

– Widzę osadę – potwierdził. – Schodzimy w dół. Pozwól, że ja zajmę się komunikacją, jeśli w ogóle uda nam się jakąś nawiązać.

Lilja była przygaszona. Goram nie okazywał najmniejszych oznak zadowolenia z jej obecności, a przecież ona dniem i nocą o nim marzyła. We śnie i na jawie. Nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek jeszcze go zobaczy, tymczasem wybrano ją na jego towarzyszkę w wyprawie do Ciemności.

Wiadomość ta wprawiła ją w ogromne zdumienie. Nie było jej w domu, kiedy Goram zadzwonił, i już sam ten fakt uznała za potworną katastrofę. Telefon odebrała matka. Twierdziła, że rozmowa była bardzo krótka i formalna, Goram mówił przede wszystkim o tym, co Lilja powinna zabrać i w co się ubrać. Wskazał też miejsce, w którym się spotkają. Przede wszystkim jednak musiał uzyskać zgodę samej Lilji, nie wiedział przecież, czy ona ma czas i ochotę się do nich przyłączyć. Matka nie pozwoliła Lilji zadzwonić do Gorama, uparła się, że sama to zrobi. „Ty się przecież miotasz jak oszalała kura, uspokój się, dziewczyno!”

No tak, chyba rzeczywiście nie byłaby w stanie odpowiadać Goramowi rzeczowo. Ale po kilku nie przespanych godzinach, mnóstwie za i przeciw, matka wreszcie odwiozła Lilję na miejsce zbiórki, chciała bowiem upewnić się, czy wszystko jest jak należy i czy Lilja nie powie albo nie zrobi czegoś niemądrego.

Ach, jakże ona się trzęsła!

I wszyscy tam byli, przy gondolach w Sadze. Znów mogła go zobaczyć! Podszedł i uśmiechnął się, lecz mimo to nie wyglądał wcale na zadowolonego. Obiecał jednak matce, że przypilnuje, by Lilji nic się nie stało.

„Ale dlaczego chcecie brać ze sobą taką młodą, niedoświadczoną dziewczynę?” – dopytywała się matka. – ”Czy nie lepiej, żebym to ja…”

Goram wyjaśnił, że Móri, dowodzący ekspedycją, pragnął, by uczestniczyły w niej młode dziewczęta, gdyż ich obecność wpływa uspokajająco na mieszkańców Ciemności. „Proszę tylko spojrzeć, inne uczestniczki wyprawy są w tym samym wieku co Lilja, ona je wszystkie zresztą zna”.

Trudno było Lilji patrzeć na Gorama, migotało jej w oczach. Okazał się jeszcze przystojniejszy, niż go zapamiętała. Podczas gdy matka z nim rozmawiała, Lilja podeszła do Berengarii, która bardzo się ucieszyła na jej widok, potem przywitała się z Indra i ze wszystkimi pozostałymi. Widok znajomych twarzy bardzo podniósł ją na duchu.

Ale w gondoli zapadło przerażające milczenie.

Lilja nigdy dotychczas nie była w Ciemności. Panował tu taki chłód, że musiała włożyć sweter, którego zabranie uważała wcześniej za zupełnie zbędne. Musiała nawet go sobie kupić, bo ciepłych ubrań nie miała. Na co jej one w Królestwie Światła? Teraz cieszyła się, że wzięła ten sweter.

Ale wokół mroczno i ponuro! W jaki sposób ludzie mogą tu mieszkać? Zadała to pytanie Goramowi, a on odpowiedział, że nie mają wyboru. „Ale teraz dostaną Słońce?” – spytała. „Tak, jeśli zdołamy nakłonić ich do wypicia wywaru”.

Tę kwestię wyjaśniła jej Indra wcześniej. Przechwalała się, mówiąc: „Wypijają, no i od razu robią się łagodni jak baranki”.

Lilja całym sercem popierała cel wyprawy. Była wyposażona w aparaciki Madragów, uznała więc, że na pewno nie będzie miała żadnych kłopotów z porozumiewaniem się z tutejszymi plemionami. Gdybyż tylko Goram był przychylniej nastawiony! Teraz siedział na ukos od niej, skoncentrowany całkowicie na tablicy rozdzielczej, a na pytania odpowiadał tak zdawkowo, że dziewczyna poczuła się wręcz urażona. Jej marzenia były przecież zupełnie inne…

Wylądowali, Lilja zacisnęła palce na krawędzi gondoli. Po raz pierwszy w życiu miała postawić stopę na ziemi Ciemności.