Zabrał ze sobą czwórkę ludzi, bo tylu zmieściło się w gondoli, i unieśli się nad ziemią. Pozostali w dole rozpierzchli się na wszystkie strony, a czwórka wewnątrz siedziała sztywno niczym kamienne posągi, mocno przytrzymując się relingu. Oczy mało nie wyszły im z głowy. Ktoś zacisnął usta, żeby nie krzyczeć, ktoś inny nie śmiał spojrzeć w dół, ale wódz odważył się nawet na dostojne pomachanie ręką swoim współplemieńcom.
Dla tych ludzi to musi być niesamowite przeżycie, pomyślała Lilja. Popatrzyła na przypominającą kraal osadę z okrągłymi strzechami dachów. Niezwykły trud musieli sobie zadać, aby w tym wrogim otoczeniu, zimnym i skąpym w żywność znaleźć materiał do budowy domów takich, do jakich przywykli na ziemi. Ale to naprawdę wspaniały lud, pełen godności i życzliwości.
Wódz wskazał palcem.
– Tam są nasi sąsiedzi!
Zabrali też ze sobą dziecko, małego chłopca, który przyjmował niezwykłe wrażenia z dużo większym spokojem aniżeli jego przerażony ojciec. Chłopiec z radością patrzył, jak Goram ląduje w miejscu, którego nie da się dostrzec z osady. Podobnie Strażnik uczynił podczas pierwszego zejścia na ziemię w trakcie tej misji.
Po krótkiej naradzie wszyscy razem wyruszyli do osady. Gondola została w bezpiecznym miejscu.
Tutejsi mieszkańcy nie byli Afrykanami, lecz Indianami z południowej Ameryki. Ci flegmatyczni ludzie zdołali nawet w Ciemności wyszukać jakąś narkotyczną roślinę, której korzenie stale żuli. Narkotyk czynił Indian nieco ospałymi, byli jednak z natury bardzo przyjaźni. W tej osadzie goście nie napotkali absolutnie żadnych problemów. Owszem, mieszkańcy chętnie się czegoś napiją, czy to ma przyjemny smak? Nie, oni także nie lubili Manxa, chętnie zobaczyliby go odmienionym. Śmiali się przy tym wszyscy, w to akurat nie bardzo mogli uwierzyć.
Mieszkańcy tej osady nie byli liczni, plemię przybyło tutaj stosunkowo niedawno, jeśli można tak określić początek dwudziestego wieku, ale to przecież kwestia względna. O, tak, im także kradziono dzieci i kobiety, mężczyzn natomiast zostawiano w spokoju. Jeden z nich powiedział ze śmiechem: „On nas nazywa dekadenckimi narkomanami”. Takie słowa ogromnie rozbawiły jego pobratymców i znów śmiano się długo i serdecznie.
Lilja jednak wyczuła, że pod ich beztroską krył się wielki smutek i rozpacz. Może zażywali ten lekko oszałamiający środek po to, by w ogóle mieć siłę przetrwać?
Wysłannikom z Królestwa Światła pozostała jeszcze trzecia, ostatnia osada. Teraz jednak pojawiły się problemy, wszyscy bowiem Indianie – a byli bardzo lekko ubrani – usiłowali wejść do gondoli. Lilja przez cały czas starała się na nich nie patrzeć, jedyne bowiem, co mieli na sobie, to naszyjniki i wąskie rzemienie w pasie do zawieszania broni. Goram zauważył jej zażenowanie i ukradkiem się uśmiechnął.
Właściwie Lilja bardzo polubiła tych krępych mężczyzn o brunatnej skórze, z włosami obciętymi równiutko, jakby ktoś nałożył im garnek, i wesołym uśmiechem. Miała jednak kłopoty, by zachować kamienną twarz, gdy Indianie, wysoko zadzierając nogi, usiłowali przeleźć przez burtę gondoli. Za nic nie śmiała spojrzeć na Gorama. Afrykanie nosili przynajmniej przepaski na biodrach.
Wreszcie wybrano po dwóch mężczyzn z każdej osady, którzy mieli wsiąść do gondoli, dziecko także zostało na pokładzie, tak było bezpieczniej.
W trzeciej osadzie, jak się okazało, mieszkali Europejczycy. Szwajcarzy.
Poza tym, że w osadzie dominowała bratowa burmistrza, która swego jowialnego, lecz bezradnego męża trzymała pod pantoflem, i to tak, że wiedziała o tym cała osada, wszystko odbyło się bezboleśnie.
Szwajcaria w świecie na powierzchni Ziemi była chyba ostatnim z europejskich krajów, które przyznały kobietom prawo głosu, ale ta zmiana tutaj jeszcze nie dotarła. W osadzie Szwajcarów wciąż o wszystkim decydowali mężczyźni, z wyjątkiem tego, co działo się w domu. Tam kobiety brały odwet za całą niesprawiedliwość. Bratowa burmistrza stanowiła tego przerażający przykład. Sam burmistrz był wdowcem, stołował się więc u swego dobrodusznego brata tylko dlatego, że właściwie inaczej mu nie wypadało. Przez to musiał jednak wysłuchiwać, jak bratowa dyryguje mężem. Teraz też udało jej się doprowadzić do tego, by dostojni goście z Królestwa Światła i ta hałastra, jak mówiła, z sąsiednich osad odbyła rozmowę z burmistrzem w jej domu.
Na Murzynów ani Indian nawet nie spojrzała, całkowicie ich ignorując. Natomiast dla Gorama i Lilji była słodka jak miód, wystawiła na stół, co tylko miała najlepszego.
Podczas gdy mężczyźni rozmawiali, Lilja przyglądała się domowi, w którym gościli. Gdyby ktoś chciał znaleźć tu pyłek kurzu, to musiałby go szukać ze szkłem powiększającym. Wszystko było wyczyszczone do połysku, wszędzie pachniało świeżością. Kiedy szli przez osadę, dostrzegli, że przy każdym domu wywieszono pościel, kołdry, poduszki i materace do wietrzenia, a dzień sprzątania był tu chyba codziennie. Oczywiście domy i ich wyposażenie były tu znacznie bardziej prymitywne niż w Królestwie Światła, lecz mieszkańcy osady nawet w tych warunkach zdołali stworzyć coś na kształt Szwajcarii w miniaturze.
– Napój, który czyni ludzki umysł czystym i szlachetnym? – powiedział burmistrz w zamyśleniu. – Chętnie go przyjmiemy, a ty, moja droga bratowo, posmakujesz go jako pierwsza.
Kobieta nie wychwyciła ironii w jego słowach.
– Ja? Ja miałabym być królikiem doświadczalnym dla was wszystkich? To najbardziej bezwstydne…!
– Uważamy to za zaszczyt – łagodził Goram z błyskiem w oku.
Zerknęła na niego podejrzliwie.
– Naprawdę?
Dostrzegła zaraz swego męża, który zaczął właśnie dyskutować o czymś z Indianami.
– Rudi, znaj swoje miejsce!
– Dobrze, moja kochana – odparł wesoło mąż i powrócił do spokojnej rozmowy, odbywającej się głównie za pomocą gestów i od czasu do czasu tylko wtrącanego jakiegoś słowa.
Ale nawet rękami i nogami można się nagadać.
– Liljo – poprosił Goram. – Rozdaj wszystkim aparaciki Madragów.
Dziewczyna czym prędzej wykonała jego polecenie, efekt działania niezwykłych urządzeń wywołał wielkie poruszenie i zdumienie. Bratowa burmistrza szepnęła do Lilji:
– My się nigdy nie kontaktujemy z tymi niecywilizowanymi nagimi małpami.
Dziewczyna zaś odpowiedziała jej:
– Za to my tak.
Pochwyciła pełne uznania spojrzenie Gorama. Długo się nim karmiła.
Godzinę później plan poskromienia Manxa i jego pomocników był już gotowy.
12
W dolinie potworów zapanował nastrój przygnębienia.
– Jeden zabity i dwóch, którzy pobiegli do osady, żeby powiadomić resztę o naszym przybyciu – użalała się Indra. – Teraz już na pewno nie uda się nam wmusić nawet paru kropli w żadnego z tych padalców.
– Gdyby Miranda była teraz z nami, dałaby ci porządną lekcję – uśmiechnął się Móri. – Twoja siostra nie pozwala, żeby ktokolwiek nazywał tych tutaj padalcami.
– O, jeśli o mnie chodzi, mogę obrzucić ich znacznie dosadniejszymi epitetami!
– Dziękujemy. Wystarczą nam twoje myśli – powiedział Ram. – Wykorzystaj swój mózg do czegoś bardziej przydatnego.
Indra posłusznie, umilkła.
– Zaczekajcie chwilę! – odezwał się nagle Ram, który przyglądał się powalonemu potworowi. Dręczyły go wyrzuty sumienia, mimo że Indra, jak sama powiedziała, „była mu niesłychanie wdzięczna, że uniknęła pocięcia na drobne kawałeczki wyszczerbionym kamiennym nożem”.
– Dlaczego mamy czekać? – spytała.
– Spójrzcie na niego! Wydawało mi się, że poruszył palcami.
Uklękli przy potworze, Indra już, już miała wykrzyknąć: „Do stu piorunów, jak on cuchnie!”, ale w porę ugryzła się w język.