Nie był to przemyślany gest. Lilję przeniknęła fala gorąca, czegoś podobnego nigdy jeszcze nie zaznała. Sam Goram jednak już zniknął.
Postanowił rozprawić się z Manxem osobiście. Tyran i jego siostra byli już w tej chwili jedynymi, którzy nie wypili eliksiru. Żołnierze, na których już podziałał eliksir Madragów, zajęli się swymi kolegami, zmuszając ich do skosztowania zupy. Teraz już wszyscy zmienili się w ludzi o szlachetnych sercach. Siostra Manxa zrozumiała, co jest przyczyną ich odmiany, i natychmiast ostrzegła brata.
Goram z radością patrzył, jak czarnoskóry wódz obejmuje dwie młode dziewczyny i wszyscy troje płaczą głośno ze szczęścia. Dawni służalcy Manka odnaleźli swe rodziny i przyjaciół, przetrzymywani wbrew swej woli w twierdzy młodzi chłopcy głośno szlochali ze wzruszenia, skończył się również koszmar upokarzanych kobiet. „Zabierajcie je sobie!” – wrzeszczał Manx. – „One i tak już są zużyte”.
Nadeszła decydująca chwila. Manx i jego siostra zostali przyprowadzeni do Gorama.
– Czy chcecie żyć na naszych warunkach czy też wolicie umrzeć? – spytał przybysz z Królestwa Światła.
– Ani tak, ani tak – odparł Manx z uporem. – Mam prawo decydować o swoim własnym życiu.
A to dopiero obrońca wolności! pomyślał z ironią Goram.
Głośno zaś rzekł:
– Nie! Nie w tym przypadku. Sam wiesz najlepiej, że nawet jeśli stu ludzi jest dobrych, a tylko jeden zły, to nawet wówczas zło nie zostanie wyplenione. Ci o dobrych sercach nigdy nie skrzywdzą bliźniego i dzięki temu to, co złe, będzie zawsze bezpieczne.
– No właśnie – stwierdził Manx. – Dlatego nie mam się czego bać.
– Ale inni będą bać się ciebie! A tak być nie może!
– Silna ręka jest konieczna, by utrzymać społeczeństwo w posłuchu, powinieneś to wiedzieć, ty kaleko o chamskich obyczajach.
Goram wciąż nie rezygnował.
– Użycie siły wcale nie jest konieczne. W Królestwie Światła radzimy sobie jakoś za pomocą samej tylko życzliwości.
Manx tylko skrzywił się pogardliwie.
– Nigdy nie wypiję tego napoju! Wcale nie mam ochoty tracić swojej siły i swojej…
– Władzy? – podpowiedział rozgniewany Goram. – To właśnie chciałeś powiedzieć? W takim razie nie widzę innego wyjścia, jak tylko cię zastrzelić, bez względu na to, jak bardzo bym tego nie chciał. – To mówiąc uniósł swój pistolet laserowy, by postraszyć Manxa.
– Nie, nie! Wypiję tę obrzydliwą breję. Ale to szantaż!
– Owszem – przyznał Goram ze złośliwym uśmieszkiem. – Liljo, przynieś mi filiżankę.
Siostra Manxa okazała się bardziej uparta. W końcu Goram zdecydował się użyć siły. Przytrzymało ją czterech mężczyzn i eliksir siłą wlano jej do ust. Krzyczała i pluła, wreszcie jednak musiała przełknąć.
Zapadła pełna oczekiwania cisza.
– Proszę o wybaczenie – cicho powiedziała kobieta.
– Ja także – rzekł Manx. – Proszę wszystkich o wybaczenie. Wszystkich!
– Wybaczamy – rzekł jakiś wycieńczony człowiek.
Goram odetchnął głęboko.
– Wobec tego nasza misja została zakończona. Chodź, Liljo, wracamy do domu! Dowiemy się, jak powiodło się innym. Jeśli wszystko poszło dobrze, już wkrótce przybędziemy tu ze Świętym Słońcem.
Dziewczyna siedziała w gondoli milcząca. Nie opuszczał jej podniosły nastrój. Życie jest takie bogate, takie piękne, Goram wie, że ona istnieje, odezwał się do niej, wymówił jej imię. „Chodź, Liljo”, tak powiedział. „Wracamy do domu”. My. Ona i on. Należą do siebie, wspólnie dokonali bohaterskiego czynu tu, w Ciemności. Nic nie szkodzi, że teraz w gondoli on znów się nie odzywa, cisza też może być piękna. Umiejętność przebywania razem bez potrzeby gorączkowej paplaniny wyraźnie wskazuje na łączącą nas więź, myślała Lilja. Doszła do wniosku, że Goram może nie lubi za dużo mówić.
Westchnęła cicho, drżąco, przepełniona szczęściem.
Ostrożnie zerknęła na Gorama. Siedział tyłem, czarne, grube, lecz jednocześnie pełne blasku włosy Lemuryjczyka powiewały na wietrze. Dostrzegała jedynie zarys szczęki, policzka i kawałek czoła. Dłonie… takie silne, złociste jak u wszystkich Lemuryjczyków, z wyraźnie zarysowanymi ścięgnami. Po palcach poznała, że w jego żyłach nie płynie krew Obcych, nie były bowiem sześciograniaste, tak jak u Strażnika Słońca i pozostałych mieszanej krwi. Goram musi być czystej rasy Lemuryjczykiem.
Był taki piękny, taki przystojny. Wiedziała, że nie jest tak urodziwy jak Ram czy Rok, ale był wprost magnetycznie, zmysłowo przyciągający. Lilja ledwie odważyła się to pomyśleć. Sam Goram przecież wyraźnie dał jej do zrozumienia, że między nimi dwojgiem nigdy do niczego nie dojdzie. Ta myśl napełniała ją ogromnym bólem, w gardle ścisnęły łzy. Zapomnij o tym, Liljo, ciesz się każdą spędzoną z nim minutą, dopóki trwa! To twój moment, twoja chwila! Wiatr wieje ci w twarz, w dole przesuwają się ukryte doliny Ciemności, patrzysz na dłonie Gorama na drążkach i kole sterowym… I pamiętaj, on jest z ciebie zadowolony.
Jeszcze raz westchnęła w poczuciu głębokiego, szczerego, choć przesyconego smutkiem szczęścia.
15
Triumfalnie powrócili do Królestwa Światła. Pierwszy sektor był gotów na przyjęcie Słońca.
Ogromne poruszenie wywołało w Sadze przybycie jednego z potworów. Budził ogólne zainteresowanie, choć został umyty, ostrzyżony i uczesany, nosił też przyzwoitą przepaskę na biodrach. Przyjęto go dobrze, a sam Strażnik Słońca zaproponował, że będzie mu towarzyszył w powrotnej drodze i osobiście pomoże wznieść rusztowanie dla Słońca, które zaświeci ponad doliną potworów.
Postanowiono, że dla określenia tych stworzeń nie będzie się już nigdy używać miana potworów, od tej pory miały się nazywać dziećmi natury. Sami zainteresowani uważali, że to brzmi bardzo ładnie. Nie byli szczególnie inteligentni, stali na bardzo niskim szczeblu rozwoju, lecz okazali teraz dobrą wolę, a to przecież najważniejsze.
Lilji również pozwolono wziąć udział w uroczystości zapałania Słońc w Ciemności. Oczywiście nie mogła być wszędzie, bo planowano zapalić jednocześnie pięć słonecznych kul. Wyruszyła razem z Goramem do mieszkańców górskich osad, gdzie była już wcześniej.
Pośrodku, między czterema osadami: Afrykanów, południowoamerykańskich Indian, Szwajcarów i twierdzą, wzniesiono platformę sięgającą wysoko ponad las. Tę imponującą budowlę skonstruowali inżynierowie z Królestwa Światła.
Aby zapalić Słońce, na górę wspiąć się mieli trzej mężczyźni: Goram z Królestwa Światła i dwaj, którzy okazali mu się tak bardzo pomocni: Katawa i murzyński wódz. Ktoś wspomniał, że Lilja również zasłużyła na ten zaszczyt, dziewczyna jednak z przerażeniem odmówiła. Wyjaśniła, że kręci jej się w głowie, jak tylko wejdzie na krzesło.
Wtedy właśnie Goram uśmiechnął się do niej tym swoim przelotnym życzliwym uśmiechem, który zawsze trafiał wprost do jej serca i jeszcze umacniał bolesną tęsknotę.
Wokół wysokiego rusztowania zgromadzili się wszyscy mieszkańcy czterech osad. Przybył również pustelnik. Goram utrzymywał łączność ze Strażnikiem Słońca w krainie potworów, to znaczy dzieci natury, z Mórim w krainie Waregów, z Armasem w małych wioskach w pobliżu górskiej ściany Siski i Jaskarim w osadzie niemieckiej. Zabłysnąć miało pięć Świętych Słońc, aż tyle było ich potrzeba, by rozświetlić pierwszy sektor. Prawdziwe wielkie Słońce, to, które w przyszłości oświetli całą Ciemność, zachowano do czasu, aż oczyszczony zostanie cały teren mrocznego królestwa.
Lilja zwierzyła się Goramowi ze swych obaw. Lękała się mianowicie, że światło może przyciągnąć tu mieszkańców innych sektorów. Strażnik odrzekł, że również Najwyższa Rada Królestwa Światła miała podobne wątpliwości, uznano jednak, że obszary graniczne są na tyle szerokie, a plemiona porozrzucane na tak wielkim terytorium, że najpewniej istoty z innych sektorów nie zorientują się nawet, co się stało. Zanim zresztą zdążą się ruszyć, wysłannicy Królestwa Światła prawdopodobnie zdołają już ich nawrócić.