Nawrócić? Oboje śmiali się z tego określenia. Ich wyprawa zmieniła się w jednej chwili w wielką akcję misyjną.
A może tak właśnie było? Tyle że oni posługiwali się o wiele bardziej przekonującymi argumentami aniżeli obietnica, że jeżeli będziesz dobry dla swojego nauczyciela i braciszka, będziesz grzecznie odmawiał paciorek wieczorem i chodził do kościoła w niedziele, to pójdziesz do nieba, a jeśli nie, porwie cię diabeł.
Lilja w napięciu obserwowała, jak Goram i jego dwaj przyjaciele wspinają się po wąskiej drabinie na platformę. Tylko nie spadnijcie, błagała w duchu. Musiała mocno zadzierać głowę, żeby ich widzieć, tak bardzo byli wysoko. To Goram niósł Słońce, pozostała dwójka jedynie mu asystowała.
Dotarli już na samą górę, Lilja widziała, że ustawiają jakąś prostokątną czarną skrzynkę w odpowiednim miejscu i mocują coś, co wyglądało na kable. Wspięli się tak oszałamiająco wysoko, że trudno było rozróżnić wszystkie szczegóły.
Wreszcie cała trójka tam na górze stanęła nieruchomo. Najwyraźniej czekali na znak z innych wież. To Móri dowodził całą operacją.
Wreszcie nadszedł sygnał, Lilja zobaczyła, jak Goram, Katawa i wódz podnoszą boki skrzynki i nagle otaczający ich las zalał wspaniały blask.
Efekt przerósł wszelkie oczekiwania.
Lilja była wprawdzie przyzwyczajona do światła Świętego Słońca, lecz z mieszkańcami Ciemności sprawa przedstawiała się inaczej. Z jednogłośnym okrzykiem zdumienia zasłonili oczy przed oślepiającym blaskiem. Oczy mieszkańców Ciemności dostosowały się do wiecznego mroku i Lilja zrozumiała, że upłynie nieco czasu, zanim wszyscy będą mogli dobrze widzieć.
Ona jednak zobaczyła piękny pejzaż, dotychczas zapomniany przez światło, blady, anemiczny, lecz obdarzony jakąś smutną urodą. Przywiędłe gałęzie być może się teraz zazielenią, biaława trawa nabierze barwy, zakwitną też nowe kwiaty. Te, które już tu rosły, w złocistej poświacie zyskają nowe odcienie.
Ale Lilja usłyszała coś jeszcze. Głosy zaniepokojonych leśnych zwierząt, krzyk ptaków przerażonych nieoczekiwanym zjawiskiem.
Co teraz będzie z żywymi stworzeniami? Czy one także powinny wypić eliksir? Czy nie zachwieje się równowaga środowiska?
No cóż, tą sprawą będą musieli zająć się inni, na przykład Marco.
Lilja nie posiadała się ze szczęścia, że dane jest jej należeć do tej niezwykłej grupy skupiającej się wokół Marca. A może wokół Rama albo Móriego? Nie bardzo wiedziała, kto tak naprawdę jest przywódcą, właściwie chyba nikt taki nie został wyznaczony. Wszyscy podlegali komendom Najwyższej Rady, której członkami byli również ci trzej, Rada zaś ze swojej strony otrzymywała rozkazy od tajemniczych Obcych.
Lilja miała okazję zobaczyć jednego z tych prawdziwych: Farona. On wprawdzie znów wycofał się do przeznaczonej wyłącznie dla nich części Królestwa, ale i tak towarzyszyło im teraz wielu mieszanej krwi, na przykład Strażnik Słońca i Strażnik Góry. Talornin zniknął, lecz Lilja słyszała, że Ram ma również w swoich żyłach domieszkę krwi Obcych.
Nagle zorientowała się, że wokół niej panuje wielka wrzawa. Ludzie, którzy już trochę przywykli do mocnego światła, zaczęli teraz manifestować radość, nowymi oczami oglądali swoje domostwa, dyskutowali już o tym, co można w nich poprawić. Zaraz też znalazł się przy niej Goram. Musiał pomóc zejść na dół swoim towarzyszom, których tak oślepiło światło Słońca, że nie widzieli szczebli drabiny.
Strażnik uśmiechnął się do dziewczyny.
– Udało nam się, Liljo. Zakończyliśmy pierwszy etap.
– Był ważny, prawda? – spytała, rumieniąc się.
– O, tak, bardzo.
Och, nie patrz na mnie tymi swoimi oczyma, pomyślała. Nie wytrzymam takiej siły przyciągania, czuję się jak maleńki gwoździk w pobliżu olbrzymiego magnesu.
Dzięki Bogu, odwrócił wzrok!
Teraz rozeszło się ciepło, cudowne życiodajne ciepło Świętego Słońca.
Ludzie przy wtórze okrzyków radości zaczęli ściągać niepotrzebne ubrania. Indianie stali nieco zmieszani, bo cóż oni mieli z siebie zdjąć? Skórę?
Wszyscy jednak śmiali się uszczęśliwieni i dzielili swą radość z innymi.
Lilja w pełnym lęku napięciu rozglądała się za Goramem. Czy uściska ją tak jak ostatnio?
Ale on już zatopił się w rozmowie z Manxem i Katawą, stał odwrócony plecami.
Ulga i rozczarowanie toczyły w Lilji nierówną walkę, dominowało nieprzyjemne uczucie zawodu.
Ale mieszkańcy lasów nie przestawali się cieszyć. Radowali się. Dziwili się i radowali. A potem znów radowali. Planowali, śmiali się i płakali. I znów się radowali, radowali, radowali…
Podobne nie mające końca manifestacje radości miały miejsce w czterech pozostałych częściach pierwszego sektora. Wyglądało na to, że radości nigdy nie będzie końca.
Pozostawała jednak reszta Ciemności.
Czekała kolejna wyprawa. Wyruszyć na nią mieli zarówno ci, którzy już byli w Ciemności, jak i też wielu nowych, teraz bowiem należało działać szybko.
Elena odnalazła Jaskariego w szpitalu.
– Wiesz, tym razem postanowiłam, że też się zgłoszę – oświadczyła. – Jeśli zechcesz mnie zabrać – dodała kokieteryjnie z uśmiechem.
Jaskari był bardzo zakłopotany.
– Ale przecież już postanowione, że będę w parze z Berengarią.
Z Berengarią? Elenie zrobiło się gorąco ze złości. Co za szczęście, że zorientowała się w porę! Nie dopuści, by tej wyrachowanej małej dziwce nadarzyła się jeszcze jedna okazja.
– Phi, to łatwo zmienić! Armas może się chyba poświęcić i zająć Berengarią.
Jaskari był jednak stanowczy.
– Nie możemy przecież przerzucać się tą dziewczyną, tak jakby żaden z nas nie życzył sobie jej towarzystwa. Ona i tak jest już dość głęboko zraniona.
– Berengaria zraniona? – prychnęła Elena. – Ona ma grubą skórę i zawsze udaje jej się spaść na cztery łapy. Czy ty naprawdę nie rozumiesz, co powiedziałam? – ciągnęła. – Moim zdaniem najwyższy czas, żebyśmy pobyli trochę razem.
– Słyszę jakiś nowy ton w tym, co mówisz – stwierdził Jaskari z bardzo poważną miną. – Ale widzisz, mam większy pożytek z Berengarii. Dziewczyna jest dzielna, lojalna, bystra i dojrzała. Nigdy nie robi niepotrzebnych trudności. No i ma poczucie humoru.
To była bezpośrednia aluzja do Eleny, która uważała się za o wiele bardziej dojrzałą niż dziecinna, jej zdaniem, kuzynka. Elena miała ochotę powiedzieć Jaskariemu parę nieprzyjemnych prawd o Berengarii, pojęła jednak, że to tylko pogorszyłoby sytuację. Zamiast tego starała się jeszcze raz zaapelować do jego zdrowego rozsądku i do jego serca, do wiecznej, nie gasnącej miłości, jaką dla niej żywił.
– Wydaje mi się, że naprawdę nie pojmujesz, o czym mówiłam, Jaskari. Chcę być razem z tobą, wszystko ci wybaczam.
Młody lekarz przymknął na sekundę oczy. Co to znaczy wybaczać?
– Wydaje mi się, że to ty nie zrozumiałaś, co mówiłem, Eleno. Jeśli tak strasznie się upierasz, możesz dołączyć do mnie i do Berengarii, pod warunkiem że nie będziemy musieli znosić więcej twoich pensjonarskich dąsów czy też pełnego urazy chłodu.
Elenie odebrało mowę. Oto ten wzorowy egzemplarz rodzaju męskiego, ten, który zawsze należał do niej, którego zawsze miała w zanadrzu, lecz ostatnio naprawdę nabrała na niego ochoty… Stał przed nią i mówił takie paskudne rzeczy! Do niej, która tak wiele przez niego wycierpiała! I bronił… O, nie, na coś takiego nigdy nie pozwoli!