Выбрать главу

Zgubili gdzieś ścieżkę, nie odnaleźli jej, gdy wylądowali na nierównym terenie. Goram niepokoił się o gondolę. Pojazd został wprawdzie zamknięty, lecz mimo to mógł ulec zniszczeniu, gdyby ktoś się o to postarał. Im wyżej się wspinali, tym częściej oglądał się za siebie, lecz korony drzew zasłaniały widok.

Oczywiście, mogliby przelecieć nisko ponad osadą i przyjrzeć się jej z góry, nie chcieli jednak przestraszyć nieznanych mieszkańców Ciemności. Woleli pokazać im się osobiście.

Lilja słyszała, jak Ram mówi, że nie wolno im stosować przemocy, ale wiedziała, że zarówno on, jak i Goram są uzbrojeni.

Prawdopodobnie mieli jedynie pistolety oszałamiające, ale nawet one przydawały nieco poczucia bezpieczeństwa.

Móri zarządził odpoczynek. Zdaniem Lilji zrobił to w ostatniej chwili, bo za moment sama błagałaby o litość. W płucach nie miała już ani krztyny powietrza.

Elena została daleko z tyłu i Jaskari musiał czekać na nią, a nawet ciągnąć ją pod górę. Skarżyła się głośno, a on gniewnie przypominał, że mogła przecież zostać w gondoli, a najlepiej w domu.

– W gondoli? O, nie, nie dam jej wolnej ręki, jeśli chodzi o ciebie!

Jaskari stłumił westchnienie.

Móri wiele razy zdążył już gorzko pożałować, że uległ prośbie Eleny i zgodził się ją zabrać. Ciążyła im wszystkim niczym młyński kamień u szyi. On także nie mógł pojąć, co się stało z uległą córką Danielle.

Wreszcie zatrzymali się na rozmaitych skalnych półkach.

W milczeniu przyglądali się rozciągającemu się pod ich stopami mrocznemu krajobrazowi, słychać było jedynie ciężkie świsty udręczonych płuc. Królestwo Światła wraz z Nową Atlantydą wznosiło się, jaśniejąc dumnie ponad całym północnym horyzontem. Na zachodzie majaczyła mroczna kraina, w której byli wcześniej tego dnia.

– Powiedzcie mi – odezwała się wreszcie Indra. – Czy ta okolica nie jest połączona z tamtą wielką częścią Ciemności?

Zastanawiali się nad taką możliwością.

– Owszem – stwierdził po namyśle Marco. – Masz rację, jak zwykle. Da się przejść z jednej krainy do drugiej.

– To znaczy, że te paskudy ze swoimi małymi anielskimi fiutkami mogą znajdować się i tutaj?

– Teoretycznie owszem, ale nie sądzę, by tak było.

– Dlaczego?

– Ponieważ… Nie wiem, odnoszę jednak pewne zdecydowane wrażenie.

– O co chodzi, Marco? – cicho spytał Móri. – Może to to samo wrażenie, które mam ja i Dolg?

– Prawdopodobnie tak, powiedzcie, co wyczuwacie.

– Samotność. A mimo to…

– No właśnie. Jest tu coś, co nie daje się wyjaśnić. Nastąpiła nieprzyjemna chwila ciszy. Nie powiedzieli tego wprost, lecz wszyscy inni wychwycili, że ci trzej nie czują się w tym miejscu najlepiej.

– Przestańcie tak mówić! – krzyknęła Elena piskliwie. – Czy nie jest dostatecznie źle i bez waszego straszenia do szaleństwa?

– Tu chyba nie ma kogo straszyć – mruknęła Indra, a przyjaciele nie mogli powstrzymać się od ukradkowego uśmiechu. Elena jednak w niczym się nie zorientowała, zajmował ją własny lęk.

Zastanowili się, gdzie też może znajdować się osada, i doszedłszy do wniosku, że w pobliżu, powrócili do wspinaczki. Elena już zaczęła coś stękać, ale sama sobie przerwała. Nie chciała znów usłyszeć, jak Jaskari mówi, że mogła przecież zostać w Królestwie Światła.

I rzeczywiście, już wkrótce dostrzegli pierwsze domy w osadzie.

Indra zatrzymała się.

– To nie wygląda przyjemnie – oświadczyła z niechęcią.

Wszyscy byli co do tego zgodni. Widzieli proste chaty, których dachy, zrobione z posplatanych gałęzi, zapadły się, tak że wystawały przez nie bujne zarośla. Przykry obraz dawno opustoszałych domostw.

Podeszli wolnym krokiem.

– Wydaje mi się, że w tej osadzie nikt już nie mieszka – szepnęła Berengaria.

Nikogo nie zdziwił jej szept, wszystkim wydał się on wręcz naturalny. Czas się tu zatrzymał, jedynie milczące wspomnienia żyły dalej w zwietrzałych glinianych naczyniach i spróchniałych ławach.

Móri, przywódca grupy, odnalazł jakiś stosunkowo dobrze zachowany dom.

– Długo się wspinaliśmy i pora już późna, zostańmy tu na noc. Jutro rano rozpoczniemy z nowymi siłami.

Zdaniem wszystkich była to rozsądna propozycja. Dziewczęta przygotowały kolację, podczas gdy mężczyźni trochę uprzątnęli w domu tak, aby można było rozłożyć się na podłodze. Postanowiono, że Dolg i Jaskari, którzy przespali się trochę wcześniej tego dnia, obejmą wartę jako pierwsi. Później zastąpią ich Ram z Goramem.

Nie czuli się pewnie w tej okolicy. Choć wydawała się zupełnie opustoszała, to jednak mogły się tu znajdować zwierzęta, które się przed nimi tu ukryły.

Lilja jeszcze przed położeniem się spać stanęła na zboczu i rozejrzała się po okolicy. Królestwo Światła, widoczne na północy i oświetlające te pustkowia na tyle, by było cokolwiek widać, przydawało pewnego poczucia bezpieczeństwa.

Znajdowali się stosunkowo blisko owej strasznej ciemnej krainy, pełnej niesamowitych, zachowujących się jak roboty stworzeń. Gdyby się obróciła, zobaczyłaby górę wznoszącą się nad osadą. Ciekawe, co się znajduje po jej drugiej stronie? Oczywiście, Góry Czarne, choć tu, w tych stronach, ich nie widzieli. Spostrzegła, że między szczytami widać jakieś obniżenie, którym być może wiodła droga na drugą stronę. Na zachodzie rozciągała się mroczna kraina, a na wschodzie – rozległy wspaniały widok na nieznane tereny, do których zbadania ich wyznaczono.

Był to bardzo wielki obszar jak na tak niedużą grupkę, w dodatku mieli tak mało czasu. Jeśli jednak nie napotkają żadnych żywych istot, prędko się uporają ze swym zadaniem.

Do Lilji przyszedł Goram.

– I jak się czujesz? – spytał cicho.

Wiedziała, o co mu chodzi, i uśmiechnęła się, w jednej chwili spokojna.

– Wszystko w porządku.

– To dobrze. Tak bardzo się bałem, że będę musiał…

Urwał. Nie chciał powiedzieć wprost, że wie, jak wiele dla niej znaczy.

Lilja powiedziała miękko:

– Uważam, że jesteś taki wspaniały, Goramie.

Jakie to dziwne wymawiać na głos jego imię, w dodatku zwracając się bezpośrednio do niego. Wymawiać to imię, które szeptała niezliczoną ilość razy w samotności, potajemnie, niekiedy zanosząc się gorzkim płaczem.

Popatrzył na nią pytająco, niepewny, o co jej chodzi.

– Wspaniały? A co to ma znaczyć?

Lilja chciała coś powiedzieć, ale prędko ugryzła się w język.

– No… to nie szkodzi, że ty… Och, nie.

– Owszem, powiedz.

– Nie wypada.

– Chcę wiedzieć.

– Nie. Musiałabym być szczera, a w tej chwili nie byłoby to wskazane.

Goram odprowadził ją trochę na bok, tak by z domu nie można było ich zobaczyć.

– Liljo, proszę cię. Ja byłem szczery wobec ciebie, teraz twoja kolej. Muszę się tego dowiedzieć.

Dziewczyna przełykała ślinę i kiwała głową niezliczoną ilość razy. Z doliny poderwał się lekki wiatr, powiało chłodem, Lilję przeszedł dreszcz. Nie przywykła do wiatru, w Królestwie Światła go przecież nie było.

Wreszcie uśmiechnęła się ze smutkiem i wyznała dzielnie:

– To nic nie szkodzi, że poświęciłeś się czemuś tak szlachetnemu, jak przysięga złożona Świętemu Słońcu. Z tym będę umiała żyć, będę umiała zrezygnować, dokładnie tak jak ty. To tylko takie słodkogorzkie uczucie, sądzę, że rozumiesz, o co mi chodzi. Czuję się w pewnym sensie wywyższona. Byłoby o wiele gorzej, gdyby…

Gwałtownie urwała. Tego nie mogła mu już powiedzieć. Twarz jej zapłonęła.

Goram długo na nią patrzył błyszczącymi, całkowicie czarnymi oczyma Lemuryjczyka, w których lśniła jakaś czułość.