– Nie ma nikogo takiego.
Jej drżące westchnienie powiedziało mu wszystko.
Otoczył ją ramieniem.
– Chodź, wejdziemy do środka. Zimno tutaj w tym ponurym kraju.
Poszli do niewygodnego domu, który wszyscy członkowie grupy starali się przygotować tak, by było w nim jak najprzytulniej. Czwórka dziewcząt miała położyć się w środku, mężczyźni zaś wokół nich, by je chronić.
Lilji zrobiło się ciepło na sercu, gdy otulała się lekkim, ale dobrze grzejącym wełnianym kocem. Westchnęła z uniesieniem.
Tragiczna miłość również potrafi być piękna.
21
W swoim pokoju w szpitalu w Królestwie Światła Misza nie spał, chociaż była już noc. Nie mógł zasnąć. Następnego dnia planowano zdjęcie bandaży, jeśli tylko Jaskari wróci na czas.
Chłopak odetchnął głęboko, z lękiem. Rany przestały go już swędzieć i zagoiły się, ale dręczyła go straszna niepewność. Wszyscy, których tu poznał, wyruszyli na wyprawę, Marco, Jaskari, Berengaria i Elena. Matka i ojciec zaglądali do niego od czasu do czasu, byli jednak niemal równie bezradni jak on. Oczywiście lekarze i pielęgniarki okazywali mu wiele serdeczności, ale mimo wszystko traktowali go jak pacjenta.
Miał teraz oczy. Wiedział, czym są oczy, bo kiedy był mały, kikutami rąk dotykał oczu matki i ojca. Oni różnili się od niego, tak mówili, ale on wtedy do swojej twarzy nie sięgał. Teraz zdołał już ją poznać przed operacją i zrozumiał, jak bardzo się od nich różnił.
Owszem, wiedział, czym są oczy, lecz znaczenie słowa „widzieć” jeszcze do niego nie docierało.
Dlatego tak się teraz bał. Myślał nawet, że to może być niebezpieczne.
Niekiedy wracał myślą do owego epizodu, kiedy tamta obca osoba weszła do jego pokoju i zrobiła to. Wyczuwał, że ojcu i matce by się to nie podobało, a jednak nie mógł wymazać tego zdarzenia z pamięci.
Chodzenie wciąż sprawiało mu trud, nie bardzo umiał też poruszać rękami i dłońmi tak jak chciał, ale mógł teraz dotykać własnego ciała, wiedział, jak jest zbudowany, lubił gładzić się po tych nowych rękach i nogach, czuć, jak poruszają się zgodnie z jego wolą.
Będzie musiał wrócić do łóżka. Ale nie miał ochoty wymacywać drogi, potykać się, może nawet upaść. Dostał laskę, którą mógł się podpierać, ale nie znalazł jej, kiedy wstawał. Po omacku jakoś dotarł do krzesła, wiedział, gdzie stoi. Wreszcie zrozumiał, że znalazł krzesło, ale inne, i teraz z kolei nie wiedział, gdzie stoi łóżko. Będzie musiał iść, przytrzymując się ścian.
Znów się o coś obijał. W pewnej chwili narobił mnóstwo hałasu i już był przekonany, że zaraz wpadnie nocna pielęgniarka. Strasznie się też namęczył, żeby pozbierać wszystko, co pospadało. Nikt nie powinien przecież się zorientować, że wstawał.
Nie mając pewności, czy wszystko podniósł, bo coś przypadkiem mogło się potoczyć pod nocny stolik, musiał wreszcie poddać się i skoncentrować na poszukiwaniu łóżka. Rozpacz rozsadzała mi piersi. Na cóż mu ręce i nogi, skoro nie umie się nimi posługiwać we właściwy sposób?
Cudownie bosko było wyciągnąć się w łóżku, gdy wreszcie je odnalazł. Nie tęsknił wcale za powrotem do swej małej izdebki w rodzinnej osadzie. Tam na pewno znów odżyłby strach przed niebezpieczeństwem grożącym mu ze strony ludzi. Ale tutaj czuł się ogromnie samotny, wszystko było takie obce, tak długo przebywał tylko z własnym lękiem. Nie ma nawet z kim porozmawiać o dręczącej go niepewności…
Teraz leżał już w łóżku, lecz zasnąć i tak nie zdołał. Czuł otaczające go niezwykle łagodne powietrze Królestwa Światła i zastanawiał się, gdzie też może być Berengaria, ta dziewczyna o wesołym głosie.
Jaskari zmarzł i owinął się mocniej w wełniany koc. Wszyscy mieli podobne przykrycia, które zajmowały bardzo mało miejsca w bagażu, a mimo to doskonale grzały.
Czuwał już przez godzinę. Wiedział, że Dolg też nie śpi, ustalili jednak, że nie będą rozmawiać, żeby nie zakłócać snu innym. Dolg tkwił jak mroczny cień pod jedną ścianą, Jaskari pod drugą. Miał widok na tylną ścianę domu, która po części się rozpadła. Dolg pilnował drzwi.
Jaskari gorąco pragnął, by ich warta wkrótce dobiegła końca. Czuł się nieswojo wśród tej wielkiej ciszy w obcym kraju.
Nagle spostrzegł, że Dolg wstaje, sprężyście, zwinnie i bezszelestnie jak kot. Jaskari wyostrzył zmysły, w ruchu Dolga było coś innego, co go wystraszyło.
Dolg podszedł do, zmusił, by nie ruszał się z miejsca, sam też usiadł, tak by stali się niewidzialni na tle ściany.
I wówczas Jaskari również to usłyszał: coś poruszało się przed domem.
To może być jakieś zwierzę, pomyślał. Jest niebezpieczne czy też niegroźne?
Zdrętwiał. Wszystko jedno, co to było, istot pojawiło się więcej. Miękkie, stłumione dźwięki dochodziły z różnych stron. Jaskari usłyszał niemal bezgłośny szept Dolga:
– Marco.
Przyjaciel zaraz się obudził, ostrożnie uniósł tylko głowę. No tak, ci dwaj kontaktują się ze sobą telepatycznie, pomyślał Jaskari nie bez goryczy.
W następnej chwili znów rozległ się leciwie słyszalny głos Dolga:
– Móri!
Nie nazywał go ojcem, przynajmniej nie tym razem.
Również Móri natychmiast się przebudził, nie czyniąc przy tym żadnego hałasu, jak gdyby obaj doskonale wiedzieli, że trzeba zachować spokój.
Marco delikatnie położył dłoń na piersi Rama. Móri tak samo postąpił z Goramem, dziewczętom pozwolono spać jeszcze przez chwilę.
Żaden z mężczyzn nie wstawał, ale wszyscy byli przytomni, czujni.
Móri szepnął coś tak cicho, że Jaskari sądził, iż niemożliwe jest usłyszenie czegokolwiek. Ale słowa wyraźnie dotarły mu do ucha:
– Nie róbcie nic, dopóki nie będzie chodziło o życie.
Jaskari odruchowo kiwnął głową. Zrozumiał. Przybyli tu w przyjacielskich zamiarach, nie mieli prawa napadać na mieszkańców osady bez względu na to, czy byli nimi ludzie czy zwierzęta.
Siedział nieruchomo jak skamieniały, z kolanami podciągniętymi pod brodę, owinięty swoim ciemnym kocem. Nie słyszał nawet oddechu siedzącego przy nim Dolga.
Płynęły minuty. Dźwięki dobiegające z zewnątrz były bardzo słabe. Ktoś, kto tam krążył, poruszał się niesłychanie powoli. Przybysze musieli znajdować się tuż w pobliżu nędznej chatyny, ale dotarcie do niej wymagało widać czasu.
Wreszcie w drzwiach dostrzegli jakiś cień, a wkrótce dwa kolejne w dziurze po zawalonej ścianie z przeciwnej strony. Potem w obu wejściach pojawiło się ich jeszcze więcej.
Jaskari nie zdołałby zaprzeczyć, że się boi. To jakieś dwunożne istoty, wcale nie zwierzęta, lecz na wpół się czołgały, najwyraźniej niepewne, co mają przed sobą. Zmrużył oczy tak, że zmieniły się w szparki, i domyślił się, że inni postąpili podobnie. Jeśli bowiem zjawili się mieszkańcy tej krainy, to na pewno świetnie widzieli w ciemności, choć nie tak dobrze jak tamte istoty o wyłupiastych oczach, tu bowiem mrok nie panował aż tak skondensowany, choć nie dało się też powiedzieć, że jest jasno.
Nie dostrzegł noży ani żadnej innej broni, stworzenia wydawały się nie uzbrojone. Dzięki Bogu, pomyślał. Nie miał wręcz odwagi oddychać, ale zaraz uświadomił sobie, że wstrzymywanie tchu mogło się wydać nienaturalne, miał wszak udawać śpiącego.
Nieznanych istot pojawiło się wiele, a były tak czarne, że zlewałyby się w jedno z mrokiem, gdyby nie odrobina jasności, sączącej się do wnętrza domu, jaką dawała poświata z Królestwa Światła.
Dwie pierwsze istoty prześlizgnęły się między markującymi głęboki sen mężczyznami. Czołgały się na kolanach, lekko dotknęły Rama, który dalej udawał, że spokojnie śpi. Wyraźnie jednak nim się nie zainteresowały, ruszyły dalej w stronę dziewcząt, leżących pośrodku. Byle tylko Elena nie obudziła się i nie uderzyła w krzyk, pomyślał Jaskari. Ważne też, by nie padło na Indrę, ona bowiem odruchowo wymierzała ciosy, gdy tylko znalazła się w jakiejś nieprzyjemnej sytuacji. Najbliżej jednak leżała Berengaria i najwidoczniej na niej właśnie postanowiły się skoncentrować.