Выбрать главу

Rama i Gorama w ogóle nie brała pod uwagę, byli wszak Lemuryjczykami, a z takimi można mieć do czynienia jedynie wówczas, kiedy człowiek znajdzie się w prawdziwej potrzebie.

Jaskari… Jakże on się ucieszy, gdy ją znów zobaczy!

Ach, nie… Te wielkie, białe jak kreda kwiaty, skąd one się tu wzięły?

Elena stanęła jak wryta. Co to ma znaczyć?

Powinna już dawno dojść do osady, tymczasem w głowie kołatała jej jedna myśclass="underline" wybrała niewłaściwą drogę.

W pierwszej chwili szok zmroził ją lodowatym uderzeniem, samotność otoczyła jej ciało niby mróz, potem zaś uświadomiła sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, znalazła się w niesłychanie pięknej, choć niewielkiej dolinie, przez którą wiodła ścieżka. Elenę przepełniła ciekawość. Co też może znajdować się za szczytem? Po drugie zaś, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ktoś ją przyzywa. Nie słychać było wprawdzie żadnych głosów, lecz wołanie rozlegało się w jej głowie.

„Czekam na ciebie”.

Czyżby to telepaci z osady? Nie, milczące wołanie dobiegało gdzieś z przodu, z drugiej strony pasma wzgórz.

Znów dosięgła ją fala strachu. Wracaj biegiem do tamtych, prędko, jak najprędzej, podpowiadał jej instynkt samozachowawczy, coś jednak ją powstrzymywało.

Nie powodowała nią sama tylko ciekawość.

Nie, to raczej coś prymitywnego w niej samej, co odpowiadało na owo niezwykłe niesłyszalne wabienie. Ogarnęła ją świadomość, że oto stoi w obliczu czegoś tak pierwotnego, że człowiek w zetknięciu z tym czymś jest zaledwie pyłkiem.

Skąd ta ciemność? Góra, z której właśnie zeszła, przesłaniała oczywiście światło dochodzące z rodzinnej krainy, lecz mimo wszystko…

I te potworne białe kwiaty. Przez pamięć przeleciało jej wspomnienie pewnego dzieła sztuki, z którym się kiedyś zetknęła. Artysta namalował swą niedawno zmarłą córeczkę, kiedy chodziła po lesie. Na tym obrazie dziecko zatrzymało się przed wielkim białym kwiatem. Dziewczynka bacznie mu się przyglądała. Obraz nazywał się „Kwiat śmierci”.

Elena gwałtownie zadrżała. Wracaj, wracaj czym prędzej!

Ale ścieżka ciągnęła.

Nie mogąc się oprzeć, ruszyła w górę ku pasmom niewielkich wzgórz. Ciemność otoczyła ją niby czarnym płaszczem, mimo to jednak widziała dość wyraźnie zarówno ścieżkę, jak i otaczające ją drzewa. Białe kwiaty oświetlały drogę niczym latarnie na ruchomych schodach.

Gdy była już prawie na samej górze, ogarnęło ją takie uniesienie, że dech zaparło jej w piersiach. Płytko łapała powietrze, słyszała niespokojne uderzenia własnego serca.

Przez cały czas walczyła w niej niezłomna chęć ucieczki i pragnienie, by iść dalej.

Przyzywający ją w milczeniu głos zwyciężył.

Była już na górze i z podziwem jęknęła. Ach!

Pierwsze, co zobaczyła, to niewielkie jeziorko na samym dnie doliny. Odbijało się w nim łagodne żółte światło nieba, tak że powierzchnia wody lśniła niczym złoto. Wokół rosły setki kredowobiałych kwiatów.

Gdyby Elena uczestniczyła w ekspedycji w Góry Czarne i poznała Dolinę Róż, cofnęłaby się natychmiast na widok białych jak lilie kwiatów, chociaż te nie ruszyły do ataku. Elena jednak nie wiedziała nic, nie chciało jej się bowiem słuchać opowieści o wyprawie.

Za białym dywanem kwiatów rozciągał się pas bladozielonej trawy, a dalej las stal niczym mur. Wielki, bardzo czarny mur. Tam panowała coraz gęstsza ciemność.

Znów przeniosła wzrok na jeziorko i jego otoczenie. To cudowne miejsce, musi przyprowadzić tu innych. Tym razem to ja coś znalazłam, pomyślała triumfalnie. O tym miejscu nie wiedział nikt inny, to jej własne odkrycie.

Nie wiedziała dlaczego na widok tego idyllicznego widoku tak mocno ścisnęło ją za serce, że miała wręcz ochotę zapłakać. Tkwiła w tym wszystkim tak wielka samotność, jakaś tragedia i tajemnica, że dech zaparło jej w piersiach. Co to właściwie jest?

Ten niezwykły mrok rozjaśniany jedynie złocistym jeziorkiem i bielą kwiatów, które wśród tej ciemności wydawały się lekko szare. Co tu się kryło? I jak to możliwe, żeby akurat w tym miejscu było tak strasznie ciemno? Owszem, góra i pasmo wzgórz przesłaniały Królestwo Światła, ale to jeszcze nie tłumaczy wszystkiego.

Nagle Elena poczuła, że ciarki przechodzą jej po plecach. Między pniami w najmroczniejszej okolicy coś zaczęło się poruszać.

23

Mniej więcej w tym samym czasie Jaskari wrócił do osady i podszedł do innych mężczyzn, siedzących na zboczu i zajętych dyskusją.

– I jak? – spytał Ram.

Jaskari wzruszył swymi imponująco szerokimi ramionami.

– Nic, absolutnie nic nie widziałem. Zmarnowany wysiłek.

– Szkoda – zmartwił się Marco. – Sam las?

– To taka gęstwina jak te roje komarów wokół Mývatn na Islandii. Powołuję się tu na dramatyczny opis Indry. No, a do czego wy doszliście?

Wyglądali na dość zrezygnowanych.

– Musimy się dowiedzieć, kto zaprogramował te istoty – stwierdził Móri. – Musimy przekonać się, kto to zrobił.

– „Zaprogramował” to dobre określenie – pokiwał głową Jaskari. – Może trochę zbyt nowoczesne jak na tutejsze okoliczności, lecz absolutnie na miejscu. Od czego zaczynamy?

– Oczywiście musimy wykorzystać gondolę orzekł Ram bez entuzjazmu. – I nic nie poradzimy na to, że wystraszymy w ten sposób ludzi, zwierzęta i wszystkie inne stwory. Musimy wreszcie zacząć po suwać się naprzód.

– Czy poprosimy o posiłki? – spytał Goram.

– Na razie jeszcze nie – odparł Ram po namyśle. – Alinie jest wykluczone, że będziemy do tego zmuszeni.

Dziewczęta wyszły z chaty.

– Wygląda jak wychuchana – pochwaliła się Indra. – Zostawiłyśmy nawet bukiecik niepozornych zwiędłożółtych kwiatków. Niech te paskudy się ucieszą, jak wrócą ze swoimi żonami, które czort wie gdzie pochowali.

– A gdzie Elena? – rzuciła nagle Berengaria.

– Nie ma jej z wami? – zdziwił się Dolg. – Myśleliśmy, że właśnie tak jest.

– A my myślałyśmy, że jest przy was – oświadczyła Indra.

Zapadła cisza.

– Kiedy widziałyście ją ostatnio? – zaniepokoił się Ram.

Wszystkie zaczęły z całych sił myśleć.

– Wkrótce potem, jak Jaskari odszedł – odpowiedziała w końcu Lilja. – Ale nie widziałam, żeby gdzieś szła. Po prostu nagle jej nie było. Pomyślałyśmy, że wyszła do was.

– Ona nie wybrała się z tobą, Jaskari? – spytał Marco. W jego oczach pojawił się wyraźny niepokój.

– Ależ skąd! Przecież na to nie pozwoliłem.

Znów zapadła cisza, a potem zaczęli wołać. Ich głosy bezdźwięcznie niosły się po lasach.

– Elena ostatnio zachowywała się tak dziwnie – zamyślił się Goram.

– Ach, tak? A więc ty również to zauważyłeś? -odezwał się Móri.

– Zupełnie zwariowała – cierpko dodała Indra. -Nikt z nas nie rozumie, co w nią wstąpiło.

– Nie powinna się tak zachowywać – stwierdził Goram. – Przecież teraz, kiedy wszyscy wypili eliksir Madragów…

– Chwileczkę – przerwała mu Indra wzburzona. -Czy Elena tak naprawdę go wypiła?

Umilkli. Nikt nie potrafił odpowiedzieć, bo przecież w momencie picia eliksiru żadne z nich mogło akurat nie być przy Elenie.

– Pytam, ponieważ ona przed kilkoma dniami oświadczyła, że nam nie potrzebny jest chyba żaden czarnoksięski wywar, bo przecież wszyscy i tak jesteśmy tacy dobrzy.

– Z tego, co mówisz, wynika, że nie zażyła eliksiru Madragów – oznajmił Marco.

– Ojej! – westchnęła Berengaria.

– Tak, ale to jeszcze nie wszystko – wtrąciła Indra. – Elena zrobiła się nieprzyjemna, jeszcze zanim o tej zupie Madragów w ogóle zaczęła być mowa. Zawsze była trochę tchórzliwa i wpatrzona w siebie, ale nie taka zła jak ostatnio. Za tym musi się kryć coś więcej.