Выбрать главу

Ciemnoskóry mężczyzna próbował opanować drżenie rąk.

– Nie, bracie Samuelu. Chodzi o innych. A teraz, bracie, zrób to, o co cię prosi mistrz, idź do niego. Wścieknie się, jeśli nie przyjdziesz.

Wielki mężczyzna wydawał się niezdecydowany. Spojrzał w kierunku brata Martina, nie wyciągając broni z kieszeni marynarki.

Brat John przeklinał się w duchu za to, że nie odszedł wcześniej. Powinien zniknąć, gdy tylko Randall rozpoczął tę zwariowaną samobójczą gadaninę. Fascynował go ten pomysł od czasu masowej samozagłady sekty Ludzi Świątyni w Gujanie, kilka lat temu, i zapalił się do niego jeszcze bardziej po innym grupowym samobójstwie, które miało miejsce na przedmieściach Londynu, mniej więcej rok temu. W ciągu ostatnich tygodni ta myśl przerodziła się w obsesję, tak jakby odkrył ostateczną prawdę. O Chryste! Powinien był zwiać, gdy Randall kazał mu zdobyć cyjanek. Nie wierzył, że on naprawdę chce iść na całość. Nie powinien tu być wtedy, kiedy wszyscy usiądą dookoła, patrząc głupio na siebie, czekając, aż padną jak muchy. Nie będzie to zabawne ani dla nich, ani dla brata Martina.

– Pospiesz się, bracie Samuelu, nie każ mu czekać.

Na nieszczęście dla ciemnoskórego mężczyzny, brat Martin oczyma szukał go w tłumie. Miał wrażenie, że w ciągu ostatnich dni wiara brata Johna nieco się zachwiała. Potrzebował pomocy, może przymusu. Ostatnio stał się powodem troski, jego entuzjazm dla brata Martina wydawał się słabnąć. Może powinien pierwszy spróbować nektaru przyszłego życia.

– Bracie Johnie, nie widzę cię. Gdzie jesteś? Murzyn jęknął w duchu.

– Tutaj, bracie Martinie – powiedział głośno.

– Wysuń się na czoło, bracie, abyśmy mogli cię widzieć. Ty dostąpisz zaszczytu poprowadzenia nas wszystkich.

– Ja, ja nie zasługuję na taki zaszczyt, bracie Martinie. Tylko ty możesz nas poprowadzić.

Brat John oblizał wargi i nerwowo spojrzał na drzwi. Brat Martin zaśmiał się.

– Wszyscy na to zasługujemy! Chodź, wypij pierwszy.

Podszedł do ogromnej czary i zanurzył swój biały puchar w ciemnoczerwonym płynie, następnie podał go Murzynowi. Głowy zaczęły się zwracać w kierunku brata Johna. Jakby zgadując jego zamiar, brat Samuel zastawił wejście swoim wielkim ciałem, odcinając mu drogę ucieczki.

– Ooo cholera! – wykrzyknął brat John i wyrżnął kolanem w pachwinę potężnego mężczyznę.

Brat Samuel upadł na kolana, chwytając się za genitalia. Przez otwarte drzwi brat John wyskoczył w jeszcze większą ciemność. I zatrzymał się.

Otoczyła go jak zimne, lepkie ręce, jak lodowaty syrop rozmazujący się na jego skórze. Zadrżał i przerażony rozejrzał się dookoła, ale widział tylko niewyraźne punkciki światła w oddali. Odsunął się od tego, ale szło za nim jak przylepione. Czuł, jak coś niesamowitego maca mu mózg i krzyknął, kiedy zimne palce dotknęły mu czegoś w głowie. Nie, nie chcę tego! Coś w nim krzyknęło, ale inny głos odpowiedział: tak, tak, chcesz!

Jakieś ręce chwyciły go za gardło i te były prawdziwe – wielkie, silne dłonie brata Samuela. Uścisk stawał się coraz mocniejszy, gdy atramentowa ciemność zamknęła się wokół obu mężczyzn. Myśli brata Johna potykały się o siebie, uciekając przed nierealnymi, ciemnymi palcami, które dotykały i niszczyły jego umysł. Opadł na ostre kamienie, którymi wybrukowane było wejście do świątyni, wielki mężczyzna stał za nim, nie puszczając go ani na moment. Powoli uświadamiał sobie, że brat Martin miał rację: szukali wieczności. I choć jego ciało drżało z bólu, coś w nim tańczyło ze szczęścia. O matko, miałeś rację, bracie Martinie, bracie Marty Randall, miałeś świętą rację. Nawet gdy jego zaciśnięte gardło wysilało się, by wciągnąć do płuc powietrze, wargi miał rozchylone w zachwyconym uśmiechu. Czerwień przed oczami zaczęła przechodzić w coraz głębszą czerń i wkrótce była już tylko ona – absolutna, przyjazna ciemność. Chwała jej.

Brat Samuel wciągnął bezwładne ciało z powrotem do świątyni, a za nim postępowała Ciemność, napływając zachłannie, rozlewając się i sącząc, przyciemniając i tak już nikłe światło świec. Brat Martin zamknął oczy, szeroko rozpostarł ręce i, nie zwracając uwagi na otaczające go krzyki przerażenia, powitał Ciemność w swej świątyni.

– Wypijemy truciznę i złączymy się z tobą – powiedział głośno i ze zdziwieniem usłyszał drwiący śmiech. Brzmiał jak śmiech brata Johna. Jedna po drugiej wypalały się świece i w końcu wszystkie zgasły.

– Powiedz im, żeby się uciszyli, Alex. Jeśli policja odkryje, że macie na zapleczu spotkanie, odbierze ci licencję.

Sheila Bryan podniosła półlitrowy kufel, aby się upewnić, że wytarła wszystkie plamy na spodzie. Nieczęsto szkło w pubie było poddawane tak dokładnemu badaniu, ale z drugiej strony nieczęsto wprowadzano godzinę policyjną. Przez moment zastanawiała się, czy w czasie wojny obowiązywały takie same restrykcje. Pomyślała, że nie, ale nie miała pewności, nie było jej wtedy na świecie.

– Są w porządku, nikomu nie przeszkadzają.

Jej mąż, Alex, patrzył na Sheilę ze źle ukrywaną niecierpliwością. Był silnym mężczyzna z dużym brzuchem i donośnym głosem, i tylko kobieta o podobnych cechach mogła dać sobie z nim radę. Zbliżał się właśnie do czterdziestki, ona dopiero pożegnała się z dwudziestką; oboje byli potężni i może dlatego zdawało się, że są w jednym wieku.

– Mimo wszystko nie rozumiem, dlaczego zadajesz się z nimi – powiedziała Sheila, stawiając na barze kolejny wytarty kufel. Gdy pochyliła się, sięgając po następny, popiół z trzymanego w ustach papierosa spadł do mętnej wody, w której myła naczynia.

– Mają właściwe poglądy, dlatego – odpowiedział Alex, stawiając z łomotem tacę ze szklankami na blat obok zlewu. – Chcą jeszcze jedną kolejkę.

– Dobrze, niech piją w tych samych. Nie mam zamiaru dawać czystych szklanek.

– Oczywiście, wypiją, psiakość, w tych samych. Kto cię prosi o czyste. Nie wiem, co czasami w ciebie wstępuje. Grosza byśmy nie zarobili, gdyby dziś wieczór tu się nie zwalili. To cholerne draństwo trzyma wszystkich w domach.

– Przecież policja mówi, że niebezpiecznie jest wychodzić nocą.

– To wszystko bzdury. Na pewno coś kombinują i nie chcą, żeby ktoś to zobaczył.

– Czyś ty całkiem zgłupiał? Przecież widziałeś w telewizji, co się dzieje. Rozróby, pożary i te wszystkie morderstwa.

– Tak, bo ktoś użył przeciwko nam gazu paraliżującego, i tyle. Pieprzeni lewacy, to oni to zrobili dla swoich przyjaciół z zagranicy.

Sheila odsunęła się od zlewu i mokrymi palcami wyjęła z ust papierosa.

– O czym ty mówisz? – spytała, patrząc na męża z pogardą.

– Wszyscy wiedzą, że stoją za tym komuchy. Nie podadzą tego w dzienniku, ale każdy ci to powie. Potem będzie Nowy Jork albo Waszyngton. Poczekaj tylko, sama zobaczysz. Później Paryż, Rzym. Wszędzie. Tylko nie w Rosji, do tego nie dojdzie.

– Głupstwa opowiadasz, Alex. To ta hałastra za drzwiami znowu nabiła ci głowę takimi pomysłami?

Alex zignorował pytanie i zaczął napełniać szklanki trunkami.

– To ma sens, jeśli się nad tym zastanowisz – odpowiedział zniechęcony, kończąc nalewać.

Jego żona podniosła oczy do góry i powróciła do polerowania kufli. To było jednak przygnębiające, że w całym mieście wprowadzono coś w rodzaju stanu wyjątkowego. Coś takiego mogło się zdarzyć gdzieś na świecie, ale nie w Anglii. Nie w Londynie. Dlaczego muszą palić wszystkie światła, jakby się bali ciemności? Ciemność – tak to wszyscy nazywają, ponieważ dzieje się tylko nocą. Mówią, że ludzie dostają od tego pomieszania zmysłów, włóczą się po ulicach, wzniecają pożary, zabijają. To nie ma żadnego sensu. Sama widziała, jak wojskowe ciężarówki przeszukiwały ulice wczesnym rankiem, zgarniając błąkających się bez celu i gdzieś ich wywożąc. Pewnego ranka, kiedy nie mogła spać, przypatrywała im się z okna. Jakiś biedny szaleniec leżał na ulicy, zakrywając głowę rękami. Palce miał zakrwawione, gdyż próbował podnieść pokrywę włazu znajdującego się na środku ulicy, ale chyba była dla niego zbyt ciężka lub też nie mógł jej uchwycić. Nie powiedział ani słowa, kiedy przenosili go do ciężarówki, twarz miał śmiertelnie bladą, bladą jak duch, a oczy czarne i przymknięte. Zadrżała. Czuła się tak, jakby oglądała jeden z tych starych horrorów.