Выбрать главу

Coś wciskało się w niego, tłoczyło, a ból w kolanie wydawał się nieznośny.

– Musimy go wyciągnąć – powiedział jakiś głos.

– Spokojnie, spokojnie! – zaoponował inny. – Najpierw trzeba ustabilizować sytuację!

Jakiś kobiecy głos w pobliżu.

– To my zadzwoniliśmy po pomoc!

– Tak, tak – odpowiedział jej mężczyzna. – Ale teraz posuń się trochę, żebyśmy mogli się do czegoś tu przydać.

Antonio zdołał wreszcie odwrócić głowę od szarej przeszkody, która okazała się nadmuchaną poduszką powietrzną. Szarpnął się mocniej.

– Nie ruszaj się! – wrzasnął ów spokojny głos. – A może wolisz spaść?

Antonio ze swego miejsca niewiele mógł zobaczyć, lecz jeśli jego obliczenia były właściwie, to samochód zwisał niebezpiecznie, przewieszony przez balustradę.

Dzięki Bogu, że jest ta poduszka, pomyślał. To ona nie pozwala mi teraz spojrzeć w przepaść. Pewnie bym tego nie wytrzymał. Powinienem też chyba być jej wdzięczny za życie!

Antonio nigdy dotychczas nie przeżył wypadku, w którym poduszka powietrzna się nadmuchała. Wywoływało to w nim mieszane uczucia. Czuł się jakby zduszony.

Na szczęście powietrze z poduszki zaczęło z wolna uchodzić i mógł oddychać z większą łatwością. Zaczerpnął głęboko powietrza, żeby sprawdzić, czy nic nie stało się z żebrami.

Były nieco obolałe, ale wytrzymały. Gorzej natomiast przedstawiała się sprawa ze zranionym wcześniej kolanem. Ktoś powinien chyba je obejrzeć. Uderzył się też mocno w jedno przedramię.

W skalnej ścianie odbiło się niebieskie światełko. Czyżby ambulans?

– Jest już przytomny – wyjaśnił nieznajomy. – Ale stracił świadomość na dosyć długo.

Na dosyć długo? To nie zabrzmiało przyjemnie. Ale właściwie powinien się był tego spodziewać, przecież służby ratunkowe nie czekają za najbliższym zakrętem, zwłaszcza tutaj wśród pustkowi Bagnskleivane.

Największym problemem było najwyraźniej zapanowanie nad samochodem, żeby się nie przechylił. Antonio pojął, że jego życie dosłownie wisi na włosku. Ledwie śmiał teraz oddychać. Czy oni nie mogą wciągnąć samochodu chociaż odrobinę bardziej na drogę?

Nie śmiał pytać, bał się urazić pracujących specjalistów.

Przed szybą zakołysała się wielka metalowa łapa. Chciał zawołać, żeby uważali na samochód Pedra, uznał jednak, że lepiej będzie milczeć. Musi pamiętać, żeby zapytać o tego młodego człowieka. Ktoś chyba go zauważył.

Teraz jednak musiał myśleć o czym innym. Samochód zaczął drżeć, trząść się, gdy próbowano zaczepić uchwyt dźwigu. Antonio wychylił się w stronę przepaści, a potem wbił w oparcie siedzenia, by choć w małym stopniu stworzyć przeciwwagę. Trzymał się przy tym tak mocno, że aż kostki mu pobielały…

Samochód gwałtownie drgnął. Antonia nie chroniła już teraz żadna poduszka, rąbnął głową o przednią szybę tak mocno, że przed oczami pokazały mu się gwiazdy. Jednocześnie piersią uderzył o kierownicę, a w deskę rozdzielczą kolanem, którego ból już wcześniej z trudem wytrzymywał. Znów stracił przytomność.

Ocknął się, gdy chciano go na noszach przenieść do karetki. Dzięki Bogu, znajdował się na drodze, a nie na dnie przepaści!

– Chwileczkę! – zawołał. – To nie jest konieczne. Sam jestem lekarzem i mogę stwierdzić, że czuję się stosunkowo dobrze.

Zatrzymali się.

– Najlepiej będzie, żeby pana jednak obejrzeli w szpitalu w Gjøvik.

Gjøvik? Wielkie nieba, przecież do Gjøvik jest sto kilometrów!

– Nie ma nic bliżej? Popatrzyli na siebie niepewnie.

– Jest ośrodek zdrowia w Fagernes, ale oni nie mają…

– To wystarczy – oświadczył Antonio zdecydowanie. – Nie jest mi słabo, trochę się tylko poobijałem. Co z samochodem?

– Jakoś poszło, ma tylko nieco zadrapań. Ale nic mu się nie stało.

Dzięki Bogu, pomyślał.

– A co z tym młodym człowiekiem?

– Z jakim młodym człowiekiem?

– Tym, który szedł środkiem drogi i wymusił na mnie skręt.

Otaczający go ludzie popatrzyli na siebie ze zdziwieniem. Kobieta, która pierwsza zobaczyła samochód zwisający ponad przepaścią, pokręciła głową.

– Kiedy przyjechaliśmy, nikogo tu nie było.

– Nie było chłopaka w czarnej koszuli i czarnych spodniach?

– Nie widziałam w ogóle nikogo.

Antonio poddał się. Po krótkiej dyskusji zgodził się na przewiezienie go ambulansem. Jeden z sanitariuszy miał poprowadzić wspaniały samochód Pedra. Chłopak nie krył zadowolenia.

– Pierwszy raz będę jechał samochodem ze znaczkiem CD – uśmiechnął się.

Ach, a więc dlatego odnosili się do Antonia z taką uprzejmością i szacunkiem!

Cieszył się, że jechali teraz przynajmniej we właściwym kierunku. Jedno spojrzenie na zegarek powiedziało mu, że znów stracił mnóstwo czasu i że zapewne w Fagernes straci go jeszcze więcej.

– A więc jest pan przedstawicielem Hiszpanii? – spytał drugi sanitariusz, ten, który pozostał w karetce.

Antonio nie miał siły na żadne tłumaczenia, mruknął coś, co mogło oznaczać i tak, i nie.

– Ma pan też jakiś straszliwie dostojny i skomplikowany tytuł – ciągnął mężczyzna.

Ojej, a więc oglądali kartę wozu? Na szczęście sanitariusz nie oczekiwał od niego żadnej odpowiedzi. Ciągnął dobrodusznie:

– Ale dobrze pan mówi po norwesku.

– Mieszkam tu od wielu lat – odparł Antonio, nie kłamiąc przecież wcale.

– Jest więc pan lekarzem w ambasadzie? Sytuacja zaczynała się komplikować.

– Tak, ale wydaje mi się, że ten bandaż trochę się poluzował.

– Niech się pan nie denerwuje, już niedługo będziemy na miejscu. Wszystko dobrze się skończy.

Kiedy Antoniowi opatrzono już zranienia i zrobiono najrozmaitsze badania, lekarz w ośrodku zdrowia w Fagernes pozwolił mu jechać dalej. Sam Antonio nie narzekał na formę, bo lekkim bólem i potłuczeniami w ogóle się nie przejmował. Bardzo też mu pomógł zrobiony w kolano uśmierzający zastrzyk. Antonio nie posiadał się tylko ze złości na myśl o tym młodym człowieku, który pojawił mu się na drodze tuż przed nosem i znów skazał go na wielogodzinne opóźnienie. Postanowił jednak, że teraz dotrze już do gór. Dosyć tych przeszkód.

Wjechał samochodem tak wysoko, jak tylko się dało, powyżej Lykkja, i tam zaparkował. Podjął próbę nawiązania kontaktu telefonicznego z przyjaciółmi, zwłaszcza z Veslą, lecz, jak się spodziewał, nic z tego nie wyszło. Powinien naładować baterię telefonu w Fagernes, ale wtedy głowę miał zaprzątniętą jedynie myślą o tym, by jak najszybciej wyruszyć naprzód.

Zastanawiał się, jak właściwie miewa się jego głowa po tym uderzeniu o przednią szybę, przecież i zaraz po samym wypadku był przez jakiś czas nieprzytomny. Tymczasem głowa wcale go nie bolała, odczuwał jedynie lekkie pulsowanie w guzie na czole.

Lekarz starannie zajął się jego kolanem. Dzięki mocnemu obandażowaniu Antonio mógł się poruszać w miarę normalnie.

Upłynęła dobra chwila, zanim sforsował długie zbocza ponad Lykkja i minął skrzyżowanie z wyraźnie wydeptaną ścieżką, prowadzącą na szczyt Skogshorn. Nie wybierał się tam, zamierzał przeprawić się w głąb płaskowyżu zwanego Kjølen.

I właśnie w tym czasie zaczął słyszeć za plecami owe ciche, skradające się kroki.

Nie potrafił rozstrzygnąć, czy jest to odgłos stóp jednego człowieka, czy też tajemniczych prześladowców jest więcej. Wierzchowce rycerzy poruszały się bezszelestnie, o tym wiedział, zresztą to wcale nie brzmiało jak stukot kopyt. To ludzkie kroki.

Ale za nim nikogo nie było.

Cienie, cienie… Bo czyż nie właśnie cienie ścigał lub był przez nie ścigany? Niekiedy nie były to nawet cienie, po prostu nic.