Выбрать главу

– Piję za twoje zdrowie, piękna Urraco – powiedział po hiszpańsku, a ponieważ zostało mu jeszcze trochę niezwykłej mikstury, wypili razem.

Nie byli jednak sami. Po drugiej stronie skały stał ów czarno ubrany młody chłopak, który tyle razy sabotował podróż Antonia. Twarz wykrzywiała mu wściekłość, widać było, że jest gotów w każdej chwili rzucić się na paczuszkę, którą Antonio trzymał pod pachą.

W dodatku łotr miał jeszcze jednego sprzymierzeńca, była nim jakaś starsza kobieta, ohydna w swej złości i w zadziwiających próbach, by wyglądać młodo. Podobnie jak u wielu kobiet z południowych krajów, które rozjaśniają sobie włosy, również jej włosy przybrały ową typową marchewkową barwę, a twarz pokryta była jakby kitem, białym i różowym, który miał ukryć zmarszczki. Powieki wprost jaśniały niebieskozielonym cieniem. Ubrana była w jakąś różową kreację, która prezentowała się na niej nader dziwnie.

Ale ta kobieta była niebezpieczna, to właśnie ona sterowała wiatrami, które smagały Antonia niczym miotła czarownicy. To ona potrafiła być wszędzie, to przed nią musiał się osłaniać. Ona bowiem nie trzymała się wyłącznie ziemi, potrafiła oderwać się od niej i nieoczekiwanie znaleźć się na skale i uderzyć Antonia.

Ale i czarownica Urraca nie przybyła sama. Teraz, kiedy Antonio napił się już tajemniczego napoju, mógł zobaczyć jej towarzyszy. Ujrzał parę bardzo młodych ludzi, nastolatków, chłopca i dziewczynę, o niespotykanie szlachetnych twarzach, ubranych bardzo wytwornie. Lecz jakże byli wystraszeni, przerażeni niemal do szaleństwa!

Nie miał jednak czasu, żeby zbyt długo się im przyglądać, bo wysztafirowana kobieta znów zaatakowała go niczym furia. Młody łotr zaś wskoczył na skałę i rzucił się na niego, mnisi natomiast nie przestawali wrzeszczeć jak stado podnieconych kawek.

Antonio kątem oka dostrzegł swego brata i Unni, nadbiegających przez brzozowy las i kierujących się w stronę skały. Ach, dziękuję wam, pomyślał, lecz zaraz tego pożałował. Przecież również ich wciągnął teraz w tę śmiertelnie niebezpieczną grę. Jak się to wszystko skończy?

Antonia nie dziwiło wcale, że Jordi i Unni widzą, co się dzieje, żadne z nich nie potrzebowało czarodziejskiego napoju, żeby zobaczyć to, co niewidzialne.

Zdążył jeszcze dostrzec, że Unni pochyla się i zbiera kilka białych brzozowych gałązek, i zaraz potem trafił go cios, od którego zatoczył się na ziemię.

Urraca wołała do niego coś w swojej staroświeckiej hiszpańszczyźnie. Przetłumaczył to sobie jako: „Skrzynka, podaj mi srebrną skrzynkę, prędko!”

Antonio był mocno zamroczony trzema silnie działającymi tabletkami przeciwbólowymi, potężną dawką koniaku wymieszanego z piołunem i wieloma innymi dziwnymi składnikami, a także wszystkimi ciosami, jakie zadała mu ta straszna kobieta. Uważał jednak, że nie może pozwolić, aby duch sam rozrywał taśmę klejącą i papier, po prostu nie mieściło mu się to w głowie. Trzęsąc się na całym ciele, z kolanem, które bolało jak oszalałe, zgrabiałymi palcami próbował zedrzeć oporną taśmę.

Jordi dotarł już do niego. Mnisi wrzeszczeli histerycznie, ich niewolnicy, młody chłopak i różowa kobieta, parskali jak dzikie koty, próbując wydrzeć mu paczkę. Jordi jednak zdołał wyciągnąć nóż, który Antonio nosił przytroczony do paska, i szybko rozprawił się z zewnętrznym pojemnikiem.

Nikt nie miał czasu patrzeć na to, co wyprawia Unni. A ona z białych gałązek układała na kamiennej płycie jakiś wzór. Gdy wreszcie odsunęła się na bok, na kamieniu jaśniał bielą znak rycerzy. Widniał bezpośrednio pod gromadą mnichów, kierujących się w dół.

Niestety, nie znaleźli się jeszcze dostatecznie blisko, lecz i tak ich krzyk przerażenia poderwałby umarłego. Natychmiast podnieśli się w górę, zatoczyli krąg nad płaskowyżem i zniknęli za masywem górskim.

Gdy odlecieli, ubrana jaskrawo, bez smaku, kobieta i młody chłopak stracili swą moc. Wyczarowali ich mnisi, a teraz, gdy mnichów zabrakło, ich wytwory stały zdezorientowane, nie wiedząc, co robić.

Urraca machnęła ręką w ich stronę, mrucząc coś w jakimś prastarym, zapewne wymarłym już dawno języku i prześladowcy natychmiast zniknęli.

Na górskiej równinie nareszcie zapanował spokój.

Jedno tylko dziwiło Unni i Antonia. Przez cały czas królewskie dzieci stały w oddaleniu od siebie, po obu stronach Urraki, trzymały się jednak z dala również od niej i nigdy nawet na siebie nie spojrzały.

Wyglądało to na niepojętą wprost samotność.

13

– Dziękuję ci – powiedziała Urraca do Unni. Pytająco patrzyła na dziewczynę ze współczesności. – Czy myśmy się już kiedyś nie spotkały?

Unni ku swej radości odkryła, ile pożytku przyniosły jej próby przetłumaczenia dziennika Estelli. Całkiem nieźle rozumiała już teraz dawny język hiszpański.

– Owszem, dono Urraco. Ale to było w wizji sennej. Czarownica z piętnastego wieku przyglądała jej się w zamyśleniu.

– Tak, w wizji, to prawda – stwierdziła po namyśle.

– Widziałam wówczas również parę pani młodych przyjaciół – powiedziała Unni. – I wiele łez wypłakałam nad ich losem.

Urraca spuściła głowę.

– Dziękuję. Ale pozwólcie, że zajmę się teraz tym paskudnym srebrnym pudełkiem, a dopiero później przedstawię was młodym.

„Przedstawię was młodym”! Nie odwrotnie? Tutaj wyraźne było, kogo uważano za szlachetniej urodzonego.

Jordi usunął ze srebrnego pudełka wszystkie warstwy, w jakie było zapakowane, starając się przy tym nie dotykać pojemnika z trucizną.

– Nie, nie ty! Twój brat.

– Ale… Oczywiście, tylko dlaczego?

– Ponieważ on wypił antidotum, to chyba jasne.

– A więc to było antidotum? – zdumiał się Antonio.

– Nie tylko. Napój obdarzył cię również zdolnością widzenia.

– No tak, oczywiście – przyznał słabym głosem.

Jordi z lękiem patrzył, jak młodszy brat gołymi rękami podnosi srebrne pudełko i podaje je Urrace. Będzie musiał starannie się później umyć, pomyślał Jordi z braterską troską. Urraca również, chociaż być może duchy nie muszą się myć. Zresztą oboje wypili to antidotum…

Nic jednak nie mógł poradzić na swoje zdenerwowanie.

Chyba Urraca nie ma zamiaru zakopać tego tutaj, myślała Unni zaniepokojona.

A czarownica jakby w odpowiedzi zaraz skierowała na nią swe niezwykłe oczy.

– Nie, dziwna dziewczyno. Zabiorę to paskudztwo z powrotem w moje własne czasy. To czas miniony, który już nie istnieje, i dzięki temu ten ohydny jad zniknie na zawsze. Zaczekajcie tu na mnie, niedługo wrócę. Moi przyjaciele, szlachetni rycerze, nie mogą się już doczekać spotkania ze mną.

Unni popatrzyła w stronę brzozowego lasu. Dostrzegła tam czarnych rycerzy, siedzących na swych koniach. Czekali.

Kiedy znów popatrzyła na przyjaciół, okazało się, że czarownica zniknęła.

Dwoje dzieci, bo właściwie byli jeszcze tylko dziećmi, stało w niepewności. Tak samo zresztą jak Unni i Antonio. Za to Jordi postanowił działać. Zabrał się do sprzątania, zmiótł pudełka i porwany papier do plecaka. Spostrzegli, że Urraca wychyliła swój kielich do dna. Nikt jej tego nie żałował, byle tylko odnalazła teraz drogę do swego stulecia i zdołała wrócić do nich, nie błądząc na przykład w baroku. Ale może duchy nie mogą się upić. Martwili się niepotrzebnie, Jordi bowiem nie zdradził, że wylał niemal całą zawartość kielicha czarownicy. Urraca wypiła z pewnością nie więcej niż mały łyk mikstury. Antonio w każdym razie czuł się na rauszu, choć z całych sił starał się tego po sobie nie pokazać.

W butelce została resztka koniaku. Jordi uśmiechnął się do Unni i powiedział:

– My też wypijemy po łyku, zasłużyliśmy na to.