A ja i tak zrobię swoje!
Mnisi przysunęli się bliżej. Emmie nie spodobały się ich spojrzenia, wprost oblizujące jej osłonięte lekką bielizną ciało.
Jeden z nich powiedział:
– Straciliśmy Wambę, naszego wspaniałego sługę, ale sami również znamy sporo sztuczek. Wykorzystujemy je z Bożą pomocą.
Wamba nigdy nie był waszym sługą, pomyślała Emma z pogardą. Uważam też, że nie powinniście mówić o Bogu, nadużyliście jego imienia już zbyt wiele razy, i w życiu, i w tym waszym nędznym istnieniu pod postacią duchów.
– Róbcie sobie, co chcecie – oświadczyła zimno. – Macie moje błogosławieństwo. A teraz idę się położyć, dobranoc.
W głębi serca nie była wcale tak odważna, jak to udawała. Bo jeśli oni nie odejdą, jeśli…?
Ale nie, zniknęli w jednej chwili. Emma odetchnęła Z ulgą.
17
Antoniowi wirowało przed oczami, kiedy z ogromnym trudem pokonywał ostatni odcinek ścieżki. Momentami całkiem otaczała go czerń i zwisał bezwładnie pomiędzy Jordim a Unni, tu bowiem ścieżka była dostatecznie szeroka dla wszystkich trojga. Teraz widział już nawet samochody. W górę ścieżki podążało w ich stronę dwoje ludzi. Ach, nie, nie chciał, żeby ktokolwiek oglądał go w takim stanie!
To przecież Gudrun! I Jørn! Antonio poczuł, że teraz oni zastąpili Jordiego i Unni, całkiem już wycieńczonych.
– Doprawdy, strasznie nam się dostaje w czasie tej długiej walki – westchnęła Gudrun.
Tak, z tym rzeczywiście Antonio mógł się zgodzić. Wszyscy mieli okazję posmakować gniewu mnichów. Na szczęście Morten, który omal nie zginął, zdołał jakoś stanąć na nogi. O Jordim w ogóle trudno było coś powiedzieć, nikt z nich nie został potraktowany brutalniej niż właśnie on, lecz on zawsze potrafił się z tego podnieść. Vesla była najbardziej postronną osobą, ale i ona swoje oberwała. Gudrun i Unni o mały włos się nie potopiły, Unni została prawie rozjechana przez samochód, a teraz przyszła kolej na niego, na Antonia.
I w taki koszmar próbują wciągnąć jeszcze Jørna?
Wyglądało jednak na to, że wysoki, szczupły chłopak, o włosach ostrzyżonych na jeża i w okularach przeciwsłonecznych na nosie, nie ma nic przeciwko temu.
– Teraz możecie trochę odsapnąć. Ja jestem wypoczęty, spragniony przygód, dowiedziałem się już o wszystkim od Gudrun. Nie będziecie żałować, że mnie w to włączyliście. Trzeba mnie było poprosić od samego początku!
– Nie mogliśmy – niemal jęknęła śmiertelnie zmęczona Unni. – Przecież ty się po uszy kochałeś w Emmie!
– Phi, Emma! – prychnął Jørn, ale teraz już milczał. Rzeczywiście ubóstwiał tę dziewczynę, wciąż jeszcze wieczorami śnił o niej na jawie. Ale od tej chwili zdecydowanie już z tym koniec!
– Ona cię po prostu wykorzystywała – ciągnęła Unni bez litości. – Po prostu chciała się wkręcić do kręgu wokół Mortena i mnie. Była specjalnym narzędziem Leona i rzeczywiście doskonale sobie z tym poradziła.
Nie dość, że wbiłaś nóż, to musisz nim jeszcze obracać, jęknął Jørn w duchu.
– Lecz od dziś się do was przyłączam! – odparł z przesadną swadą. – Na dobre i na złe.
Teraz, gdy do dyspozycji były nowe, wypoczęte i silne ramiona, schodzenie w dół odbywało się nieco szybciej. Antonio miał jakieś niejasne wspomnienie o tym, ze został posadzony na siedzeniu samochodu z nogami wystającymi na zewnątrz przy otwartych drzwiczkach, a Jordi ściągnął z niego przemoczone ubranie. Antoniowi wydawało się też, iż mówi, że ma zastrzyk przeciwbólowy i antybiotyk gdzieś w samochodzie, skarżył się chyba też, że nie ma Vesli, bo ona przecież umie robić zastrzyki, lecz tak naprawdę chyba nic nie powiedział. Pił gorącą kawę z termosu, na moment przed oczami mignęła mu Unni w samych majtkach, sina na twarzy. Gudrun wciągała na nią bluzkę i ciepły sweter. A potem nic już nie widział, bo Jordi narzucił mu coś na głowę. Dostał do ręki kanapkę, która smakowała iście niebiańsko. Mamrotał też coś o tym, że Jordi sam musi się przebrać. Potem Antonia ułożono na tylnym siedzeniu jego samochodu i wtedy kompletnie już zgasł. Jordi delikatnie wyjął mi z ręki resztki kanapki.
Unni została umieszczona w wielkim samochodzie Pedra, owinięta w wełniane koce, w suchym, ciepłym ubraniu. Z odrobiną jedzenia w żołądku też ułożyła się do snu za plecami Jørna, który miał ogromną ochotę na rozmowę, a nie mógł liczyć na żadną odpowiedź. Jego samochód natomiast prowadziła Gudrun, ku wielkiej radości Jerna nie śmiała bowiem siąść za kierownicą dyplomatycznej limuzyny Pedra.
Kilkakrotnie nacisnąwszy niewłaściwe guziki, między innymi ten uruchamiający jakąś rozwrzeszczaną hardrockową muzykę, Gudrun w końcu uznała, że jest już w stanie zapanować nad dość szczególnie wyposażonym samochodem Jørna, typowym egzemplarzem stanowiącym spełnienie chłopięcych marzeń.
Jordi prowadził auto Antonia, z uśpionym na tylnym siedzeniu młodszym bratem, którego nic, nawet heavy metal, nie zdołałby teraz obudzić.
Sam Jordi był nieprawdopodobnie wprost zmęczony, ale przytomny. Zdenerwowanie i tak nie pozwoliłoby mu zasnąć. Unni, rzecz jasna, chciała jechać w tym samym samochodzie co on, lecz tym razem sprzeciwiła się temu nie tylko Gudrun, lecz również on sam. Unni potrzebowała teraz ciepła, a nie jego śmiertelnego chłodu. W dodatku Jordi chciał mieć przez cały czas baczenie na Antonia. Jordi nigdy nie zapomniał o odpowiedzialności za młodszego brata. Podjął się jej w dniu śmierci ich ojca, którego miejsce zajął ojczym, Leon. Od tamtej pory, kiedy to Jordi miał pięć lat, Antonio zaś trzy, troska o młodszego brata stała się głównym elementem życia Jordiego.
W powrotnej drodze do domu postanowili jechać przez Hallingdal. Uznali, że tak będzie szybciej. Jørn jechał jako pierwszy, on bowiem najlepiej znał drogę z niezliczonych wypadów w te okolice podczas ferii zimowych jako nastolatek. Za nim podążał Jordi, a na końcu Gudrun.
Wspaniale tak jechać w konwoju, pomyślał Jordi.
A może to się nazywa kondukt? Wspaniale czuć dopływ nowych świeżych sił!
Był teraz niesprawiedliwy. Przecież Gudrun i Jørn przejechali już wiele kilometrów i musieli teraz jeszcze wrócić. No tak, lecz oni nie przeżyli wstrząsu na górskim płaskowyżu, a chyba te wydarzenia były główną przyczyną zmęczenia.
Gdy dojechali do Hallingdal, otoczyła ich szarość świtu. Mijali senne ogrody willowe w małych osadach, poza terenami zabudowanymi na zmianę widać było świeżo zaorane pola i te pokryte zielenią, obsiane wczesną wiosną. Nad rzeką unosiła się mgła, wzgórza kryły się w chmurach. Zrozumieli, że dzień zapowiada się pochmurny.
Jordi, Gudrun i Jørn, żeby nie zasnąć, od czasu do czasu rozmawiali ze sobą przez telefony komórkowe. Jørn utrzymywał dość wysoką prędkość jazdy, z czego pozostali się cieszyli, bo wlokąc się w ślimaczym tempie, łatwiej zasnąć za kierownicą. Lecz i tak na drodze było dość zakrętów, żeby zachować skupioną uwagę. Największe niebezpieczeństwo stanowiły długie, proste, usypiające odcinki, na których nie pojawiał się żaden inny samochód, lecz tych na szczęście było tu niewiele. Wyjątkowo cieszyli się, że mają przed sobą krętą drogę.
– Musimy zabrać Antonia do szpitala – oświadczył Jordi przez telefon. – Nikt nie powinien zadawać zbyt drażliwych pytań, przecież w kolano można się zranić podczas wielu niebezpiecznych wypadków.
– Rana rzeczywiście nie wygląda najlepiej – odparła Gudrun, która też obejrzała nogę Antonia, nim wyruszyli w powrotną podróż do domu.
– On się uderzył w to zranione kolano co najmniej dwa albo trzy razy. Cieszę się, że jest już bezpieczny. Dziękujemy, że przyjechaliście.
Jørn zawołał: