Выбрать главу

– Nie pojedziemy przez Hønefoss, to nadkładanie drogi! Wybierzemy pewien skrót, niedługo już będziemy w miejscu, gdzie trzeba skręcić.

– W porządku – zgodził się Jordi.

Już od dobrej chwili jechali mniej uczęszczaną drogą. Pogoda wolno zmieniała się w „zachmurzenie duże, z możliwością wystąpienia mgieł w okolicach rzek i jezior na wyżej położonych terenach”, jak powiedziano by w prognozie pogody.

I właśnie w takiej okolicy się teraz znajdowali. Droga była tu dobrej jakości, przynajmniej na początku, lecz mgła prędko gęstniała. Samochody jechały coraz wolniej, aż w końcu zaczęły wręcz pełznąć. Poruszały się powoli, bardzo powoli, kilometr za kilometrem. Na przedniej szybie kładła się leciuteńka rosa, wycieraczki wyśpiewywały monotonną melodię.

Unni obudziła się i usiadła.

– Gdzie się podziała piękna pogoda?

– No, właśnie – mruknął Jørn.

Obudził się również Antonio. Na jego pytanie, gdzie się znajdują, Jordi nie miał odpowiedzi.

Głos Jørna rozległ się w głośniku, podłączonym w taki sposób, żeby wszystkie trzy samochody mogły się ze sobą komunikować.

– Nie poznaję tych okolic.

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że zabłądziliśmy?

– Nie, to się nie mogło stać. Widzieliście przecież znak, kiedy skręcaliśmy z głównej szosy. Ale według wszelkich obliczeń, od jakiegoś czasu powinniśmy już być w dole, wśród zabudowań, a nie jesteśmy.

Momentami wśród gęstej mgły ukazywały się pnie samotnych sosen, jakaś wystająca skała. Nie było jednak widać żadnych słupów telefonicznych. Nic.

– Ale przecież już od dawna zjeżdżamy w dół – stwierdził Jordi.

– Wiem o tym – odparł Jørn. – Nie jesteśmy już na wyżynie, a mimo to mgła wcale się nie rozrzedza. Nie widziałem też ani jednego domu.

– Może się kryją wśród mgły?

– A gdzie wszystkie rozstaje?

– Minęliśmy boczną drogę jakieś pół godziny temu.

– No tak, i wtedy wciąż byliśmy na właściwej drodze, ale teraz już nie jesteśmy, mogę to zagwarantować – stwierdził Jørn. – Nie pojmuję, gdzieśmy trafili.

Zadzwonił telefon Gudrun. Nie była to akurat najbardziej odpowiednia chwila na rozmowę, lecz gdy usłyszała, kto dzwoni, postanowiła nie przerywać połączenia. To zalękniona Vesla pytała, co się dzieje z Antoniem.

– Siedzi bezpieczny i spokojny w samochodzie Jordiego. Przez jakiś czas spał, ale widzę, że teraz już się obudził.

– To świetnie. Gdzie jesteście? Czy już niedługo będziecie w domu?

Upłynęła chwila, nim Gudrun w końcu powiedziała jakby z namysłem:

– Wkrótce przyjedziemy, trochę tylko zabłądziliśmy. Nie, nie, nie ma żadnego niebezpieczeństwa.

Uf, Gudrun samą słyszała fałszywą wesołość brzmiącą w jej głosie. Czym prędzej zapytała:

– Jest tam gdzieś Pedro?

– Jeszcze nie wyszedł z łazienki. Mam poprosić, żeby do ciebie zadzwonił?

– Nie, sama zatelefonuję później. Wiesz… Cofam wszystko to, co powiedziałam wczoraj. O osobnym przedziale. Bardzo za nim tęsknię, ach, Boże, tęsknię za nim tak strasznie! Pomyśleć tylko, że to musiało się stać, zanim wszystko zrozumiałam.

– Co za „to”? – spytała Vesla podejrzliwie. Gudrun nie chciała straszyć dziewczyny.

– Mam na myśli wyprawę do Valdres.

– Nie, Gudrun, słyszę, że jesteś zdenerwowana, a właściwie śmiertelnie przerażona.

– Nie, z pewnością jestem niemądra, ale… ale…

– Tak?

– Wszystko jest w porządku. Na razie. Ale wydaje mi się, że… Sądzę, że ta przerażająca wyprawa jeszcze się nie skończyła.

– Co chcesz przez to powiedzieć? Gdzie wy jesteście?

– Szczerze mówiąc, Veslo, nie wiem. Nie wie tego nikt z nas.

– Ależ… ogromnie się wystraszyłam. Gdzie jesteście tak mniej więcej?

– Gdzieś na południe od Hallingdal – powiedziała Gudrun niepewnie. – Skręciliśmy z głównej szosy w Nesbyen, jak sądzę. A może to było Noresund? Nie znam Hallingdal. Mieliśmy wyjechać w okolicy Modum. Zawsze chciałam zobaczyć tamtejszą kopalnię kobaltu, ale teraz chyba nic z tego. Zabłądziliśmy. Okropna tu mgła.

Nieśmiały śmiech Vesli zabrzmiał bardzo drżąco.

– Gdzieś chyba dojedziecie?

– Oczywiście. Pozdrów chłopaków, zadzwonię, jak tylko się zorientujemy.

Znów przełączyła się na głośnik. Usłyszała głos Jordiego – Zaczyna robić się paskudnie, ani trochę mi się to nie podoba.

– Mnie też nie podoba się ta droga – zawołała głośno Unni, ona bowiem siedziała na tylnym siedzeniu w samochodzie Jørna daleko od mikrofonu. – Wygląda na zbyt mało używaną. Żwirowa? Taka miała być, Jørn?

– Z trawą pomiędzy śladami kół? Ależ skąd!

– Jesteś pewien, że to ślady kół? – spytał Antonio ponurym, grobowym głosem.

– Nie – odparł Jørn. W jego głosie wciąż dźwięczała raczej żądza przygody niż lęk. – Zawracamy?

Milczenie. Samochody w ślimaczym tempie posuwały się naprzód.

Nagle w głośniku rozległ się głos Gudrun. Drżał w nim tłumiony strach.

– Nie możemy zawrócić.

– Ale tu jest chyba dostatecznie dużo miejsca – stwierdził Jørn.

– Nie.

– Nie? Przecież nie ma żadnych rowów, teren po obu stronach jest otwarty i płaski.

Ale to Gudrun jechała jako ostania.

– Nie możemy zawrócić – powtórzyła. – Za nami nie ma żadnej drogi.

– Co? Co chcesz przez to powiedzieć?

Gudrun nie zdążyła odpowiedzieć. Jørn pokonał jeszcze kilka metrów i zahamował tak gwałtownie, że Jordi mało nie wjechał w tył wspaniałej dyplomatycznej limuzyny Pedra.

Jørn wpatrywał się w coś przed sobą.

– Co to znów ma znaczyć?

– Co, na miłość boską? – szepnęła Unni.

Jednocześnie

Rycerze byli wstrząśnięci i nic nie mogli z tego pojąć.

„Oni uderzają na wszystkich frontach. Strzeżmy się i nasi przyjaciele też niech się strzegą!”

„Ale gdzie są ci młodzi?”

„Nie możemy ich odnaleźć. Diabły inkwizycji oplotły ich siecią, przez którą nie możemy przeniknąć”.

„No, a tamci, którzy zostali w domu?”

„Oni również są w niebezpieczeństwie. Wszyscy są zagrożeni. Żądza zemsty tych łajdaków jest doprawdy straszna”.

„Cóż, nie można im bezkarnie odebrać ulubionej zabawki” – uśmiechnął się don Galindo z goryczą.

„Owszem, utrata zaklętego pudełeczka była dla nich gorzką pigułką do przełknięcia, lecz co my teraz poczniemy, don Federico?”

„Musimy się rozdzielić. Ich sprzymierzeńcy też się rozdzielili. Ruszymy za nimi i zobaczymy, co da się zrobić, żeby zapobiec ich planom, albo przynajmniej złagodzić skutki. Don Ramiro, ty, którego dwaj potomkowie znajdują się wśród zaginionych, postarasz się odnaleźć ich wszystkich. Don Sebastian będzie chronił interesy swojej podopiecznej gdzie indziej. Don Garcia otrzyma specjalne zadanie, wyruszy daleko. Don Galindo, tobie będzie najtrudniej. Ja sam wyruszam do Hiszpanii, bo oni uderzają również tam”.

Czarni rycerze nieczęsto się rozdzielali, tym razem jednak było to konieczne. Don Federico, stary rycerz, posiadający zdolność widzenia przynajmniej części tego, co działo się w ukryciu, poznał sporą część złych planów. Nawet on jednak nie potrafił dokładnie przewidzieć, gdzie mogą znajdować się Jordi i jego przyjaciele, ani też co ich czeka.

Rycerze drżeli. Byli już tak blisko rozwiązania zagadki, a tymczasem pojawiają się kolejne przeszkody.

Jakaż strata czasu! Demony inkwizycji rzucają im kłody pod nogi, robią wszystko, byle tylko powstrzymać wybranych.

Czas. Czas płynął szybko jak ulotne dni lata.