Выбрать главу

Kobieta obiegła szybko tereny świątyni, ale nigdzie nie zobaczyła śladu męża. Podeszła jeszcze raz pod główną bramę; o brzasku budynek wyglądał jak sina purchawka z popękanym kapeluszem. Żona Klucznika spostrzegła, że mosiężne skrzydło jest półotwarte. Z duszą na ramieniu wślizgnęła się do środka.

Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to słup różowego porannego światła, w którym stał obelisk otoczony wirującymi drobinkami kurzu. Podłoga była nierówna, kamienne płyty były pokryte małymi kraterami i siecią rozchodzących się jak pajęczyna pęknięć.

Żona Klucznika spojrzała z obawą w górę. Po wewnętrznej stronie kopuły znajdowały się kiedyś pozłacane płytki. Otaczały centralny otwór, tak że wyglądał jak słońce w świetlistej aureoli. Z biegiem lat płytki zaczęły jednak odpadać, z początku pojedynczo, potem coraz liczniej. Lecąc z wysokości przeszło stu stóp, rozbijały się o posadzkę z hukiem, który nieraz budził ją w nocy.

Jej matka mawiała, że to kamienne łzy, płacz umierającej budowli.

Płytki zbierali skrzętnie złodzieje, którzy od lat wkradali się do świątyni. Jedenasty Klucznik zginął, próbując ich przegonić. Ale od kilku pokoleń złote łzy spadały coraz rzadziej – widocznie budowla, jak stary człowiek, pogodziła się z tym, że nigdy już nie odzyska świetności i że czeka ją tylko powolny upadek. Teraz ponad głową kobiety widać już było tylko kilka rozsianych złotych punktów, rozdzielonych błyskawicami pęknięć. Pomimo to kopuła wciąż przytłaczała swoim widokiem: burzowe kamienne niebo ponad równiną gruzów. Serivczycy bali się wchodzić do środka nie tylko z powodu bliskości Żebra. Od dwustu lat mawiali, że budowla lada dzień runie.

Kobieta wzdrygnęła się i ruszyła w stronę obelisku. Stał pośrodku ciemnego koła, zwanego omphalionem, gdzie według Anatozyjczyków znajdował się środek świata. Kobieta wiedziała, że jej mąż zwykł najpierw okrążać obelisk, a potem robił drugie, większe koło wzdłuż ściany świątyni, zaglądając do czterech bocznych naw.

Jej obchód trwał krócej. Już w połowie drogi zobaczyła, że coś leży na posadzce u stóp obelisku, w ciemnej kałuży. Przyspieszyła, przydeptując sobie rąbki podomki.

Było to ludzkie ramię w białym rękawie. Wyrwane z barku jakąś potężną siłą, leżało wygięte pod dziwnym kątem – na końcu błyszczała kość oblepiona strzępkami ciała.

Żona Klucznika otworzyła szeroko oczy, potem usta. Jej długi, wibrujący wrzask odbił się pod kopułą zwielokrotnionym echem, spotężniał, wypełnił wnętrze, uciekł przez uchyloną bramę i otwór w górze, a potem spadł jak grom na budzącą się ze snu dzielnicę Escapazar.

Chwilę potem na targowisku pełno już było gapiów. Nikt nie odważył się jednak podejść do siedzącej na szczycie schodów kobiety, która zanosząc się szlochem, kołysała w ramionach urwaną rękę.

Szóstka gwardzistów w pikowanych kaftanach z herbem Serivy i z muszkietami na ramieniu, która zjawiła się później, odnalazła dolną połowę ciała Klucznika w północno-zachodniej nawie. Urwana głowa leżała spokojnie za skrzydłem drzwi. Reszty ciała nie odnaleziono.

Gwardziści wyszli ze świątyni bladzi.

Zupełnie nie potrafili sobie wyobrazić, jak można rozerwać człowieka tak, by jego części znalazły się kilkadziesiąt stóp od siebie, a pomiędzy nimi nie było ani jednej kropli krwi.

Świątynię zamknięto do czasu wyjaśnienia sprawy. Klucze, znalezione przy szczątkach Klucznika, dostała z powrotem wdowa. Następnego dnia wrzuciła je do morza, po czym wzięła swoich dwóch synów, przygotowywanych do tego, by zostali Klucznikami, i wyjechała gdzieś na północ, kończąc tym samym trwającą siedemnaście pokoleń historię Aburadimów z Serivy.

Za sobą zostawiła tajemnicę brutalnej zbrodni. Plotkarze i gapie, którzy tkwili na targowisku aż do południa, mogli się tylko domyślać, jak do niej doszło.

Tak się składa, że ja wiem dokładnie. Widziałem na własne oczy, jak Klucznik wszedł w nocy do świątyni, spojrzał podejrzliwie na głęboki cień w bocznych nawach, a potem ruszył powoli w kierunku obelisku. Widziałem też, że nagle świat przeszło ledwie wyczuwalne drżenie, a Klucznik ze strachem spostrzegł, że jego własny cień wydłuża się nagle, rozciąga, a potem odrywa i zaczyna pełznąć po posadzce.

Mężczyzna poszarzał na twarzy. Wokół niego odrywać się zaczęły cienie małych kamyków, posągów przy wejściu, starej drabiny i wreszcie – cztery potężne plamy cienia z naw. Wszystkie sunęły w stronę omphalionu, jak krople inkaustu spływające na dno kamiennej misy.

Nim Klucznik odzyskał mowę, w posrebrzonym księżycem wnętrzu nie było już najmniejszego cienia. Światło wydawało się teraz przenikać ściany świątyni, oświetlając ją ze wszystkich stron jednocześnie. Same cienie, zebrane u podnóża obelisku, zaczęły piąć się po nim w górę, ku kopule, wirując coraz szybciej.

Trwało to tylko mgnienie. Zaraz potem cienie spadły w dół i złączyły się w kilka czarnych jak noc postaci.

Klucznik przyglądał się im zdumiony. Chodziły, rozmawiały ze sobą bezgłośnie. Gestykulując dłońmi, operowały jakimiś niewidzialnymi przedmiotami. Jeden pisał na niewidzialnej tabliczce. Wszystkie sylwetki były jednolicie czarne, ale po wysokich kepi poznał, że przedstawiają ludzi z dalekiego Południa.

To cieńmistrzowie – zrozumiał po chwili, widząc, jak jeden rysuje na ziemi znajome wzory. Pomiędzy nimi krążyła też nienaturalnie wysoka kobieta w wielkim nakryciu głowy; patrząc na sam obrys, nie potrafił go sobie dokładnie wyobrazić. Gdy obróciła się bokiem, przełknął ślinę na widok profilu jej posągowych, doskonale krągłych piersi.

Powietrze wewnątrz kopuły wibrowało. Mężczyźnie wydawało się, że słyszy dalekie echo rozmów.

Zbliżył się do nich powoli. Wszedł między widmowych cieńmistrzów, ale zdawali się go nie zauważać. Widziałem, jak stanął nad jednym – grubym, kucającym przy jakimś niewidocznym przedmiocie – a potem dotknął jego ramienia.

Po cieniu rozeszły się fale jak po tafli ciemnego stawu.

Widmowa kobieta odwróciła się w stronę Klucznika i choć była tylko sylwetką, ten poczuł, że został zauważony. W tym momencie zrozumiał, że nie patrzy na duchy z dawnych wieków, ale w przetarcie prowadzące do jakiegoś rzeczywistego miejsca. Czy to możliwe, pomyślał, że stoi przed nim sama Hebanowa Pani?…

Ale strach trwał tylko ułamek chwili. Zaraz niewiarygodna siła rozerwała z hukiem czarne postaci, świat spadł w studnię, zawinął się wokół mężczyzny jak prześcieradło, jego ręce i nogi wsunęły się w cienie, wychodząc z zupełnie innych cieni. Ledwie zdążył poczuć zimne ukłucie, zapowiedź bólu, a już przestrzeń naprężyła się, wyprostowała, rozrywając go na kawałki, z których każdy znalazł się w innym miejscu.

Już następnego dnia ludzie zaczęli snuć własne niestworzone historie o przyczynach śmierci Klucznika. W niektórych romansował z kochanką samego króla, w innych zapożyczał się na ogromne sumy u florentyńskich paserów. Jego nudne życie po tragicznym końcu rozwinęło się w wachlarz barwnych opowieści, z których każdą powtarzano w mieście jeszcze przez wiele lat.

Pośmiertną sławą nieszczęśnika zainteresował się też zamorski gość, który pojawił się tego dnia na targowisku. W ogólnym zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi na dziwną kobietę w męskim stroju, która przez całe popołudnie krążyła pomiędzy straganami, wypytując ludzi i strażników o szczegóły sprawy. Potem odwiedziła też żonę Klucznika i rozmawiała z nią długo, tłumacząc coś cierpliwie.