Выбрать главу

Nastąpiły długie, skomplikowane gusła, podczas których Hasim, spowity dymem z kaganków, kreślił nad płytą dziwne wzory. Potem przyniósł misę wypełnioną parującym proszkiem i ustawił ją po drugiej stronie. Cały czas recytując coś po anatozyjsku, przyłożył do misy kaganek.

Huknęło. Oślepiające światło wezbrało w misie, rozjaśniając całe wnętrze. Ołtarz rzucił na podłogę szeroki cień. Nie był to jednak zwykły cień, tylko plama idealnej czerni, pochłaniająca światło tak doskonale, że Holbranver poczuł na plecach ciarki.

– Idźcie – rzekł Hasim, stawiając dużą klepsydrę. – Utrzymam skrót przez godzinę. Jeśli się spóźnicie, będziecie zdani na siebie.

Y’Barratora kiwnął głową i bez wahania wszedł na cień. Plama natychmiast wessała go bez najmniejszego dźwięku. Osunął się gdzieś pod podłogę, a Holbranver wybałuszył oczy.

– Szybciej, panie uczony! Im dłużej otwieram skrót, tym większy zostawiamy ślad! – warknął Hasim.

Holbranver przełknął ślinę, a potem postawił prawą stopę na cieniu, badając grunt. Myśl, że popełnił tym samym dziecinny błąd, pojawiła się dopiero, kiedy stracił pod stopą oparcie, zachwiał się i upadł twarzą prosto w ciemność. Jedna z rąk, którymi wymachiwał rozpaczliwie w powietrzu, uderzyła o krawędź cienia, tłukąc się boleśnie na kamiennej posadzce.

Holbranver pokoziołkował z ustami wypełnionymi czymś lepkim, gęstym, pozbawionym smaku. Jego oczy zasnuła ciemność.

XVI

Holbranver i Arahon Y’Barratora znaleźli się w drugim świecie. W cieńprzestrzeni.

Wiem, że prości ludzie od zawsze wyobrażają sobie cieńprzestrzeń jako odwrócony obraz własnego świata – myślą, że to kraina podobna do naszej, z tą różnicą, że zamiast ludzi po ulicach, wzgórzach i polach chodzą cienie, opromieniane z góry przez czarne słońce, rzucające na ziemię obrazy prawdziwych osób. Oczywiście podobne uproszczenie nie może być dalsze od prawdy. W końcu dlaczego cienie miałyby żyć wśród cieńpól pszenicy, rzek i lasów, skoro nic z tych rzeczy nie jest w stanie ich posilić, napoić ani użyczyć im miejsca do odpoczynku? Skoro ich domena ma być dokładną odwrotnością porządku jasnego świata, to dlaczego miałyby rzucać ślady w kształcie plam światła, a nie żywych istot, co zgodnie z odwróconą logiką powinny były czynić?

W rzeczywistości cieńprzestrzeń różni się od jasnej przestrzeni tym, że jest niezwykle głęboka, choć jednocześnie niewielka. Jeden z pierwszych cieńmistrzów, Sina, porównał ją do ogromnej płachty czarnego muślinu, złożonej stukrotnie, aż stworzy nieduży, lecz wysoki prostokąt.

Świat jasny jest płaski, rozległy. Całe dnie trzeba podróżować z Serivy do Branvii, choć dzielącą je odległość na niektórych mapach można przykryć paznokciem. Tymczasem cieńprzestrzeń przypomina bardziej jeziorko w jaskini pod korzeniami gór: małe, ale głębokie, ciągnące się aż do czarnych trzewi ziemi. Paradoksalnie – czego zwykli ludzie wyobrazić sobie nie potrafią – cieńprzestrzeń, mimo niewielkich rozmiarów i tego, że doświadczony cieńmistrz może przejść ją z jednego krańca na drugi w ledwie dwa dni, rozciąga się pod całym jasnym światem.

Jej otwarcie przez Anatozyjczyków zmieniło na zawsze transport, architekturę, sposób przesyłania listów i wieści, wojnę, politykę. Nagle okazało się, że portowe magazyny można budować w głębi lądu, bo akurat tych sto mil po jasnej stronie liczyło tylko kilkaset kroków w cieńprzestrzeni. Niepozorne wrota w posiadłości mogły prowadzić do zakopanych pod nią komnat, dokąd nie wiodły żadne schody. Nagle powstały cieńtuby do przesyłania wiadomości i cieństrzelby, skuteczniejsze od kusz oraz łuków, wypierające proch.

Oczywiście wszystko to było zaledwie najprostszym możliwym zastosowaniem krain cienia, bo wykorzystywało je tylko w dwóch wymiarach i opierało się na tunelach między punktami w cieńprzestrzeni i w świecie jasnym. A tymczasem po drugiej stronie najważniejszym wymiarem była cieńbokość.

Każda warstwa cieńprzestrzeni była bowiem zupełnie nową krainą, na różne sposoby połączoną z jasnym światem. Każdy cień po naszej stronie stanowił natomiast jeden z milionów haczyków, którymi cieńbokości trzymały się jasnego świata. Każda cieńbokość miała te haczyki inaczej ułożone.

Gdy opadało się na niższe poziomy, świat cienia stawał się coraz odleglejszy od ludzkich wyobrażeń, coraz trudniejszy, obcy.

Głęboka cieńprzestrzeń była całkowicie nieprzystosowana dla istot światła. Poniżej cieńbokości durghir ludzie dusili się i dławili, tracili wzrok, tak że nie widzieli już nawet lampki we własnej dłoni. Na cieńbokości ashrug nie dało się iść. Nie istniało coś takiego jak twarde podłoże pod nogami, była tylko gęsta zupa cieni w różnych stanach skupienia – od tego odpowiadającego wodzie po sprężystą galaretę, w której co chwila o ciała intruzów ocierały się niewidoczne stworzenia. Głębiej, na cieńbokości kedesh, zmysły ludzkie szalały. Osoby bez odpowiedniego przygotowania i władzy nad cieniami ginęły tam, zmiażdżone lub rozerwane na strzępy, gotowały się we własnej skórze.

Dalej mapy cieńprzestrzeni były już pełne białych plam. Kilku cieńmistrzów zapuściło się tak głeboko, ale mieli spore trudności z opisaniem tego, co zastali. Według ich eksperymentów, w których zginęło wielu anatozyjskich skazańców, istniało jeszcze jedenaście cieńbokości. Na ostatnich widać już było wyraźnie czarne antysłońce, świecące z samego dna cieńprzestrzeni. Garstka osób, które je widziały, nie potrafiła powiedzieć, jak odróżniła jego czarne promienie od całkowitego mroku wokół.

Wszyscy utrzymywali jednak, że były nieznośnie oślepiające.

Na czterech ostatnich cieńbokościach żyły istoty cienia – obdarzone inteligencją, złowrogie przeciwieństwa ludzi.

I tak dochodziło się do cieńbokości bahmut, wypalonej niewiarygodnym gorącem, gdzie istniało już tylko antysłońce, któremu można było spojrzeć prosto w oblicze odarte ze wszystkich zasłon. Ponoć tylko jedna osoba dotarła tak głęboko. Była to Hebanowa Pani – ale podróż zmieniła ją tak bardzo, że trudno było powiedzieć, czy gdy stanęła pod antysłońcem, była jeszcze w ogóle człowiekiem.

Zwykli mistrzowie nigdy nie tunelowali poniżej ashrug, ale granice między warstwami bywały płynne. Cieńprzestrzeń miała swoje wiry i pływy. Wzór, który otwierał jedną cieńbokość, następnego dnia mógł w tym samym miejscu otworzyć cieńbokość dużo niższą.

Jak mawiał sławny Sina: wbijając igłę w zwinięty stukrotnie materiał, trudno zgadnąć, do której dokładnie warstwy się przebijemy.

Z tego powodu istniały Żebra. Uniosły i podtrzymały stropy górnych cieńbokości. Dzięki nim stały się one szerokie, bezpieczne, łatwe do otwarcia. Mogli się w nich poruszać zwyczajni ludzie. W żargonie uczonych Żebra prowadziły powolną solaformizację drugiego świata.

Oczywiście istoty cienia nie były zachwycone tym, że istoty światła wdarły się do ich domeny, że budowały w niej konstrukcje z zimnego kamienia. Zwróciły się więc przeciwko nim.

Pierwsza Wojna Cieni trwała cztery lata, ale w Vastylii mało kto ją pamiętał poza siwymi kronikarzami. Wybuchła daleko za morzem, w Karakum, kiedy anatozyjski sułtan Selim Wielki postanowił zapisać się w historii budowlą, jakiej nikt wcześniej nie próbował nawet wymyślić. Zapragnął wznieść latarnię morską wewnątrz cieńprzestrzeni, znaną później jako Żebro Południa.

Pewnej nocy (jeśli dzień lub noc mają znaczenie po drugiej stronie), niecały miesiąc od rozpoczęcia budowy, na robotników i garstkę chroniących ich cieńmistrzów nagle zwaliły się hordy czarnych zmiennokształtnych istot z samego dna mrocznego świata.