Książę widocznie nie miał tak dobrego słuchu. Jak gdyby nigdy nic zmierzał do drzwi.
– Współlokatorzy mają obsesję na punkcie łamania kołem, ale poza tym powinno ci się podobać – rzekł, po czym pchnął wrota, które otworzyły się ze skrzypnięciem.
Przed sobą zobaczyłem mały hol, z którego odchodził wysoki korytarz o łukowym sklepieniu. Przy ścianach stały regały pełne zwojów i ksiąg.
Zmierzaliśmy do archiwum inkwizycji.
Przez wąskie okna w korytarzu różowe światło wieczoru padało na karmazynowy dywan, na którym leżały trupy, porozrzucane jak szmaciane lalki. W tym morzu krwistego blasku dopiero po chwili spostrzegliśmy prawdziwą krew, sączącą się spod ciał na posadzkę.
– To niemożliwe – wymamrotał Książę.
Podzielałem jego zdumienie. Inkwizycja istniała nieprzerwanie od niemal dwustu lat. Nigdy żaden władca ani ród nie podniósł na nią ręki. Trafiały się naturalnie tajemnicze zniknięcia lub zgony poszczególnych inkwizytorów, ale coś takiego?
Na naszych oczach porządek Serivy został przewrócony. Dzisiejszy dzień miał przejść do historii.
Uklękłem przy jednym z trupów. Jego szyja przebita była czystym, wyprowadzonym z boku pchnięciem. Taka rana nie mogła zostać zadana w zwykłym pojedynku. Niepokoiło mnie również to, że nie widziałem innych ciał: wokół leżeli tylko inkwizytorzy oraz ich straż w czarnych wamsach.
Przeszedłem się po dywanie w nadziei, że znajdę ślady napastników. Być może towarzysze zabrali ich po walce – w takim wypadku tu i ówdzie powinny zostać plamy krwi.
Nic takiego jednak nie znalazłem. Zaczęło we mnie kiełkować niepokojące podejrzenie.
Książę tymczasem sprawdzał klingi poległych.
– Nie mieli szans – rzekł w końcu.
– Hm?
– Żaden nie ma krwi na ostrzu. Jak to możliwe?
– Atakowano ich z cienia.
Czarny kiwnął głową.
– Spójrz na tego. Leży na twarzy, postrzelony w plecy, a za sobą ma ciemny kąt. Nie mógł go zabić żaden normalny strzelec. A ci tutaj? Strzały padły wyraźnie z góry. Trafienia w barki oraz obojczyk, idące ku dołowi. Kula wychodzi pod żebrem.
Czarny z niepokojem rozejrzał się po zacienionych kątach pomieszczenia. Wyciągnął zza pasa pistolet.
– Ktokolwiek tu był, pewnie już zniknął – uspokoiłem go. – Ciała leżą tu już jakiś czas. Zdążyły ostygnąć. Wiesz, o co może chodzić?
Skinął głową i poprowadził mnie na koniec głównego korytarza, skąd skręciliśmy w kolejny. Po drodze mijaliśmy otwarte drzwi do pomieszczeń pełnych regałów z księgami, pulpitów, stojaków na zwoje. Wszędzie widziałem boazerie i forniry z egzotycznego drewna, pozłacane świeczniki, anatozyjskie dywany.
Inkwizycja nie należała do biednych organizacji, a ten budynek miał dla niej wielkie znaczenie.
Po drodze naliczyłem osiemnaście ciał. Pięć należało do osób, które nie nosiły na piersiach znaku Wiecznego Światła – byli to dwaj skrybowie, odźwierny i dwie służące; wszystkich zamordowano, by nie rozpoznali napastników.
Dotarliśmy do końca korytarza. Przed nami znajdowały się wysokie, uchylone nieco drzwi. Książę pchnął jedno skrzydło. Przed nami pojawił się gabinet z kominkiem, obrazami holbranvskich mistrzów na ścianach oraz wielkim globusem zawieszonym wewnątrz drewnianych pierścieni. Zachodzące słońce wdzierało się przez szpary między zasłonami. W jego promieniach porozrzucane wszędzie papiery wyglądały jak śnięte ryby, błyszczące białymi brzuchami na karmazynowym morzu dywanu.
Pomiędzy nimi leżał wysoki mężczyzna o siwiejących włosach, rozciągnięty twarzą do ziemi, z szeroko rozpostartymi ramionami.
– Piekło i demony! – krzyknął Czarny, a potem podbiegł i odwrócił go na plecy. – To nie może być prawda…
Stałem nad eklezjarchą Andreosem.
Trudno mi było się smucić, widząc tego człowieka pod sekretarzykiem, przy którym podpisał tyle wyroków śmierci. Jedno wszelako nie dawało mi spokoju.
Jego twarz zastygła w wyrazie zwierzęcego strachu.
Książę przeszukał szybko ciało. Ściągnął z szyi eklezjarchy jakiś kluczyk, schował go do kieszeni, a potem wymacał śmiertelną ranę. Sztylet przebił serce.
– Bywał tu raz na dwa albo trzy dni – rzekł. – Przychodził sprawdzić raporty, porozmawiać z ludźmi z wywiadu. Ktokolwiek to zrobił, musiał dobrze znać jego rozkład zajęć.
Klęknąłem obok, badając ślady odciśnięte wokół ciała.
– Gdyby chcieli zabić tylko eklezjarchę, mogli to zrobić w jego prywatnych komnatach. Nie, ktoś chciał wyeliminować całe kierownictwo inkwizycji…
Rozejrzałem się jeszcze raz po pokoju, a potem wskazałem skrzyneczkę. Leżała otwarta w cieniu regału, pod masywnym sejfem, spoglądając na nas trzema rzędami czarnych oczek. Obok niej znajdowały się kolec z drewnianą rączką i pusta fiolka po truciźnie.
Czarny chwycił za sygnet. Dopiero po chwili zrozumiał i spojrzał mi w oczy.
– Wygląda na to, że zawdzięczam ci życie – powiedział wolno. – Po tym jak Andreos nadał sygnał, zniszczyłeś połączenie, prawda?
– Powiedzmy, że wolałem uniezależnić cię od eklezjarchy.
Książę westchnął, ściągnął pierścień i rzucił go obok trupa.
– Jedno mnie dziwi. Skoro chcieli zniszczyć inkwizycję, powinni też podpalić archiwum – rzekł. – To przecież najlepszy sposób. Unicestwić wszystko, nad czym pracowali śledczy. Zatrzeć ślady.
Tknęło mnie niemiłe przeczucie.
– Chyba że… – zacząłem.
Przerwało mi falowanie cieńprzestrzeni. Skoczyłem w stronę Księcia, chwyciłem go wpół i obaliłem na podłogę. Z cienia pod nawisem kominka wyskoczyła sylwetka błyszcząca jak mosiężny żuk. Puginał dźgnął w pustkę.
Zerwałem się na równe nogi, kierując rapier w stronę przeciwnika. On też zwrócił się w moją stronę. Na twarzy miał gogle o czarnych szybkach. Widziałem już takie – blokowały światło antysłońca na dużych cieńbokościach. To oraz metalowy kirys i pokryte dziwnymi mechanizmami rękawice nie pozostawiały wątpliwości.
– Ty… – wysyczał łowca, bo również mnie poznał.
Był to mężczyzna, który zabił Hasima w podwodnej pracowni.
Nie wiedziałem, jakim cudem uszedł z życiem. Trudno zbudować dobry cieńskrót w całkowitym mroku, gdy zalewa cię lodowata woda.
Jemu najwyraźniej się udało.
Sądząc po nienawiści, z jaką na mnie patrzył – jego towarzyszce już nie.
– Jak ci się podobała kąpiel w morzu? – spytałem, przyjmując ulubioną pozycję szermierczą Arahona.
– Zginiesz, psie – odparł krótko, po czym wyciągnął w moją stronę prawicę.
Dałem nura w cieńprzestrzeń, pozostawiając po jasnej stronie ciało, z którym łączyła mnie teraz tylko cienka, rozciągnięta nić.
Świat natychmiast zwolnił, a ja poczułem się jak ryba wrzucona z powrotem do wody. Tuż obok zobaczyłem skrót wylotowy broni. Szybkim ruchem go zakłóciłem.
Niemal w tym samym momencie po jasnej stronie zabójca przycisnął spust, ukryty we wnętrzu dłoni.
Szczęknęły sprężynki, kula runęła w cieńprzestrzeń. I przepadła.
Zabójca nie miał czasu się zdziwić, bo Czarny wyrwał zza pasa swój pistolet i wypalił. Napastnik uskoczył i rozpłynął się w cieniu regału.
Zamarliśmy w bezruchu, a ja wsłuchiwałem się w drżenie cieni, próbując odkryć, w którym miejscu wytuneluje się łowca.
Wyskoczył spod sekretarzyka – prosto na moją szpadę.
Błyskawicznym zwrotem uniknął ostrza. Był bardzo szybki. Wiedział już, że wyskakiwanie z cienia może go przy nas drogo kosztować, podjął więc zwykłą walkę, trzymając rapier nad głową jak kolec skorpiona.