Выбрать главу

Moje ciało było jeszcze słabe i niezdarne. Dlatego postanowiłem je zignorować i skupić się na cieniu oraz jego ruchach. Wiedziałem, że ciało podąży za nim jak niewolnik. Jako czarna plama rzucona na podłogę walczyłem zatem z cieniem rzucanym przez napastnika.

Przeciwnik był dobrze wyszkolony, miał nienaganną postawę i pracę nóg. Wyprowadzał ciosy szybko, sprawnie, w stylu, który mógłbym określić jako mieszankę szpady florenteńskiej z zimno skalkulowanymi manewrami anatozyjskich zabójców.

W pewnym sensie było to imponujące. Cieńmistrzowie musieli wprawiać się w manipulowaniu cieniem przez całe życie, dlatego niewielu potrafiło cokolwiek innego. Mój przeciwnik był równie niezwykły jak stary alchemik będący jednocześnie wirtuozem gry na pianoli albo genialny malarz wygrywający wszystkie konkursy strzeleckie.

Zrozumiałem, dlaczego Legion tak się go obawiała. Nawet ona nie poradziłaby sobie jednocześnie z dwojgiem takich wrogów.

Ale teraz mężczyzna był sam. Ja natomiast miałem w głowie wspomnienia dwóch genialnych szermierzy. Arahon ćwiczył od ósmego roku życia, kiedy ojciec podarował mu pierwszy treningowy floret. Kalhira złączyła się z kilkoma największymi zabijakami znad Morza Sargassowego. Dodatkowo u mojego boku stał Czarny Książę, Jacobo D’Erzahn, legenda szpady i jeden z mistrzów stylu florentyńskiego.

Wymieniając wściekle ciosy, przełamaliśmy w końcu inicjatywę łowcy i zmusiliśmy go do odwrotu, uderzając na przemian tak szybko, że żaden zwyczajny człowiek nie zdołałby sparować tej nawałnicy ciosów.

Po szczególnie groźnym pchnięciu przeciwnik odskoczył i pobiegł w stronę ściany. W duchu gwizdnąłem ze zdumienia, widząc, jak w biegu, na przestrzeni tylko kilku kroków, stworzył przed sobą skrót.

Skoczył w niego niczym cyrkowiec przez płonącą obręcz i zniknął nam z oczu.

– Szybko, na środek! – krzyknąłem do Księcia.

Stanęliśmy pośrodku dywanu, z dala od wszystkich cieni.

– Kto to? Spotkałeś go wcześniej?

– Chyba utopiłem mu przyjaciółkę – odparłem, wodząc naokoło rapierem.

Tym razem łowca dał nura na taką cieńbokość, że nie zdradzały go już żadne zmarszczki. Mógł uderzyć dosłownie z każdej strony – wiedziałem, że będę miał tylko chwilę, by się na to przygotować.

Spadł z góry, z ciemnego kasetonu. Nie zapowiedział go żaden dźwięk. Poczułem tylko nagłe uderzenie w plecy, które posłało mnie na podłogę. Gdy przeturlałem się twarzą do góry, zobaczyłem ostrze zmierzające prosto ku moim oczom.

Przetoczyłem się ponownie, unikając pchnięcia. Kątem oka zauważyłem, że Książę także został powalony na ziemię i teraz niezdarnie się z niej gramoli.

Skoczyłem na równe nogi. Zwarłem się z zabójcą, nasze rapiery skrzyżowały się w górze. Łowca jednak rąbnął mnie czołem w nos. Zamroczony bólem, na ślepo sparowałem następny atak. Znów sczepiliśmy ostrza, przepychając się nawzajem jak wściekłe byki.

Wtedy mój nadgarstek przypomniał sobie manewr, który Arahon ćwiczył często ze swoimi uczniami. Przesunąłem klingę pod ostrze wroga, a potem szarpnąłem w górę gwałtownym ruchem, wykręcając jednocześnie dłoń.

Udało mi się rozbroić przeciwnika. Jego szpada poleciała w kąt, ale w tym samym momencie mężczyzna kopnął mnie w brzuch i posłał na ścianę.

Nim doszedłem do siebie, zabójca był już przy Jacobo D’Erzahnie. Chwycił go za poły koszuli i pchnął na regał. Uniosłem się na kolana. Moje ciało było jak marionetka, która nagle zaczęła ważyć tyle, ile posąg z ołowiu.

Łowca wyciągnął sztylet, Czarny próbował się wyrwać. Bezskutecznie.

Byłem za daleko, żeby dobiec na czas.

Odwróciłem się do ściany.

Miałem tylko jedną szansę.

Łowca przyłożył ofierze nóż do gardła. Uśmiechnął się, pokazując garnitur zębów, sinych od jakichś alchemicznych mieszanek.

Dźgnąłem ścianę całą siłą ramienia.

Ostrze rapiera weszło w skrót, który na niej otworzyłem. A potem wystrzeliło z czarnej plamy po drugiej stronie pokoju, spomiędzy książek stojących na regale, tuż powyżej ramienia Czarnego.

Rapier wbił się pod obojczykiem zabójcy i zatrzymał na łopatce, wyginając się nieco, zgrzytnąwszy na kości. Przez skrót dostrzegłem, jak łowca wytrzeszcza oczy z bólu.

Książę skorzystał z okazji. Rąbnął wroga pięścią w nos, poprawił w splot słoneczny i odepchnął barkiem.

Wycofałem ostrze. Dymiło, bo skrót, który stworzyłem w pośpiechu, musiał prowadzić przez wielką cieńbokość.

Książę tymczasem wyszarpnął zza pasa własny sztylet.

– Nie! – krzyknąłem i zerwałem się do biegu.

Nim wróg się pozbierał, wpadłem na niego, wykręciłem mu do tyłu ramię, a potem nadziałem go na rapier.

I zrobiłem coś, co zaskoczyło nawet mnie, nie mówiąc o Księciu, który aż krzyknął.

Trzymając przed sobą nawleczonego na ostrze zabójcę, rzuciłem się w stronę okna i jedną dłonią zerwałem zasłonę.

Pomarańczowe światło zalało wnętrze.

Na czerwonym dywanie nasze cienie się połączyły.

* * *

Najpierw poczułem przeszywający ból w barku i brzuchu, jakby ktoś przebił mnie ostrzem z lodowymi haczykami, a teraz piłował nim w jedną i drugą stronę. Jakby wrząca smoła rozlała mi się po wnętrznościach.

Potem, przez tętniącą zasłonę bólu, zaczęły się sączyć myśli, słowa, obrazy.

Nienawiść do szermierza, który wyskoczył ze skrótu w pracowni Hasima. Do mnie. Poczucie znaczenia misji. Radość z udanych łowów; z tego, że najpotężniejszy człowiek Serivy zginął z mojej ręki. Rana zawiedzionej miłości. Kobieca twarz, na którą nałożyła się twarz Iorandy.

Spadałem coraz głębiej.

Imię: Gert. Zlizane ogniem pola Brunszwii. Dłoń ojca, który przyjmuje złoto od anatozyjskiego handlarza ludźmi. Krzyczące brodate oblicza, kije, rozrywający ból i ślina na karku. Lata ciężkich ćwiczeń, które zlały się w jedno z ćwiczeniami Arahona. Złote kopuły pałacu kalifa. Przerażone oczy kolejnych właścicieli, które rozcinam powoli czubkiem noża, patrząc, jak wypływa z nich przejrzysta galareta.

To wszystko trwało za długo. Wiedziałem, że nie mogę pozwolić, by mój umysł do końca stopił się z umysłem łowcy.

Wciąż w złączeniu, ledwie czując własne kończyny, puściłem rękojeść rapiera i wyciągnąłem lewak zza mojego-jego pasa. Przyłożyłem go do moich-jego pleców – miałem je przed sobą, ale poczułem jednocześnie ukłucie z tyłu.

Coś w myślach próbowało mnie powstrzymać, zacisnąłem tylko jednak moje-jego zęby, zacisnąłem zęby nawet jako cień, co było absurdalnym wrażeniem, bo ich przecież nie miałem. A potem wbiłem lewak w plecy wroga-swoje, ku górze, ku jego-mojemu sercu.

Ciało rozdęły mi lodowate prądy. Połączenie z umysłem, który w chwili śmierci zatrzepotał jak przyszpilony motyl, było ponad moje siły.

Pociemniało.

Straciłem przytomność.

Następne, co pamiętam, to jak na czworakach pośrodku dywanu i wymiotuję, wciąż czując rozdzierający ból.

Gdy torsje się skończyły, spojrzałem w bok, pod okno, gdzie moja ofiara leżała powyginana jak lalka.

Zabiłem siebie. Nienawidziłem się.

Potrząsnąłem głową, przepędziłem to uczucie i podniosłem wzrok tylko po to, by zobaczyć lufę pistoletu celującego mi w czoło.

– Jak się nazywasz? – spytał Czarny.

– Daj spokój, przecież…

– Jak się nazywasz?! Liczę do dziesięciu, a potem strzelam ci w łeb.