– Nazywałem się… Arahon… Caranza Martenez Y’Grenata Y’Barratora.
– Gdzie się urodziłeś?
– Sarancha.
– Co robiłeś w roku sześćset dwudziestym szóstym, w miesiącu deszczy?
– Walczyłem na froncie. W Brunszwii.
– Bitwa pod Riazano. Gdzie byłeś?
– Dekowałem się na tyłach, grając w karty z królem jegomością. – Skrzywiłem się, ale pistolet dalej mierzył we mnie, dodałem więc szybko: – Lewe skrzydło, chorągiew diuka Montenaro.
– Jaki masz cel? Co pragniesz zrobić?
– Dorwać skurwysyna, który zabił D’Larna i porwał Iorandę.
Książę odetchnął. Schował broń, a potem podał mi rękę.
– Jesteś szalony – rzekł. – Stracić część duszy, wpuścić do siebie takiego drania, takiego mordercę! I po co?
– Bo sam nic by nie powiedział, nawet na torturach. A ja mam dość tego, że wróg jest zawsze o krok przed nami, że za każdym razem nas wyprzedza. Musimy przyspieszyć.
– Nie bałeś się? Jak się czujesz? Dużo go… zostało?
Wzruszyłem ramionami, jakby to nie było nic wielkiego. Ale w rzeczywistości wiedziałem dobrze, że się przeliczyłem. Miałem nadzieję, że osłabiony bólem, konający umysł nie stawi oporu. Zamierzałem wydrzeć jego tajemnice bez wysiłku. Jednak pamięć zabójcy, która mnie zalała, była żywa, wyraźna jak miasto w słoneczny dzień. Pozostałem cały tylko dlatego, że pomiędzy nim a sobą miałem jeszcze pośrednika – nowe ciało, które nie było do końca człowiekiem.
Zachowałem jednak własny cel i wspomnienia o ostatnich wypadkach. Wydawało się, że nie skaził mnie głęboko.
Przynajmniej taką miałem nadzieję.
– Masz chociaż to, po co się z nim łączyłeś? – spytał Książę, chowając szpadę.
To było dobre pytanie, ale nie byłem pewny odpowiedzi.
Gdy próbowałem przypomnieć sobie, co robiłem na przykład trzy dni temu, stawały mi przed oczyma wspomnienia moje, tak sądzę, podszyte tylko zamazanymi, niewyraźnymi przebiciami wspomnień łowcy. Gdy starałem się myśleć tylko o nim i jego życiu, wizje robiły się wyraźniejsze, ale jednocześnie pozbawione sensu, chronologii – jak obrazy przelatujące pod powiekami konającego.
Wiedziałem, że zabójca nazywał się Gert Schuschnigg i że szkolony był od dziecka w Anatozji. Gdy odzyskał wolność, mieszkał i pracował w Koppendamie razem ze swoją partnerką, która ukończyła tę samą szkołę zabójców. Tylko ich dwoje z niemal trzydzieściorga dzieci dożyło do końca treningu. Kobieta miała na imię Hense. Nigdy mu się nie oddała, na co skrycie liczył.
Z Koppendamu ściągnął go tajemniczy list z zaliczką i obietnicą dużo większych pieniędzy, stanowisk, tytułów.
Potem robiło się mętnie.
Jedyne, co pamiętałem wyraźniej, to uczucie straszliwej frustracji, które pojawiało się, gdy patrzyłem na Serivę z tarasów Zamkowego Wzgórza, wiedząc, że gdzieś tam jest mój cel. W zasięgu wzroku, a jednak ukryty.
Było też potwornie jasne światło i uczucie strachu. Jakaś dziwna twarz, gorejąca jak słońce. I druga, tym razem znajoma. Detrano. Jego rozkazy, podpisywane zdecydowanym ruchem ręki. Pouczenia. Grube pakiety z informacjami, które zdobywał od swoich donosicieli i przekazywał Gertowi-mnie.
Opowiedziałem o tym wszystkim Czarnemu.
Nie wyjawiłem mu jednak drugiego powodu, który pchnął mnie do połączenia się z Gertem. Chciałem wiedzieć, jak manipulował cieńprzestrzenią tak prędko i tak lekko. W jaki sposób przemieszczał się pomiędzy jasnym a ciemnym światem niczym ryba między nurtami tej samej rzeki.
To chyba Kalhira podpowiedziała mi taką metodę nauki.
W każdym razie już to wiedziałem. I zamierzałem tę wiedzę wykorzystać.
Gdy wychodziliśmy na tyły budynku, mój towarzysz spytał:
– Jak to zrobiłeś? Chodzi mi o ten cios rapierem przez pół pokoju. Arahon nie znał się w ogóle na cieńprzestrzeni.
– Ale ja nie jestem Arahonem, Książę. Pochodzę z cienia i cienie nie mają przede mną tajemnic.
Czarny poluźnił kołnierz i zakaszlał.
– Myślisz, że to on ich wszystkich zabił?
– Wątpię – odparłem. – Po pierwsze, musiałby to zrobić prawie w tym samym momencie. Po drugie, trupy miały rany od różnych rodzajów broni – pistoletów, cieństrzelb, różnych ostrzy. Ten tutaj nie miał aż tak dużego arsenału. Po trzecie, miał ryj jak świnia, ale chyba nie przeraziłby Andreosa śmiertelnie. Ktoś musiał z nim być. Ktoś potężniejszy.
– Nic nie pamiętasz? No, wiesz, skoro się złączyliście…
– Jego najświeższe wspomnienia nie są czytelne. Widziałem światło, bardzo jasne. Wiem, że Gert się bał. Tyle.
– Światło i cień pracujące razem – mruknął Książę. – Takich jak on… jest więcej?
– Nie wiem – odparłem. – Zgaduję, że dowiemy się tego wkrótce.
Spojrzał na mnie pytająco.
– Trudno ocenić, czego dowiedzieli się z papierów eklezjarchy – wyjaśniłem. – Ale może dzięki nim dotrą do ciebie albo do mnie. Nie możemy czekać, trzeba kontratakować. Jutro zaczyna się święto Juarhad. W pałacu i w całym mieście będzie wiele osób w maskach. Wykorzystamy to. Przejdziemy się do Detrana.
VII
Gdy słońce schowało się wreszcie w morzu, odprowadzone przez tysiące niecierpliwych spojrzeń, w mieście wybuchły pierwsze petardy z czarnego prochu. Ich huk spłynął z zatłoczonych uliczek, odbił się od zatoki i powrócił echem. Potem, jedna po drugiej, zapaliły się latarnie. Świetliste sylwetki szkieletów, zamaskowanych dam i kawalerów pojawiły się na murach i ścianach domów, tańcząc w korowodzie do rytmu skocznej muzyki.
Rozpoczęło się święto Juarhad, najbardziej szalona noc Serivy.
Miasto wiedziało już o śmierci eklezjarchy i niemal wszystkich inkwizytorów. Od świtu wszyscy o tym rozmawiali, a gwardia dwoiła się i troiła, próbując odszukać sprawców. W bazylice płaczki kołysały się przy złotej trumnie Andreosa. Jednak dla większości mieszkańców Serivy był to kolejny powód do świętowania. Kościół ogłosił żałobę, ale nie było już przecież nikogo, kto mógłby jej pilnować.
Muzyka grzmiała jeszcze głośniej niż zwykle, rozbrzmiewała z każdej strony, w każdym szynku, na każdym placu. Uliczne kapele w złoconych maskach i brokatowych strojach wyroiły się jak szczury, zupełnie jakby pod miastem ciągnęły się groty wypełnione po brzegi muzykantami, którzy czekali na tę jedną jedyną noc w roku, gdy wolno im wyjść na powierzchnię.
Zamaskowane damy dawały się porywać do tańca obcym mężczyznom. Odpychały z perlistym śmiechem tych, którzy ściskali je za gorsy i próbowali wsadzić im dłonie pod spódnice, nieświadomi, że jeszcze za wcześnie, że na to przyjdzie czas po północy.
Ludzie porzucili własne imiona i życia. Nic, co działo się w święto Juarhad, nie obciążało ich sumienia. Mogli szaleć, wygłupiać się, pić na umór.
Ja również włożyłem maskę, ale nie po to, by się bawić – tylko żeby zabijać.
Wraz z Czarnym Księciem siedziałem na parterze domu, który wynajął on po przybyciu do miasta. Za oknem ulica huczała od ludzkich głosów. Powyżej, nad linią dachów, widniał masyw Zamkowego Wzgórza, na którym zapalały się kolejne lampiony: chmura świetlików zawieszonych ponad Serivą.
Wkrótce miał się rozpocząć królewski bal.
Planowaliśmy w nim uczestniczyć, dlatego za dnia Książę zszedł pół miasta, by kupić dla nas dworskie stroje. Nie pasowały idealnie, ale były na tyle wytworne, że mogliśmy w nich uchodzić za synów któregoś granda.
Musiałem zmienić koszulę i szermiercze skórzane portki na jedwabne pludry, kaftan oraz koszulę z żabotem. Wysokie skórzane buty zastąpiłem trzewikami ze srebrną klamrą. Gdybym był Arahonem, spaliłbym się ze wstydu, ale dla mnie, jego cienia, wszystkie stroje ludzi wyglądały równie zabawnie.