Po chwili wyczułem, że każdy ruch kończy się lekkim szarpnięciem. Do moich uszu doszło trzeszczenie lin. Byłem na statku, zacumowanym gdzieś przy brzegu. Czy to galera, której bezskutecznie szukaliśmy z Księciem? Morski Wąż?
Z trudem przekręciłem się, by zobaczyć rozmówcę.
Legion.
Siedziała na stołku obok pryczy. Jej krótkie włosy błyszczały w wąskim klinie światła. Zmarszczki wokół ust uniosły się w szyderczym uśmiechu.
Dopiero teraz, widząc jej stalowe oczy, przypomniałem sobie, że widziałem je niedawno.
– Byłaś… na balu – rzekłem. – Tańczyłaś ze mną.
– Owszem. W przeciwieństwie do ciebie i tego grubego pajaca nie lubimy uderzać w ciemno. Wolimy wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Byliśmy w pałacu właśnie po to. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy. Wtedy pojawiliście się wy. Myśleliśmy, że jedna śmierć czegoś cię nauczyła, Arahonie Y’Barratoro.
– Nie wiedziałem, co nas czeka.
– Naprawdę? Może gdybyście ruszyli głową i wypytali wcześniej służbę albo dworzan, usłyszelibyście, że od miesięcy nikomu nie wolno wchodzić nocą do wschodniego skrzydła. Z kolei od osób mieszkających poniżej Placu Bramnego mogliście się dowiedzieć o dziwnych nocnych światłach w pałacu. O wielkiej jasnej sylwetce, która objawiła się raz na tarasie. Było wiele wskazówek, Arahonie Y’Barratoro. Przegapiliście wszystkie, podkopując swoje i moje szanse. Teraz on wie, że ktoś go zobaczył. Będzie ostrożniejszy. Przyspieszy swój plan. To bardzo źle nam wróży. A jeszcze gorzej tobie.
– On, czyli kto?
Wzruszyła ramionami.
– Nie zamierzamy mówić nic więcej.
– Dlaczego?
– Szkoda naszego języka. Bo widzisz: planujemy zabić cię tu i teraz.
Sztylet, którym czyściła sobie paznokcie podczas rozmowy, zmienił zastosowanie. Wstała ze stołka, podeszła i przyłożyła mi go do szyi.
– Przykro mi z powodu twojej córki – powiedziałem cicho, uważając, żeby ostrze nie przedziurawiło mi grdyki. – Nie chciałem z nią walczyć, próbowałem ją przekonać… nie dało się. Zaatakowała pierwsza.
– Ciii… – szepnęła Legion, rysując ostrzem po mojej szyi. – Nie jesteś w stanie powiedzieć niczego, co by ci pomogło. My, mieszkańcy Patry, żyjemy według obyczajów starych jak skały naszej wyspy. Krew bliskiej osoby musi być zmyta krwią. Nawet gdyby napadła cię w ciemnej uliczce i próbowała zabić dla sakiewki. Nawet gdybyś bronił przed nią domu. Prawa Patry są niezmienne, a marynarze krzywo patrzą, gdy łamie je ktoś ze starszyzny.
– Dziwię się, że wasza wysepka przetrwała tak długo z równie niepraktycznymi prawami – wydusiłem.
Skrzywiła usta. Jeśli chciałem ją rozwścieczyć, tak by zakłuła mnie jednym ruchem, radziłem sobie całkiem nieźle.
– Wiesz przecież, że nie jestem już Arahonem – spróbowałem od innej strony. – On zginął na alei Fuerrera. Ale znałem sztuczki patryjskich cieńmistrzów od momentu, gdy połączyłem się z cieniem Kalhiry. Stworzyłem… surogat. Zastępstwo ciała, które pozwoliło mi zostać na tym świecie. Nie jestem Arahonem, jestem jego cieniem, Yrahonem. Co wasze stare prawa mówią o karaniu cienia za winy właściciela?
– Każda żywa istota składa się z dwóch połówek, które żyją jednocześnie po ciemnej i jasnej stronie. Stanowiłeś z Arahonem jedną osobę, a po odłączeniu zostało go w tobie dużo. Nawet za dużo, sądząc po tym, jak się odszczekujesz.
– W porządku, mam w sobie trochę Arahona, ale mam też trochę Kalhiry. Wiesz już przecież, że złączyłem się z nią na chwilę przed jej śmiercią. Jeśli gdzieś na świecie został choć ślad po twojej córce, to jest on właśnie we mnie.
Twarz Legionu stężała jak porcelanowa maska, zmrużyła oczy.
Wiedziałem, że muszę wyprowadzić celny, silny cios, póki jest zmieszana.
– Nie tylko z nią się połączyłem – dodałem. – Jeden z pary zabójców, których ścigałaś, przeżył. Uciekł z zalanej pracowni. Najbardziej zaufany sługa Wroga. Wpadłem na niego z Czarnym zaraz po śmierci Andreosa. Złączyłem się z nim, wbijając mu jednocześnie rapier w plecy. Zajrzałem do jego wspomnień.
Otworzyła szeroko oczy. Wygrywałem.
– I co tam zobaczyłeś? – spytała.
– Umierał, jego wspomnienia wirowały jak woda na dnie dziurawego wiadra. Ale kto wie, co z nich się przyda? Potrzebujesz mnie. Znam teraz Wroga. Znam pałac i Serivę. Można mi ufać. A poza tym jestem dużo lepszym szermierzem niż ty.
Zaśmiała się.
– Masz rację, Arahonie, Yrahonie, czy jak tam chcesz się nazywać. Potrzebujemy sojusznika, nawet takiego przeklętego drania jak ty…
Zamilkła na chwilę, jakby ważyła różne opcje.
– Albo nie. Wiesz co? Jednak cię zabijemy.
Syknąwszy mi w twarz te słowa, przycisnęła znowu sztylet do mojej szyi. I tak trwała nade mną, sycąc się moją osłupiałą miną.
Wreszcie wybuchła śmiechem. Dwa złote punkty w rzędzie jej równych białych zębów zalśniły jak oczy egzotycznego kota.
– Myślisz, że jesteś sprytny? – powiedziała. – Że uratowałeś życie gładkim językiem? Nie, Arahonie Y’Barratoro. Chcieliśmy tylko, byś wyjawił wszystko i przyznał, kim do diabła jesteś. Nie zabilibyśmy cię, nie teraz.
Szarpnąłem się. Nie lubiłem, gdy tak się ze mną pogrywało.
– Zawrzemy układ – powiedziała. – Nie zabijemy cię, a ty będziesz nam wiernie służył. O, przepraszam. Wiemy, że w Serivie nie możemy liczyć na wierność, a tutejsi dumni mężczyźni nigdy nie służą kobiecie. Powiedzmy zatem, że zostaniemy partnerami, jak w anatozyjskiej spółce. Tyle że my będziemy posiadać sześć dziesiątych udziałów.
– Zgoda – odparłem. – Zwrócimy Serivie króla. A potem rozejdziemy się każde w swoją stronę.
W półmroku jej zęby zalśniły po raz drugi.
– Nie, Arahonie, Yrahonie, czy jak tam chcesz się nazywać. Będziemy pracować razem, ale tylko pod jednym warunkiem. Gdy to wszystko się skończy, w miejscu i czasie wybranym przez nas stoczymy pojedynek. Na śmierć i życie, bez litości. Zabiłeś naszą córkę, a krew wymaga krwi. To co mówiliśmy, nie było żartem. Zgoda?
Gdy Legion rozplątała więzy, uścisnęliśmy sobie dłonie, mocno, po męsku.
– A teraz – powiedziała na koniec – pewnie będziesz chciał z kimś porozmawiać.
Podniósłszy się z koi, rozmasowywałem obolałe ramiona. Nim byłem w stanie zapytać, o kogo chodzi, Legion już stała przy drzwiach. Otworzyła je na oścież i rzekła:
– Nie myślałeś chyba, że pozwolimy ci dalej trzymać tę biedną damę w przekonaniu, że umarłeś? Jesteśmy kobietą, nie znosimy takiego skurwysyństwa.
Do wnętrza kajuty weszła donna Ioranda.
Jęknąłem. Tak oto obie kobiety, które spośród wszystkich na świecie najmniej chciałem spotkać, znalazły się ze mną w jednym małym pomieszczeniu.
Zaraz potem Ioranda podeszła, szeleszcząc niebieską suknią, i uderzyła mnie w twarz tak mocno, że upadłem z powrotem na koję.
Zapadał wieczór. Małe łódki wracały do portu, wioząc ładunek makreli, halibutów i tuńczyków. Rybacy o brązowych, pomarszczonych twarzach nawoływali się ponad wodami zatoki, która w wieczornej flaucie przypominała wielkie lustro.
Patrzyłem na to wszystko z pokładu Morskiego Węża, oparty o stary reling. W zamyśleniu odłupywałem od drewna płatki farby i osadu z soli.
Obok stała Ioranda. Patrzyła bez słowa w wodę i próbowała zrozumieć wszystko, co właśnie skończyłem jej opowiadać.
– Miałam nadzieję… – powiedziała. – Kiedy cię zobaczyłam, myślałam, że jakimś cudem przeżyłeś.