Выбрать главу

— Byli bardzo uprzejmi. Już wcześniej ich odwiedzano. Znali procedurę kontaktu. Sami nie wyruszyli w kosmos. Nie są zainteresowani. Znali kilka języków. Malcondotto mógł się z nimi porozumiewać. Miał zdolność językowe. Znał jakiś dialekt siriański. Rozumieli. Był serdeczni, a jednak dalecy… obcy. Zabrali nas. Sufit, na którym wyrastały jakieś istoty. Nie proste gatunki ani termoluminescencyjne porosty. Ze sklepionego sufitu wyrastały istoty posiadające kręgosłup.

Pojemniki z jakąś fermentującą masą, w których również rosły żywe istoty. Małe, różowe, rozwidlone istoty o ruchomych odnóżach.

— Dziwne miejsce, ale nie wrogie. Oglądali nas, opukiwali.

Rozmawialiśmy. Prowadziliśmy obserwacje Po pewnym czasie zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy uwięzieni.

Oczy Elise zwilgotniały. Wpatrywała się w usta Burrisa i wsłuchiwała w jego słowa.

— Bez wątpienia rozwinięta kultura naukowa. Może nawet postnaukowa. Z pewnością postindustrialna.

Malcondotto był zdania, że korzystają z energii żywej, ale nie byliśmy pewni. Po trzech czy czterech dniach nie mieliśmy już możliwości sprawdzić. Nagle zrozumiał, że jej to wcale nie interesowało. Prawie nie słuchała. Po co zatem przyszła? Czemu się wypytywała? Te wydarzenia, które stały się istotą jego a powinny również i ją interesować. A jednak stała skupiona, wpatrzona w niego, jak gdyby nie słysząc. Chociaż musiała słyszeć. I tak ciągnął dalej starzec, żeglarz o jasnych oczach.

— Szóstego dnia przyszli i zabrali Marco. Odruch zainteresowania. Szczelina w gładkiej powierzchni zmysłowej uprzejmości.

— Nigdy nie zobaczyliśmy go żywego. Wyczuliśmy, że zrobią z nim coś złego. Marco wyczuł to pierwszy. Zawsze miał takie zdolności.

— Tak, trochę.

— Opuścił nas. Malcondotto i ja zastanawialiśmy się. Minęło parę dni i przyszli po Malcondotto. Marco nie wrócił. Malcondotto rozmawiał z nimi, zanim go zabrali. Dowiedział się, że przeprowadzali z Marco jakieś eksperymenty zakończone niepowodzeniem. Zakopali go, nam nie pokazując. Potem zabrali się do Malcondotto. Zauważył, że znowu nie słuchała. Po prostu jej to nie obchodzi. Niewielki przejaw zainteresowania, kiedy opowiadałem o śmierci Marco, a później nic. Przecież musi słyszeć.

— Minęły dni. Przyszli po mnie. Pokazali mi Malcondotto martwego. Wyglądał… no… tak jak ja teraz. Inaczej. Gorzej. Nie mogłem zrozumieć, co do mnie mówią. Syczenie, trzeszczenie, terkotanie. Jaki dźwięk wydałyby kaktusy, gdyby mogły mówić? Odprowadzili mnie i pozwolili czekać jeszcze przez pewien czas. Myślę, że analizowali swoje dwa poprzednie eksperynty, usiłując stwierdzić, gdzie popełnili błąd i które plany należy pozostawić w spokoju. Wydawało mi się, że czekanie na ich powrót trwało milion lat. Przyszli. Położyli mnie na stole. Resztę możesz zobaczyć sama.

— Kocham cię — powiedziała.

— ?

— Chcę cię, Minner, ja płonę!

— Wracałem samotnie. Wsadzili mnie na statek. Mogłem go obsługiwać. Dokonali rehabilitacji. Wyruszyłem w kierunku naszego systemu. To była zła podróż.

— Ale wróciłeś na Ziemię…

Jak to się stało, że wyszedłeś z piekła? Nie, to jest piekło i wciąż jestem w nim.

— Wróciłem. Spotkałbym się z tobą, Elise, zaraz po powrocie, ale musisz zrozumieć, że nie wszystko ode mnie zależało. Najpierw zatrzymali mnie. Później wypuścili i ukryłem się. Musisz mi wybaczyć.

— Wybaczam ci. Kocham cię.

— Elise…

Dotknęła czegoś przy szyi. Łańcuchy polimerów utrzymujących jej strój utraciły swoją spoistość. Jego czarne strzępki leżały u jej stóp. Stała przed nim naga.

Tyle ciała. Wibrujące życiem. Gorąco buchające odeń oszałamiało.

— Elise…

— Chodź i dotknij mnie. Dotknij mnie tym swoim dziwnym ciałem. Tymi rękami. Chcę poczuć, jak dotykają mnie te wijące się macki, które masz na rękach.

Miała szerokie ramiona. Jej piersi tkwiły mocno, jak gdyby podparte całym jej atletycznym ciałem. Biodra, jakby należały do samej matki Ziemi, uda kurtyzany. Była niezmiernie blisko i aż zadrżał od buchającego od niej żaru. Potem cofnęła się, żeby mógł ją całą zobaczyć.

— To nie jest w porządku, Elise.

— Przecież cię kocham. Nie czujesz siły mojej miłości?

— Tak. Tak.

— Jesteś wszystkim, co mam. Marco odszedł. Ty widziałeś go ostatni. Jesteś jedynym ogniwem, które mnie z nim łączy. Jesteś taki… Jesteś Heleną — pomyślał.

— … piękny.

— Piękny? Czy jestem piękny?

Chalk to powiedział. Duncan Korpulentny. Wiele kobiet padnie ci do stóp… groteskowość pociąga.

— Elise, proszę, ubierz się.

W jej łagodnych, ciepłych oczach pojawił się nagle gniew.

— Nie jesteś chory! Jesteś dość silny!

— Może.

— Odmawiasz mi? — wskazała gestem na jego ciało. — Te potwory nie zniszczyły cię. Ciągle jesteś… mężczyzną.

— Może.

— A zatem…

— Elise, tyle przeżyłem…

— A ja nie?

— Straciłaś męża. To się często zdarza. Mnie przydano się coś zupełnie nowego. Nie chcę…

— Boisz się?

— Nie.

— To pokaż mi swoje ciało. Zdejmij szlafrok. Łóżko czeka.

Zawahał się. Z pewnością znała jego tajemnicę. Pożądał jej od lat. Nie należy jednak zabawiać się z żonami przyjaciół. Ona należała do Marco. Teraz Marco nie żył. Elise wpatrywała się w niego prawie omdlewając z pożądania, a równocześnie spięta z gniewu. To Helena. Rzuciła się na niego. Jej piersi drżały w intymnym kontakcie, twardy brzuch przylegał doń ciasno, ręce obejmowały go wokół ramion. Była wysoka. Dostrzegł błysk jej zębów. Całowała go, pochłaniała jego usta ustami mimo ich twardości.

Jej usta wysysają mą duszę: spójrzcie dokąd ulatuje. Jego ręce dotknęły atłasowej gładkości jej pleców. Paznokcie zagłębiły się w jej ciało. Małe macki wiły się zataczając niewielkie koła. Popychała go do tyłu do łóżka, jak modliszka chwytająca samca. Heleno, oddaj mi moją duszę.

Upadli razem. Pot poprzyklejał jej czarne włosy do policzków.

Piersi jej chwiały się. Chwyciła za jego szlafrok. Są kobiety, które poszukują garbusów, mężczyzn, którzy przeżyli amputację, sparaliżowanych, kulawych, chorych. Elise poszukiwała jego. Opanował go gorący przypływ pożądania. Jego szlafrok opadł i ich nagie ciała przywarły do siebie.

Pozwolił jej oglądać się. Była to próba, której, miał nadzieję, nie wytrzyma. Jednak przetrzymała. Widok ten jeszcze bardziej rozpalił w niej płomień. Widział, jak jej nozdrza rozszerzają się, jak skóra zabarwia się rumieńcem. Był jej niewolnikiem, jej ofiarą. Zwyciężyła. Ale on też coś z tego będzie miał. Odwrócił się do niej, ujął za ramiona, położył na materacu i przykrył ją sobą. To był jej prawdziwy triumf, triumf kobiecy, przegrana w momencie zwycięstwa, poddanie się w ostatniej chwili. Jej uda objęły go. Jego zbyt gładkie ciało chłonęło jej jedwabistość. Nagłym, gwałtownym wybuchem demonicznej energii posiadł ją i wdarł się do wnętrza.

Rozdział 13

Różanopalca jutrzenka

Tom Nikolaides wszedł do pokoju. Dziewczyna nie spała już i wyglądała przez okno do ogrodu. Nikolaides przyniósł w doniczce mały, brzydki kaktus, bardziej szary niż zielony i uzbrojony w groźne kolce.

— Czy czujesz się lepiej?

— Tak, znacznie lepiej. Czy pojadę już do domu?

— Jeszcze nie. Czy wiesz, kto ja jestem?