— A tam…
— …są istoty, które cię chwytają i przemieniaj. Lono. To jest właśnie kosmos.
— To straszne!
— Ja też tak myślę. Nie wzmacniaj moich przekonań.
— Nie rozumiem.
— Strasznie się nad sobą rozczulałem — powiedzie Burris. — Gdybyś mi dała szansę, napełniłbym twe uszy mnóstwem złych wiadomości. Powiedziałbym ci, że według mnie to nie w porządku, że tak ze mną postąpił Gadałbym o niesprawiedliwości ślepego wszechświata. Nagadałbym mnóstwo głupstw.
— Przecież masz prawo być rozżalony. Przecież ni chciałeś zrobić im nic złego. Wzięli cię po prostu i…
— Tak.
— To nie było w porządku!
— Wiem, Lona. Powtarzałem to już wielokrotni i sobie, i każdemu, kto chciał mnie słuchać. To jest właściwie jedyna rzecz, o jakiej myślę i mówię. W te sposób przeżyłem drugą transformację. Z człowiek w potwora, a następnie z potwora w ucieleśnienie niesprawiedliwości.
Wyglądała na zagubioną. Nie rozumie mnie — pomyślał.
— Chodzi mi o to — powiedział — że dopuściłem do tego, że to, co się ze mną stało, stało się mną. Stałem się rzeczą, towarem, wydarzeniem moralnym. Inni mężczyźni mają ambicje, pragnienia, dokonania, osiągnięcia. Ja mam swoje okaleczenia i to mnie pożera. Pożerało. Chcę się z tego wyrwać.
— Chcesz mi powiedzieć, że wolisz nie rozmawiał o tym, co się z tobą stało? — spytała Lona.
— Coś w tym rodzaju.
Skinęła głową. Zobaczył, że nozdrza jej się rozdymają, a usta drżą z ożywienia. W końcu wykwitł na nich uśmiech.
— Wiesz, puł… Minner, ze mną dzieje się coś podobno. Chodzi mi o to, że jest się ofiarą i tak dalej. Rozżalałam się nad sobą. Ze mną także zrobili coś złego i od chwili ciągle do tego wracam, myślę o tym i złoszczę i albo czuję się chora. A naprawdę, to powinnam o tym wszystkim zapomnieć i zająć się czymś innym.
— Tak.
— Ale nie mogę. Zamiast tego usiłuję popełnić samobójstwo, bo uznaję, że już tego nie mogę wytrzymać. Spuściła oczy.
— Czy ty… czy ty kiedykolwiek próbowałeś…
— Zabić się? Po tym wszystkim? Nie. Nie, Lono. Po prostu rozmyślam o tym. To takie powolne samobójstwo.
— Powinniśmy zawrzeć umowę — powiedziała. — zamiast rozczulać się, ty nad sobą i ja nad sobą, zamieńmy się. Mnie będzie żal ciebie, a tobie mnie. Opowiemy sobie nawzajem, jak świat nas źle potraktował, ale nie będziemy mówić o sobie. Zdaje się, że wszystko zamotałam, ale rozumiesz, o co mi chodzi?
— Towarzystwo wzajemnego współczucia. Ofiary wszechświata łączcie się! — zaśmiał się. — Tak, rozumiem. To dobry pomysł, Lono! To jest właśnie to, czego potrzebujemy, czego ty potrzebujesz.
— I ty.
Wyglądała na zadowoloną z siebie. Uśmiechała się od ucha do ucha i Burris wydawał się zaskoczony zmianą, która w niej zaszła, gdy blask zadowolenia rozjaśnił jej twarz. Zdawało się, że nabierała sił i godności. Nawet kobiecości. Przez chwilę nie była tak wychudzona i patetyczna. Wkrótce jednak blask przygasł i znowu stała się małą dziewczynką.
— Czy lubisz grać w karty?
— Tak.
— Umiesz grać w dziesięć planet?
— A nauczysz mnie?
— Przyniosę karty.
Wybiegła z pokoju. Szlafrok powiewał wokół je szczupłego ciała. Wróciła po chwili z talią lśniących kar i usiadła obok niego na łóżku. Bystre oczy Burrisa wpatrywały się w nią w chwili, gdy środkowy zaczep jej koszuli stracił na chwilę swe własności magnetyczne. Przez mgnienie oka widział jej małą, twardą pierś. Poprawiła jednak zaraz zapięcie. Jeszcze nie jest w pełni kobietą — pomyślał Burris — ale i nie jest już dzieckiem Przypomniał sobie jednak zaraz: jest przecież matką setki dzieci.
— Nigdy nie grałeś w tę grę?
— Chyba nie.
— To całkiem proste. Rozdaje się po dziesięć kart…
Rozdział 16
Sowa zmarzła mimo piór
Stali obok siebie przy przezroczystej ścianie szpitalnej elektrowni i zaglądali do środka. Wewnątrz coś ognistego wiło się i obracało, pobierając energię z największego pylonu i przekazując ją do stacji transformatorów. Burris wyjaśniał jej, w jaki sposób energia jest przekazywana bezprzewodowo. Lona usiłowała słuchać, i nie bardzo ją to obchodziło. Trudno skoncentrować na czymś takim, co jest tak bardzo oddalone od przyziemnej rzeczywistości, szczególnie, gdy on stał obok.
— To duża różnica w porównaniu z dawniejszym systemem — mówił Burris. — Cały kraj pokrywały linie wysokiego napięcia. Mówiło się nawet o podniesieniu napięcia do półtora miliona…
— Wiesz tyle rzeczy. Kiedy zdążyłeś nauczyć się tego wszystkiego o elektryczności, jeżeli miałeś zostać astronautą?
— Jestem już strasznie stary.
— Założyłabym się, że nie masz nawet osiemdziesiąt lat — Żartowała, ale on zdawał się tego nie rozumieć. Jego twarz skrzywiła się na swój śmieszny sposób. Wargi, (jeżeli można było je wciąż nazywać wargami) rozdęły się na zewnątrz ku policzkom.
— Mam czterdzieści lat — powiedział martwo. — Myślę, że dla ciebie czterdzieści lat to już niedaleko do osiemdziesiątki.
— Niezupełnie.
— Chodźmy do ogrodu.
— Tyle tam tych kolczastych rzeczy!
— Nie lubisz ich.
— Nie, nie, nie — zaprzeczyła gwałtownie.
Lubi kaktusy — myślała. — Nie wolno mi krytykować rzeczy, które lubi. Potrzebuje kogoś, kto będzie lubił te same rzeczy, co on. Nawet jeśli nie są zbyt piękne.
Poszli w kierunku ogrodu. Było południe. Błąd słońce rysowało ostre cienie na twardej, suchej ziem Lonę przebiegł dreszcz. Narzuciła płaszcz na szlafrok szpitalny, ale mimo to na pustyni odczuwała zimno. Burris był lekko ubrany, ale wydawało się, że nie czuje chłodu. Lona zastanawiała się, czy jego nowe ciało posiada możliwości dostosowywania się do temperatury, jak wąż. Nie pytała jednak. Starała się nie rozmawiać z nim o jego ciele. Im więcej się nad tym zastanawiali tym większą miała pewność, że w czasie chłodów węże gdzieś się kryły i zasypiały. Dała temu wreszcie spokój Opowiadał jej dużo o kaktusach. Chodzili tam i z powrotem po ogrodzie, alejkami wśród kolczastych roślin. Nigdzie nie dostrzegła liścia ani nawet pączka. Nigdzie nie widziała kwiatów. Burris twierdził jednak, że pączki są. Ten będzie miał w czerwcu piękny, czerwony owoc, podobny do jabłka. Z tego robi się cukierki. Ze wszystkiego, i z kolców? Nie, z kolców nie! — zaśmiał się. Oni też się śmiała. Chciała wziąć go za rękę. Jakie to byłoby uczucie wyczuć palcami tę dodatkową rzecz? Spodziewała się, że będzie się go lękać. Dziwne, ale nie odczuwała strachu.
Burris wskazał nagle na zamazany kształt, unoszący się nad jednym z groźniej wyglądających kaktusów.
— Popatrz tam!
— Duża ćma?
— Nie, koliber. Musiał się zgubić. Burris ruszył naprzód, wyraźnie podniecony. Lona zauważyła, że macki na jego dłoniach zaczęły poruszać się koliście. Jak to często miało miejsce, kiedy przestawał się kontrolować. Ukląkł przyglądając się ptaszkowi. Patrzyła na jego profil, obserwując silną szczękę, skórę piętą jak na bębenku w miejscu, w którym powinno być ucho. Następnie, wiedząc iż chciałby, żeby to zrobiła, zaczęła obserwować ptaka. Spostrzegła maleńkie ciałko długi, cienki dziób. Ptaszek był otoczony, jakby szarą chmurką.
— Czy to są skrzydła? — spytała.
— Tak. Porusza nimi bardzo szybko. Nie możesz zobaczyć skrzydeł, prawda?