Выбрать главу

— Widzicie Hawaje? — zapytał Chalk. — A tam, na skraju globu, widać Chiny. Wielki Mur. Odbudowaliśmy jego dużą część. Widać go. Biegnie w głąb lądu tuż ponad tą zatoką. Przebiega na północ od Pekinu, o w tamtych górach, środkowej części brak. To ta część, która przecinała pustynię Ordos. Ten odcinek jednak nie przedstawiał większej wartości. Był to wał ziemny. Dalej jednak w Sinkiangu… o, właśnie już go widać. Mamy kilka ośrodków wzdłuż Muru. Wkrótce otworzymy nowy po stronie mongolskiej. Pałac Rozkoszy Kubilaja — zaśmiał się Chalk — ale w żadnym przypadku nie będzie majestatyczny.

Chalk zauważył, że trzymali się za ręce. Skoncentrował się na analizowaniu ich uczuć. Jeszcze nic ciekawego. Z dziewczyny emanowało łagodne, niespójne zadowolenie, jak gdyby matczyne. Ale rozwinie się. A u Burrisa? Prawie nic, jak dotąd. Był zrelaksowany bardziej niż kiedykolwiek. Burris lubił tę dziewczynę.

Wyraźnie bawiła go. Przyjemnie mu było, że zwracała na niego uwagę. Nie żywił jednak do niej żadnych silniejszych uczuć. Chyba nie miał o niej zbyt pochlebnej pinii. Ona wkrótce się w nim zakocha. Chalk uważał, że o uczucie nie będzie raczej odwzajemnione. Ta różnica potencjałów może spowodować interesujący przepływ prądu. Powstał jakby termoelement. No, zobaczymy!

Statek mknął na zachód nad Chinami, nad Kansu, nad starym jedwabnym szlakiem.

— Słyszałem, że jutro wyruszacie w podróż — posiedział Chalk.

— Mówił mi Nick.

— Tak, cały program jest już ułożony — powiedział Burris.

— Nie mogę się już doczekać! Jestem strasznie podniecona! — wykrzyknęła Lona.

Ten dziewczęcy okrzyk wprawił Burrisa w zakłopotane. Chalk dobrze rozumiejący ich zmieniające się nastroje, odebrał chwilę poirytowania i przełknął ją łapczywie. Wybuch uczucia był gwałtowny i rozdarł gładką zasłonę. Ciemna, poszarpana krecha na perłowoszarej gładzi. To początek — pomyślał Chalk. Tak, to początek!

— To będzie wyprawa! Miliardy ludzi dobrze wam życzą.

Rozdział 18

Wystawa zabawek

Gdy tylko człowiek znalazł się w rękach Duncana Chalka, to rzeczywiście mógł poruszać się szybko. Agenci Chalka przewieźli ich bezpośrednio ze szpitala do prywatnego portu kosmicznego, a następnie, po locie dookoła świata, dostarczono ich wygodnie do hotelu. Był to najwspanialszy hotel na Półkuli Zachodniej. Oszałamiało to Lonę, a u Burrisa wywoływało niejasny niepokój.

Wchodząc do holu Burris poślizgnął się na posadzce. Zdarzało mu się to coraz częściej, od kiedy zaczął pojawiać się publicznie. Nigdy właściwie nie nauczył się używać swoich nóg. Jego kolana były skomplikowanymi urządzeniami opartymi na zasadzie kuli i panewek, działającymi prawie bez tarcia. Niespodziewanie jednak przestawały go podpierać. Tak właśnie stało się i teraz. Odniósł wrażenie, że lewa noga rozpada się i zaczął osuwać się na gruby, żółty dywan.

Czujne hotelowe roboty skoczyły mu na pomoc. Aoudad, którego refleks nie był tak szybki jak refleks robotów, usiłował go schwycić zbyt późno. Lona była jednak najbliżej. Przygięła kolana i podparła go ramieniem, podczas gdy Burris walczył o zachowanie równowagi. Zaskoczyła go jej siła. Podtrzymała go, dopóki nie nadbiegli inni.

— Czy wszystko w porządku? — zapytała bez tchu.

— Mniej więcej.

Poruszył nogą w tył i w przód, dopóki nie upewnił się, że kolano wskoczyło na swoje miejsce. Poczuł palący ból w udzie i w biodrze.

— Jesteś silna. Przytrzymałaś mnie.

— To wszystko wydarzyło się tak szybko. Nawet nie wiedziałam, co robię. Zareagowałam i już.

— Jestem przecież ciężki.

Aoudad podtrzymywał go za ramię. Powoli zdał sobie sprawę z tego, co robi, i puścił go.

— Dasz sobie radę sam? Co się stało? — zapytał.

— Przez chwilę zapomniałem, jak działają moje nogi — wyjaśnił Burris.

Ból prawie go oślepiał, ale opanował się i wziąwszy Lonę za rękę, poprowadził wszystkich w kierunku zespołu grawitronów. Nikolaides załatwiał formalności związane z rejestracją. Spędzą tu dwa dni. Aoudad wszedł z nimi do najbliższego szybu windowego i pojechali na górę.

— Osiemdziesiąt dwa — powiedział Aoudad do tablicy kontrolnej w windzie.

— Czy to duży pokój? — spytała Lona.

— To apartament — powiedział Aoudad. — Mnóstwo pokoi.

Pokojów było siedem. Kilka sypialni, kuchnia, pokój wypoczynkowy i sala konferencyjna, w której mieli później spotkać się z przedstawicielami prasy. Na cichą prośbę Burrisa Lona otrzymała sąsiednią sypialnię. Nie doszło jeszcze między nimi do zbliżenia fizycznego. Burris wiedział, że im dłużej będzie czekać, tym będzie trudniej w przyszłości. A jednak się wstrzymywał. Nie był w stanie ocenić głębi jej uczucia, a miał również poważne wątpliwości odnośnie własnych.

Chalk nie szczędził wydatków, żeby zapewnić im wygodne pomieszczenie. Apartament urządzono bogato, udekorowano draperiami pochodzącymi z innych planet i pulsującym wewnętrznym światłem. Ornamenty z włókna szklanego wydawały słodkie dźwięki przy podgrzaniu dłonią. Kosztowały majątek. Łóżko w jego pokoju było tak szerokie, że mogło pomieścić pułk wojska. W jej pokoju okrągłe łoże obracało się po dotknięciu przełącznika. Na sufitach sypialni rozmieszczono lustra. Można było nimi sterować tak, że układały się w ozdoby podobne do diamentów lub wyglądały jak potrzaskane odłamki. Przy odpowiednim ustawieniu dawały ostre, powiększone odbicie. Burris był pewien, że pokoje wyposażono i w inne sztuczki.

— Dzisiejsza kolacja zostanie podana w Sali Galaktycznej — oznajmił Aoudad. — Konferencja prasowa jutro o jedenastej. Po południu spotkanie z Chalkiem. Następnego dnia rano wyjeżdżacie na biegun.

— Świetnie — powiedział Burris.

— Czy chcesz, żeby lekarz obejrzał twoją nogę?

— To nie jest konieczne.

— Wracam za półtorej godziny i zabieram was na kolację.

Ubrania są w szafach.

Aoudad wyszedł.

Oczy Lony lśniły. Poruszała się jak w krainie czarów. Na Burrisie luksus nie wywierał większego wrażenia, choć lubił wygodę. Uśmiechnął się do niej. Jej rumieńce pogłębiły się. Mrugnął do niej.

— Rozejrzyjmy się jeszcze raz — mruknęła. Wędrowali po apartamencie. Jej pokój, jego, kuchnia. Dotknęła gałki programatora żywnościowego.

— Moglibyśmy zjeść tutaj — zaproponowała. — Może tak wolisz? Mamy tu wszystko, co potrzeba.

— Nie, pójdziemy do miasta.

— Dobrze.

Nie musiał się golić ani nawet myć. To zalety jego nowej skóry.

Lona była jednak zmuszona postępować jak człowiek. Zostawił ją w pokoju wpatrzoną w prysznic wibracyjny. Jego tablica kontrolna była niemal tak skomplikowana, jak sterownia statku kosmicznego. Niech się nim pobawi.

Obejrzał swoją szafę.

Wyposażyli go, jak gdyby miał być gwiazdą w trójwymiarowym dramacie. Na jednej z półek stało chyba ze dwadzieścia puszek odzieży natryskowej. Każda barwnie przedstawiała swoją zawartość. W tej był zielony smoking i lśniąca tunika przetykana purpurową nicią. W następnej jednoczęściowa luźna szata emanująca światło. Jeszcze w innej uroczysty, pawi strój z epoletami i poszerzaną klatką piersiową. Burris wolał jednak prostsze wzory i bardziej konwencjonalne tkaniny — len, bawełnę, tradycyjne materiały. Jego prywatne gusty nie liczyły się jednak w tym przedsięwzięciu. Gdyby miał pozostać przy swoich gustach, wciąż kryłby się w swoim zapuszczonym pokoju w Martlet Towers i rozmawiał ze swym własnym duchem. Przebywał jednak tutaj i z własnej woli odgrywał rolę marionetki pociąganej za sznurki przez Chalka. Musiał zatem wykonywać zaplanowane ruchy. To był jego czyściec. Wybrał epolety.