Выбрать главу

— Na zdrowie.

Zetknęli swoje naczynia w pozdrowieniu. Wypili.

Aperitif z Centaura łaskotał ją w język, był z lekka oleisty, delikatny, wyśmienity. Przebiegł ją dreszcz przyjemności. Po trzech szybkich łykach odstawiła miseczkę.

W szklance Burrisa żyjątka już nie było.

— Chciałabyś spróbować mojego? — spytał.

— Nie. Proszę…

Skinął głową.

— Zamówimy w takim razie kolację. Wybaczysz mi ten nietakt?

Dwa ciemnozielone sześciany o boku długości około czterech cali stały obok siebie na stole. Lona myślała, że stanowią po prostu ozdobę. Burris jednak popchnął jeden z nich w jej kierunku i zdała sobie sprawę, że to było menu. Gdy wzięła go do ręki, w głębi sześcianu zapłonęło światło i litery pojawiły się około cala nad gładką powierzchnią. Obracała sześcian w rękach. Zupy, mięsa, zakąski, desery… Nie rozpoznała żadnych nazw potraw.

— Minner, ja tu w ogóle nie powinnam była przyjść. Jadam zwyczajne rzeczy, a to wszystko jest tak wyszukane, że nie wiem od czego zacząć. Czy mam zamówić dla ciebie?

— Tak będzie lepiej. Ale tu nie ma potraw, na które naprawdę mam ochotę. Lubię mielony białkowy befsztyk i szklankę mleka.

— O tym zapomnij. Spróbuj coś bardziej niezwykłego.

— To takie sztuczne. Ja udająca smakosza.

— Niczego nie udawaj. Jedz i ciesz się smakiem. Mielony befsztyk białkowy nie jest jedynym daniem na świecie. Jego spokój docierał do niej, czuła go wyraźnie, ale nie wpłynęło to na poprawę jej nastroju. Zamówił dla obojga. Lona była dumna z jego znajomości rzeczy. Nie było nic nadzwyczajnego w umiejętności posługiwania się menu w takim lokalu, a jednak on tak wiele umiał. Złapała się na myśli: gdybym tylko poznała go, zanim… ale odepchnęła ją od siebie natychmiast. Trudno było wyobrazić sobie taki zbieg okoliczności, który mógłby doprowadzić do spotkania jej z Minnerem Burrisem, zanim uległ okaleczeniu. Nawet by na nią nie spojrzał. Musiał zajmować się takimi kobietami, jak ta zwariowana, stara Elise. Nadal go pożądała, ale teraz nie będzie go mieć. Jest mój — pomyślała Lona gniewnie. — Jest mój! Rzucili mi go, jak zepsuty przedmiot, ale ja pomogę go naprawić i nikt mi go nie zabierze.

— Czy zjesz i zupę, i zakąskę?

— Nie jestem właściwie głodna.

— Ale w każdym razie czegoś spróbuj.

— Tylko się zmarnuje.

— Nikt tu się nie przejmuje marnotrawstwem, a my i tak za to nie płacimy. Spróbuj.

Zaczęły pojawiać się potrawy. Każda stanowiła specjalność z jakiegoś odległego świata. Były albo importowane, albo stanowiły ich imitacje wykonane na Ziemi z niezwykłą umiejętnością. Szybko stół zapełnił się niezwykłościami. Talerze, miseczki, kubeczki zawierające przedziwne przysmaki pojawiały się w oszałamiającej obfitości. Burris podawał ich nazwy i wyjaśniał istotę potrawy. Była jednak zbyt oszołomiona, żeby to wszystko pojąć. Co to było, to płateczkowate, białe mięso? A ta przejrzysta zupa zasypana aromatycznym serem? A te złociste jagódki zalane miodem? Na Ziemi powstało tak wiele różnorodnych kuchni. Wybór potraw z całej galaktyki był tak oszałamiający, że zupełnie przytępił jej apetyt.

Jadła po troszeczku z każdej potrawy. Wszystko jej się myliło. Kęsek tego, łyczek tamtego. Bała się, że w kolejnym naczyniu, do którego zajrzy, będzie znowu pływało coś żywego. Najadła się na długo przedtem, nim dotarło do nich główne danie. Otrzymali dwa gatunki wina. Burris zmieszał je i zmieniły kolor. Turkusowy i rubinowy przemieszały się dając nieoczekiwany opalizujący efekt.

— Reakcja katalityczna — wyjaśnił — dbają tu także o estetykę, niezależnie od smaku. Mogła wypić jednak tylko mały łyczek. Zewsząd Dobiegał do niej szmer rozmów. Przez ponad godzinę. Udało jej się wyobrażać, że są sami. Teraz jednak zaczęła zdawać sobie sprawę z obecności innych gości. Patrzyli. Komentowali. Przemieszczali się między stolikami na swoich płytach antygrawitacyjnych. Widziałeś? Co o tym myślisz? Czarujące! Dziwaczne! Groteskowe!

— Minner, chodźmy stąd!

— Nie zjadłaś jeszcze deseru.

— Wiem. Nie mam ochoty.

— Likier z Procjona? Kawa Galaktyczna?

— Nie.

Zauważyła, że jego oczy otworzyły się na całą szerokość i wiedziała, że wyraz jej twarzy musiał go urazić. Było jej niedobrze.

Może zdawał sobie z tego sprawę?

— Pójdziemy. Wrócimy na deser kiedy indziej.

— Przykro mi — szepnęła — nie chciałam zepsuć tego wieczoru. Ale ta restauracja… Czuję się w niej nie na miejscu. Wszyscy się na nas gapią. Lepiej wróćmy do pokoju. Przywołał płytę antygrawitacyjną. Krzesło wypuściło ją z intymnego uchwytu. Wstając czuła, że nogi uginają się pod nią. Bała się zrobić krok, żeby się nie przewrócić. Dziwna ostrość widzenia pozwalała jej dostrzegać oderwane sceny. Otyła kobieta o kilku podbródkach, cała w klejnotach. Złotowłosa dziewczyna w przezroczystej sukience, niewiele starsza od niej, ale za to znacznie bardziej pewna siebie. Ogród wypełniony miniaturami, rozgałęzionymi drzewami dwa piętra niżej. Węże żywego światła rozwieszone w przestrzeni. Taca z trzema kuflami czegoś dziwnego, przecinająca powietrze. Lona zachwiała się. Burris podtrzymał ją i prawie przeniósł na płytę antygrawitacyjną, choć dla postronnego obserwatora nie wydawało się to tak oczywiste. Patrzyła z uporem przed siebie, gdy przekraczali przestrzeń dzielącą ich od wyjścia. Twarz jej była zaróżowiona i pokryta kropelkami potu. Wydawało jej się, że w żołądku odżyły te wszystkie obce istoty i pływały cierpliwie, kąpiąc się w sokach trawiennych. Udało jej się jakimś sposobem przekroczyć kryształowe drzwi wejściowe. Następnie w dół do holu pospiesznym szybem windowym. Znowu w górę innym szybem do pokoju. W głębi korytarza zauważyła Aoudada, kryjącego się szybko za kolumną.

Burris przyłożył dłoń do drzwi. Otworzyły się.

— Źle się czujesz? — zapytał.

— Nie wiem. Dobrze, że wyszliśmy stamtąd. Tu jest znacznie spokojniej. Zamknąłeś drzwi?

— Oczywiście. Czy mogę coś dla ciebie zrobić?

— Pozwól mi odpocząć. Chciałabym być sama przez kilka minut.

Zaprowadził ją do sypialni i usadowił na okrągłym łóżku. Wyszedł. Lona była zaskoczona tym, że tak szybko odzyskiwała równowagę po wyjściu z restauracji.

Pod koniec wydawało jej się, że nawet niebo stało się wielkim, podpatrującym ją okiem.

Uspokojona już nieco, wstała, zdecydowana odrzucić resztki obcego jej przepychu. Stanęła pod prysznicem wibracyjnym. Jej wspaniała sukienka natychmiast zniknęła. Od razu poczuła się mniejsza i młodsza. Naga szykowała się do łóżka.

Włączyła przyćmione światło. Powyłączała wszystkie górne lampy i wsunęła się pod kołdrę. Prześcieradła były chłodne i miłe w dotyku. Tablica kontrolująca ruch i układ łóżka tuż pod bokiem, ale zignorowała ją. Łagodnym głosem powiedziała do interkomu.

— Minner, czy możesz przyjść?

Wszedł od razu. Wciąż jeszcze ubrany w wyzywający rój, w którym jadł kolację. Występy w kształcie żeber były tak dziwaczne, że prawie eliminowały tę inną dziwność — dziwność jego ciała. Ta kolacja to prawdziwa klęska! — pomyślała. Ta restauracja. Taka rozświetlona, a była jak izba tortur. Ale można jeszcze ocalić resztki.

— Przytul mnie! — powiedziała cichutko. — Jestem ciąż roztrzęsiona.

Burris podszedł do niej. Usiadł obok, a ona uniosła się lekko, pozwalając, żeby prześcieradło zsunęło się i odsłoniło jej piersi. Wyciągnął do niej ręce, ale żebra jego kostiumu tworzyły twardą, nie dającą się pokonać przeszkodę uniemożliwiającą kontakt.