„Zawsze chciałam, żebyście umiały znaleźć się w towarzystwie, Ellie. Dzięki temu, jeśli spotkacie kogoś z bardzo dobrej rodziny, będziecie mogły zachować się naturalnie”.
Och, mamo, pomyślałam, kiedy wpuszczano mnie do budynku i kierowano do gabinetu Craiga Parshalla. Ściany wzdłuż korytarza były obwieszone portretami osób o posępnych twarzach i jak zdążyłam się zorientować, większość z nich przedstawiała dawnych dyrektorów szkoły.
W bezpośrednim zetknięciu Craig Parshall wywierał znacznie gorsze wrażenie, aniżeli sugerował to jego kulturalny głos. Był mężczyzną dobrze po pięćdziesiątce, który nadal nosił szkolny sygnet. Jego przerzedzone włosy wydawały się aż nazbyt starannie uczesane – w daremnej próbie ukrycia łysego placka na czubku głowy – a on sam nie potrafił ukryć zdenerwowania.
Miał wielki i bardzo elegancki gabinet, z wykładanymi boazerią ścianami, ciężkimi draperiami, perskim dywanem, dostatecznie wytartym, by nikt nie wątpił w jego autentyczność, wygodnymi skórzanymi fotelami i mahoniowym biurkiem, za które mój rozmówca wycofał się niezwłocznie, gdy tylko mnie przywitał.
– Jak mówiłem przez telefon, panno Cavanaugh… – zaczął.
– Panie Parshall, może byśmy nie marnowali nawzajem swojego czasu? – zasugerowałam, przerywając mu. – Jestem całkowicie świadoma nałożonych na pana ograniczeń i akceptuję je. Proszę po prostu odpowiedzieć na kilka pytań i pójdę sobie.
– Podam pani daty, kiedy Robson Westerfield…
– Wiem, kiedy się tu uczył. Była o tym mowa na jego procesie o morderstwo popełnione na mojej siostrze.
Parshall się skrzywił.
– Panie Parshall, rodzina Westerfieldów ma w życiu jeden cel, a tym celem jest oczyścić reputację Robsona Westerfielda, wznowić proces i doprowadzić do uniewinnienia tego człowieka. Aby osiągnąć ów cel, należy wmówić światu, że inny młody człowiek – który, mogę dodać, nie ma ani pieniędzy, ani intelektualnych zdolności, aby skutecznie się obronić – był winny śmierci mojej siostry. Moim zaś celem jest zadbać o to, aby tak się nie stało.
– Musi pani zrozumieć… – zaczął Parshall.
– Rozumiem, że nie mogę pana oficjalnie cytować. Ale pan może otworzyć dla mnie niektóre drzwi. A konkretnie, potrzebna mi jest lista uczniów, którzy byli w klasie z Robem Westerfieldem. Chcę wiedzieć, czy któryś z nich szczególnie się z nim przyjaźnił – lub, jeszcze lepiej, czy był ktoś, kto go nie znosił. Kto dzielił z nim pokój? I już zupełnie prywatnie – a kiedy mówię prywatnie, to właśnie mam na myśli – dlaczego został wyrzucony?
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu przez dłuższą chwilę i żadne z nas nie mrugało.
– Na swojej stronie internetowej mogę wspomnieć o ekskluzywnej szkole średniej Robsona Westerfielda i nie wymienić jej – powiedziałam – lub mogę ująć to tak: szkoła średnia Arbinger, alma mater Jego Królewskiej Wysokości następcy tronu belgijskiego księcia Gregory’ego, Jego Książęcej Wysokości…
Przerwał mi.
– Prywatnie?
– Absolutnie.
– Nie wymieni pani nazwy szkoły ani mojego nazwiska?
– Absolutnie.
Westchnął i prawie zrobiło mi się go żal.
– Czy zna pani cytat: „Nie ufaj książętom”, panno Cavanaugh?
– Jeśli chodzi o ścisłość, znam go – i to nie tylko w kontekście biblijnym, lecz także w wersji sparafrazowanej: „Nie ufaj dziennikarzom”.
– Czy to ostrzeżenie, panno Cavanaugh?
– Jeśli dziennikarz ma poczucie odpowiedzialności, odpowiedź brzmi: nie.
– Rozumiem przez to, że skoro mam pani zaufać, mogę polegać na pani dyskrecji. Prywatnie?
– Absolutnie.
– Jedyny powód, dla którego Robson Westerfield został tu przyjęty, był taki, że jego ojciec zgodził się przebudować laboratorium naukowe. I to bez rozgłosu, mogę dodać. Rob został przedstawiony jako kłopotliwy uczeń, który nigdy nie czuł się dobrze wśród rówieśników.
– Przez osiem lat chodził do Baldwina na Manhattanie – powiedziałam. – Czy sprawiał tam problemy?
– O żadnych nas nie poinformowano, z wyjątkiem może osobliwego braku aprobaty ze strony nauczycieli i wychowawców.
– A laboratorium naukowe wymagało przebudowy?
Parshall sprawiał wrażenie zasmuconego.
– Westerfield pochodzi ze znakomitej rodziny. Ma bardzo wysoki iloraz inteligencji.
– W porządku – odrzekłam. – Wracajmy do przykrej rzeczywistości. Co się działo, kiedy taki chłopak trafił do tego szacownego przybytku?
– Właśnie wtedy zacząłem tu uczyć, więc mogę służyć relacją z pierwszej ręki. Było tak źle, jak tylko można sobie wyobrazić – powiedział Parshall szczerze. – Przypuszczam, że zna pani definicję socjopaty? – Zamachał rękami w geście zniecierpliwienia. – Przepraszam. Jak nieustannie przypomina mi żona, moje belferskie nawyki bywają irytujące. Mówię o socjopacie jako o kimś, kto urodził się bez sumienia, kto gardzi zasadami współżycia lub jest w konflikcie z kodeksem społecznym tak jak go rozumiemy pani i ja. Robson Westerfield był wzorcowym przykładem tego rodzaju osobowości.
– A zatem mieliście z nim problemy od samego początku?
– Jak wielu jemu podobnych, jest przystojny i inteligentny. Jest również jedynym młodym przedstawicielem znakomitej rodziny. Jego dziadek i ojciec byli naszymi uczniami. Mieliśmy nadzieję, że zdołamy rozwinąć te dobre cechy, które w nim drzemały.
– Ludzie nie mówią wiele o jego ojcu, Vincencie Westerfieldzie. Jakim był uczniem?
– Sprawdziłem. Zaledwie przeciętnym. Nie to co dziadek, jak sądzę. Pearson Westerfield był senatorem.
– Dlaczego Rob Westerfield opuścił szkołę w połowie drugiej klasy?
– Doszło do poważnego incydentu spowodowanego tym, że nie dostał się do szkolnej drużyny piłki nożnej. Zaatakował innego ucznia. Rodzinę poszkodowanego udało się przekonać, by nie wnosiła skargi, a Westerfieldowie zapłacili wszystkie rachunki. Może nawet więcej – chociaż nie mogę przysiąc.
Uświadomiłam sobie, że Craig Parshall jest niebywale szczery. Powiedziałam mu to.
– Nie lubię, kiedy ktoś mi grozi, panno Cavanaugh.
– Grozi?
– Dziś rano, tuż przed pani przyjazdem, odebrałem telefon od niejakiego pana Hamiltona, prawnika, który reprezentuje rodzinę Westerfieldów. Ostrzegł mnie, że nie wolno udzielać żadnych negatywnych informacji na temat Robsona Westerfielda.
Działają bardzo szybko, pomyślałam.
– Mogę spytać, jakiego rodzaju informacji na temat Westerfielda, udzielił pan Jake’owi Bernowi?
– O osiągnięciach sportowych Westerfielda, niemałych zresztą. Robson był potężnie zbudowanym młodym człowiekiem; nawet w wieku trzynastu lat miał prawie metr osiemdziesiąt wzrostu. Grał w squasha, w tenisa i w piłkę nożną, należał też do kółka teatralnego. Powiedziałem temu dziennikarzowi, że był naprawdę uzdolnionym aktorem. Tego rodzaju informacji szukał. Wyciągnął ze mnie kilka cytatów, które w książce będą wyglądały bardzo korzystnie.
Mogłam sobie wyobrazić, jak Bern napisze rozdział o Robie w Arbinger. Zrobi z niego wszechstronnie uzdolnionego ucznia w szkole średniej, do której chodzili też jego ojciec i dziadek.
– Ale jak wyjaśni jego odejście z Arbinger?
– Zaliczył drugi semestr drugiej klasy za granicą, a potem postanowił zmienić szkołę.
– Zdaję sobie sprawę, że minęło prawie trzydzieści lat, lecz czy może mi pan dać listę jego dawnych kolegów?
– Nie dostała jej pani ode mnie, oczywiście.
– To zrozumiałe.
Kiedy wyjeżdżałam z Arbinger godzinę później, miałam listę uczniów, którzy chodzili do klasy z Robem Westerfieldem. Porównawszy ją z listą utrzymujących kontakt ze szkołą wychowanków, Parshall znalazł dziesięciu, mieszkających na obszarze od Massachusetts do Manhattanu. Jednym z nich był Christopher Cassidy, piłkarz, którego Rob Westerfield ciężko pobił. Miał teraz własną firmę i mieszkał w okolicy Bostonu.
– Chris dostawał stypendium – wyjaśnił Parshall. – A ponieważ jest wdzięczny, że mógł chodzić do tej szkoły, stał się jednym z naszych najhojniejszych sponsorów. Nie ma nic przeciwko temu, żeby do niego zadzwonić. Chris nigdy nie ukrywał swojego stosunku do Westerfielda. Ale znów, jeśli panią z nim umówię, będzie to musiało być poufne.
– Oczywiście.
Parshall odprowadził mnie do drzwi. Zaczęła się właśnie przerwa pomiędzy lekcjami i kiedy przebrzmiał cichy dźwięk dzwonka, korytarz wypełnił się małymi grupkami uczniów wychodzących z różnych klas. Obecna generacja wychowanków Arbinger, pomyślałam, przyglądając się twarzom chłopców. Przeznaczeniem wielu z nich były w przyszłości kierownicze stanowiska, lecz ja zastanawiałam się, czy w tych dostojnych murach nie wyrasta przypadkiem kolejny socjopata w typie Robsona Westerfielda.
Opuściłam teren szkoły i pojechałam główną ulicą, która zaczynała się za bramą. Z mapy zorientowałam się, że prowadzi prosto z Arbinger na południowym krańcu miasta do Akademii Jenny Calish dla dziewcząt na krańcu północnym. New Cotswold to jedno z tych uroczych miasteczek w Nowej Anglii, które wybudowano wokół szkół. Jest tam duża księgarnia, kino, biblioteka, wiele sklepów odzieżowych i kilka małych restauracji. Porzuciłam zamiar włóczenia się po okolicy, w nadziei że dowiem się czegoś od uczniów. Craig Parshall udzielił mi informacji, których potrzebowałam, i wiedziałam, że lepiej zrobię, odwiedzając dawnych kolegów Roba Westerfielda, niż spędzając więcej czasu wokół Arbinger.
Ale było już prawie południe, a ja uświadomiłam sobie, iż zaczyna mnie boleć głowa, po części z głodu, a po części dlatego, że poprzedniej nocy niewiele spałam.
Jakieś trzy przecznice od szkoły minęłam restaurację pod nazwą Biblioteka. Oryginalny, ręcznie malowany szyld przyciągnął mój wzrok i pomyślałam, że to może być miejsce, gdzie podają obiady domowe. Postanowiłam spróbować i wjechałam na pobliski parking.
Ponieważ pora lunchu jeszcze nie nadeszła, byłam pierwszym gościem i właścicielka, wesoła, energiczna dama po czterdziestce, nie tylko pozwoliła mi wybrać najlepszy spośród tuzina lub coś koło tego małych stolików, lecz także opowiedziała mi historię restauracji.
– Należy do naszej rodziny od pięćdziesięciu lat – poinformowała mnie. – Otworzyła ją moja matka, Antoinette Duval. Zawsze doskonale gotowała, a mój ojciec, żeby zrobić jej przyjemność, namówił ją do tego. Szło jej tak dobrze, że w końcu rzucił pracę i zajął się prowadzeniem rachunków tutaj. Oboje są już na emeryturze, a moje siostry i ja przejęłyśmy lokal. Ale mama wciąż przychodzi kilka razy w tygodniu, aby przyrządzać niektóre swoje specjały. Teraz jest w kuchni i jeśli lubi pani zupę cebulową, to właśnie ją ugotowała.
Zamówiłam zupę cebulową i rzeczywiście była tak dobra, jak się spodziewałam. Właścicielka przyszła, żeby poznać moją opinię, a na zapewnienie, że zupa jest wyborna, cała się rozpromieniła. Potem, ponieważ zjawiło się tylko kilku innych gości, stanęła przy moim stoliku i spytała, czy mam zamiar się tu zatrzymać, czy jestem tylko przejazdem. Postanowiłam być zupełnie szczera.
– Jestem dziennikarką i zamierzam napisać artykuł o Robie Westerfieldzie, który właśnie został zwolniony z Sing Sing. Słyszała pani o nim?
Wyraz jej twarzy zmienił się natychmiast z przyjaznego na surowy i nieprzystępny. Odwróciła się raptownie i odeszła. O rany, pomyślałam. Dobrze, że prawie skończyłam zupę. Właścicielka lokalu wyglądała tak, jakby chciała mnie wyrzucić.
Kilka chwil później wróciła, tym razem w towarzystwie pulchnej, siwowłosej kobiety, która miała na sobie kucharski fartuch i kiedy podchodziła do stolika, wycierała ręce w białą połę.
– Mamo – odezwała się właścicielka – ta pani zamierza pisać o Robie Westerfieldzie. Może chciałabyś jej coś opowiedzieć.
– Rob Westerfield. – Starsza pani Duval prawie splunęła tym nazwiskiem. – To zły człowiek. Dlaczego wypuszczają go z więzienia?
Nie potrzebowała zachęty, by zacząć mówić.
– Przyszedł tu z matką i ojcem w któryś weekend. Ile mógł mieć lat? Może piętnaście. Kłócił się z ojcem. Nie wiem, o co, w pewnej chwili jednak poderwał się, żeby wyjść. Za nim przechodziła kelnerka i uderzył w tacę. Całe jedzenie wywaliło się na niego. Powiadam pani, nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Złapał tę dziewczynę za rękę i wykręcał ją, póki biedaczka nie zaczęła krzyczeć. To zwierzę!
– Wezwała pani policję?
– Miałam zamiar, ale jego matka poprosiła mnie, żebym się z tym wstrzymała. Wtedy ojciec otworzył portfel i dał kelnerce pięćset dolarów. Była jeszcze dzieckiem. Chciała je wziąć. Powiedziała, że nie wniesie skargi. Potem Westerfield powiedział mi, żebym dopisała cenę zmarnowanego jedzenia do jego rachunku.
– Co zrobił Rob Westerfield?
– Wyszedł i zostawił cały problem rodzicom. Jego matka była straszliwie zażenowana. Kiedy zaś ojciec zapłacił kelnerce, powiedział mi, że to była jej wina i że syn zareagował w ten sposób, ponieważ go oparzyła. Powiedział, że powinnam szkolić kelnerki, zanim pozwolę im nosić tace.
– Co pani zrobiła?
– Oświadczyłam mu, że więcej nie będziemy ich obsługiwać i że mają opuścić moją restaurację.
– Nie wyobraża sobie pani, jaka jest mama, kiedy się rozzłości – wtrąciła jej córka. – Zabrała talerze, które właśnie przed nimi postawiono, i odniosła je z powrotem do kuchni.
– Chociaż było mi bardzo żal pani Westerfield – przyznała pani Duval. – Była taka zmieszana. Później napisała do mnie piękny list z przeprosinami. Nadal go przechowuję.
Kiedy pół godziny później opuszczałam Bibliotekę, miałam zgodę na umieszczenie tej historii na swojej stronie internetowej i obietnicę, że otrzymam kopię listu, który pani Westerfield napisała do pani Duval. A w dodatku szłam złożyć wizytę Margaret Fisher, młodej kelnerce, której Rob wykręcił rękę. Była teraz psychologiem, mieszkała dwa miasteczka dalej i z radością zgodziła się ze mną porozmawiać. Rzeczywiście pamiętała Roba Westerfielda bardzo dobrze.