Выбрать главу

Kiedy wyjeżdżałam z Arbinger godzinę później, miałam listę uczniów, którzy chodzili do klasy z Robem Westerfieldem. Porównawszy ją z listą utrzymujących kontakt ze szkołą wychowanków, Parshall znalazł dziesięciu, mieszkających na obszarze od Massachusetts do Manhattanu. Jednym z nich był Christopher Cassidy, piłkarz, którego Rob Westerfield ciężko pobił. Miał teraz własną firmę i mieszkał w okolicy Bostonu.

– Chris dostawał stypendium – wyjaśnił Parshall. – A ponieważ jest wdzięczny, że mógł chodzić do tej szkoły, stał się jednym z naszych najhojniejszych sponsorów. Nie ma nic przeciwko temu, żeby do niego zadzwonić. Chris nigdy nie ukrywał swojego stosunku do Westerfielda. Ale znów, jeśli panią z nim umówię, będzie to musiało być poufne.

– Oczywiście.

Parshall odprowadził mnie do drzwi. Zaczęła się właśnie przerwa pomiędzy lekcjami i kiedy przebrzmiał cichy dźwięk dzwonka, korytarz wypełnił się małymi grupkami uczniów wychodzących z różnych klas. Obecna generacja wychowanków Arbinger, pomyślałam, przyglądając się twarzom chłopców. Przeznaczeniem wielu z nich były w przyszłości kierownicze stanowiska, lecz ja zastanawiałam się, czy w tych dostojnych murach nie wyrasta przypadkiem kolejny socjopata w typie Robsona Westerfielda.

Opuściłam teren szkoły i pojechałam główną ulicą, która zaczynała się za bramą. Z mapy zorientowałam się, że prowadzi prosto z Arbinger na południowym krańcu miasta do Akademii Jenny Calish dla dziewcząt na krańcu północnym. New Cotswold to jedno z tych uroczych miasteczek w Nowej Anglii, które wybudowano wokół szkół. Jest tam duża księgarnia, kino, biblioteka, wiele sklepów odzieżowych i kilka małych restauracji. Porzuciłam zamiar włóczenia się po okolicy, w nadziei że dowiem się czegoś od uczniów. Craig Parshall udzielił mi informacji, których potrzebowałam, i wiedziałam, że lepiej zrobię, odwiedzając dawnych kolegów Roba Westerfielda, niż spędzając więcej czasu wokół Arbinger.

Ale było już prawie południe, a ja uświadomiłam sobie, iż zaczyna mnie boleć głowa, po części z głodu, a po części dlatego, że poprzedniej nocy niewiele spałam.

Jakieś trzy przecznice od szkoły minęłam restaurację pod nazwą Biblioteka. Oryginalny, ręcznie malowany szyld przyciągnął mój wzrok i pomyślałam, że to może być miejsce, gdzie podają obiady domowe. Postanowiłam spróbować i wjechałam na pobliski parking.

Ponieważ pora lunchu jeszcze nie nadeszła, byłam pierwszym gościem i właścicielka, wesoła, energiczna dama po czterdziestce, nie tylko pozwoliła mi wybrać najlepszy spośród tuzina lub coś koło tego małych stolików, lecz także opowiedziała mi historię restauracji.

– Należy do naszej rodziny od pięćdziesięciu lat – poinformowała mnie. – Otworzyła ją moja matka, Antoinette Duval. Zawsze doskonale gotowała, a mój ojciec, żeby zrobić jej przyjemność, namówił ją do tego. Szło jej tak dobrze, że w końcu rzucił pracę i zajął się prowadzeniem rachunków tutaj. Oboje są już na emeryturze, a moje siostry i ja przejęłyśmy lokal. Ale mama wciąż przychodzi kilka razy w tygodniu, aby przyrządzać niektóre swoje specjały. Teraz jest w kuchni i jeśli lubi pani zupę cebulową, to właśnie ją ugotowała.

Zamówiłam zupę cebulową i rzeczywiście była tak dobra, jak się spodziewałam. Właścicielka przyszła, żeby poznać moją opinię, a na zapewnienie, że zupa jest wyborna, cała się rozpromieniła. Potem, ponieważ zjawiło się tylko kilku innych gości, stanęła przy moim stoliku i spytała, czy mam zamiar się tu zatrzymać, czy jestem tylko przejazdem. Postanowiłam być zupełnie szczera.

– Jestem dziennikarką i zamierzam napisać artykuł o Robie Westerfieldzie, który właśnie został zwolniony z Sing Sing. Słyszała pani o nim?

Wyraz jej twarzy zmienił się natychmiast z przyjaznego na surowy i nieprzystępny. Odwróciła się raptownie i odeszła. O rany, pomyślałam. Dobrze, że prawie skończyłam zupę. Właścicielka lokalu wyglądała tak, jakby chciała mnie wyrzucić.

Kilka chwil później wróciła, tym razem w towarzystwie pulchnej, siwowłosej kobiety, która miała na sobie kucharski fartuch i kiedy podchodziła do stolika, wycierała ręce w białą połę.

– Mamo – odezwała się właścicielka – ta pani zamierza pisać o Robie Westerfieldzie. Może chciałabyś jej coś opowiedzieć.

– Rob Westerfield. – Starsza pani Duval prawie splunęła tym nazwiskiem. – To zły człowiek. Dlaczego wypuszczają go z więzienia?

Nie potrzebowała zachęty, by zacząć mówić.

– Przyszedł tu z matką i ojcem w któryś weekend. Ile mógł mieć lat? Może piętnaście. Kłócił się z ojcem. Nie wiem, o co, w pewnej chwili jednak poderwał się, żeby wyjść. Za nim przechodziła kelnerka i uderzył w tacę. Całe jedzenie wywaliło się na niego. Powiadam pani, nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Złapał tę dziewczynę za rękę i wykręcał ją, póki biedaczka nie zaczęła krzyczeć. To zwierzę!

– Wezwała pani policję?

– Miałam zamiar, ale jego matka poprosiła mnie, żebym się z tym wstrzymała. Wtedy ojciec otworzył portfel i dał kelnerce pięćset dolarów. Była jeszcze dzieckiem. Chciała je wziąć. Powiedziała, że nie wniesie skargi. Potem Westerfield powiedział mi, żebym dopisała cenę zmarnowanego jedzenia do jego rachunku.

– Co zrobił Rob Westerfield?

– Wyszedł i zostawił cały problem rodzicom. Jego matka była straszliwie zażenowana. Kiedy zaś ojciec zapłacił kelnerce, powiedział mi, że to była jej wina i że syn zareagował w ten sposób, ponieważ go oparzyła. Powiedział, że powinnam szkolić kelnerki, zanim pozwolę im nosić tace.

– Co pani zrobiła?

– Oświadczyłam mu, że więcej nie będziemy ich obsługiwać i że mają opuścić moją restaurację.

– Nie wyobraża sobie pani, jaka jest mama, kiedy się rozzłości – wtrąciła jej córka. – Zabrała talerze, które właśnie przed nimi postawiono, i odniosła je z powrotem do kuchni.

– Chociaż było mi bardzo żal pani Westerfield – przyznała pani Duval. – Była taka zmieszana. Później napisała do mnie piękny list z przeprosinami. Nadal go przechowuję.

Kiedy pół godziny później opuszczałam Bibliotekę, miałam zgodę na umieszczenie tej historii na swojej stronie internetowej i obietnicę, że otrzymam kopię listu, który pani Westerfield napisała do pani Duval. A w dodatku szłam złożyć wizytę Margaret Fisher, młodej kelnerce, której Rob wykręcił rękę. Była teraz psychologiem, mieszkała dwa miasteczka dalej i z radością zgodziła się ze mną porozmawiać. Rzeczywiście pamiętała Roba Westerfielda bardzo dobrze.

– Odkładałam pieniądze na studia – powiedziała mi doktor Fisher. – Pięćset dolarów, które dał mi jego ojciec, wydawało mi się wtedy fortuną. Patrząc z perspektywy, żałuję, że nie złożyłam na niego skargi. Ten facet ma skłonność do przemocy, i jeśli wiem cokolwiek o ludzkiej naturze, podejrzewam, że dwadzieścia dwa lata w więzieniu nie zmieniły go ani trochę.

Była atrakcyjną kobietą tuż po czterdziestce, z przedwcześnie posiwiałymi włosami i młodą twarzą. Powiedziała mi, że w piątki przyjmuje tylko do południa i właśnie zamierzała wyjść z gabinetu, kiedy zadzwoniłam.

– Widziałam wywiad z nim wczoraj wieczorem w telewizji – dodała. – Odgrywał świętoszka. Zemdliło mnie, więc rozumiem, jak ty się czujesz.

Opowiedziałam jej, co robię w Internecie i jak stałam przed Sing Sing z transparentem, próbując uzyskać informacje o zachowaniu Roba w więzieniu.

– Byłabym bardzo zdziwiona, gdyby nie wydarzyły się inne incydenty, o których można by się dowiedzieć – odrzekła. – A co z okresem pomiędzy pobytem w tutejszej szkole a aresztowaniem za zamordowanie twojej siostry? Ile miał lat, kiedy trafił do więzienia?

– Dwadzieścia.

– Po tej historii szczerze wątpię, czy nie było innych, które wyciszono lub o których nigdy się nie mówiło. Ellie, czy przyszło ci do głowy, że stanowisz dla niego poważne zagrożenie? Powiedziałaś mi, że jego babka stała się bardzo podejrzliwa. Prawdopodobnie wie o twojej stronie internetowej i ogląda ją sama albo zatrudnia kogoś, kto sprawdza ją codziennie. Jeśli przeczyta tyle niepochlebnych rzeczy na temat wnuka, co ją powstrzyma przed zmianą testamentu, zanim jeszcze proces Westerfielda zostanie wznowiony?