Zapytałam ją o wnuczkę, pożegnałam się i przerwałam połączenie.
– A zatem jutro się pani wyprowadza, panno Cavanaugh? – spytał White takim tonem, że mógłby równie dobrze powiedzieć: „Oto pani kapelusz, na co pani jeszcze czeka?”.
– Tak, panie posterunkowy. Proszę się nie martwić, jutro się wyprowadzę.
– Czy otrzymała pani jakąś odpowiedź na ten transparent, który obnosiła pani przed więzieniem?
– Jeśli mam być szczera, tak – odrzekłam, obdarzając go czymś, co Pete Lawlor nazywał moim tajemniczym, pełnym samozadowolenia uśmiechem.
Zamarł. Wzbudziłam jego ciekawość, a właśnie o to mi chodziło.
– Całe miasto już wie, że wczoraj w gospodzie Parkinsona powiedziała pani Robowi Westerfieldowi kilka przykrych rzeczy.
– Nie ma prawa, które zabraniałoby być szczerym, a już z pewnością nie ma takiego, które nakazywałoby zachowywać się uprzejmie wobec morderców.
Policzki mu poczerwieniały, kiedy tak stał z ręką na gałce drzwi.
– Panno Cavanaugh, proszę pozwolić, że udzielę pani rady z realnego świata. Wiem na pewno, że mogąc szastać rodzinnymi pieniędzmi, Rob Westerfield zdobył sobie w więzieniu oddanych przyjaciół. Po prostu tak już jest. Niektórzy z tych facetów są teraz na wolności. Nawet bez porozumienia z Westerfieldem jeden z nich może zechcieć wyświadczyć mu przysługę i usunąć pewną kłopotliwą osobę, spodziewając się, rzecz jasna, stosownej wdzięczności.
– „Kto mnie uwolni od tego uprzykrzonego klechy”? – zacytowałam.
– O czym pani mówi?
– To pytanie retoryczne, panie posterunkowy. W dwunastym wieku Henryk II wygłosił taką uwagę w obecności swoich wielmożów, a wkrótce potem arcybiskup Tomasz Becket został zamordowany w katedrze. Wie pan co, posterunkowy White? Nie jestem pewna, czy pan mnie ostrzega, czy mi grozi.
– Reporter do spraw kryminalnych powinien umieć dostrzec różnicę, panno Cavanaugh.
Z tymi słowami odszedł. Jego kroki na schodach wydawały mi się niepotrzebnie głośne, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że oddala się na dobre.
Zaryglowałam drzwi, podeszłam do okna i obserwowałam, jak wsiada do radiowozu i odjeżdża.
Zwykle biorę prysznic rano, a jeśli dzień jest szczególnie stresujący, robię to jeszcze raz przed pójściem spać. To najlepszy sposób, aby rozluźnić zesztywniałe mięśnie ramion i karku. Tego wieczoru postanowiłam pójść jeszcze dalej. Napełniłam wannę gorącą wodą i dolałam olejku do kąpieli. Po sześciu miesiącach butelka nadal pozostała prawie pełna, co wskazywało, jak często wylegiwałam się w wannie. Ale dzisiaj potrzebowałam relaksu i naprawdę przyjemnie było tak po prostu leżeć i się moczyć. Leżałam więc, dopóki woda nie zaczęła stygnąć.
Zawsze chce mi się śmiać, kiedy czytam reklamy uwodzicielskiej i prowokacyjnej nocnej bielizny i peniuarów. Mój strój do łóżka to koszule nocne wybrane z katalogu L.L. Beana. Są obszerne i wygodne, a ich dopełnieniem jest flanelowy szlafrok. Ukoronowanie tej wytwornej całości stanowią obszyte barankiem nocne pantofle.
Stojąca w sypialni dwudrzwiowa szafa z przytwierdzonym lustrem przywiodła mi na myśl tę, którą moja matka kazała pomalować na biało, aby przypominała antyk, i wstawiła do pokoju Andrei. Kiedy szczotkowałam włosy przed lustrem, na próżno próbowałam sobie przypomnieć, co stało się z tamtą szafą. Kiedy matka i ja przeprowadzałyśmy się na Florydę, zabrałyśmy ze sobą stosunkowo niewiele mebli. Jestem pewna, że nie wzięłyśmy nic z gustownie urządzonego pokoju Andrei. Mój pokój też był ładny, choć przeznaczony raczej dla małej dziewczynki, z tapetami w motywy z Kopciuszka.
Potem, w przebłysku pamięci, przypomniałam sobie, jak kiedyś powiedziałam matce, że według mnie tapeta jest dziecinna, a ona odrzekła:
„Ale jest prawie taka sama jak tapeta, którą Andrea miała w swoim pokoju, kiedy była w twoim wieku. Uwielbiała ją”.
Przypuszczam, że właśnie wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo się różniłyśmy. Niewiele było we mnie cech dziewczęcych i nigdy nie dbałam specjalnie o modne ciuchy. Andrea, podobnie jak matka, była niezwykle kobieca.
„Jesteś małą córeczką tatusia, jedyną i ukochaną… Jesteś świątecznym duszkiem, gwiazdką na choince… I jesteś małą córeczką tatusia”.
Słowa tej piosenki przemknęły mi nieproszone przez głowę i znów ujrzałam tatę w pokoju Andrei, jak trzyma pozytywkę i płacze.
Było to wspomnienie, które zawsze starałam się natychmiast odsunąć.
– Skończ szczotkować włosy, dziewczyno, i idź do łóżka – powiedziałam na głos.
Spojrzałam na siebie w lustrze krytycznym okiem. Zwykle noszę włosy zaczesane do góry i podpięte grzebieniem, lecz teraz, kiedy dobrze im się przyjrzałam, zobaczyłam, jak bardzo urosły. W ciągu lata znacznie zjaśniały na słońcu, i chociaż już prawie odzyskały dawny kolor, nadal były w nich jasne pasemka.
Często wspominałam uwagę, którą wygłosił detektyw Longo, kiedy przesłuchiwał mnie po raz pierwszy po znalezieniu ciała Andrei. Powiedział, że moje włosy, podobnie jak włosy jego syna, przypominają piasek, na który pada słońce. Spodobało mi się to porównanie, a choć teraz w moich włosach pojawiły się jasne pasemka, przyjemnie było myśleć, że owo nadal może być prawdą.
Obejrzałam wiadomości o jedenastej, aby się upewnić, że świat poza Oldham wciąż funkcjonuje mniej więcej normalnie. Potem, sprawdziwszy rygle w oknach w salonie, poszłam do sypialni. Wiał przenikliwy wiatr, więc otworzyłam oba okna tylko na kilka centymetrów. Silny powiew wystarczył, bym popędziła pod kołdrę, zrzucając po drodze szlafrok i nocne pantofle.
W moim mieszkaniu w Atlancie zasypiałam zwykle bez trudu. Ale tam było oczywiście inaczej. Słyszałam słabe odgłosy ulicy, a niekiedy także muzykę z mieszkania sąsiada, miłośnika hard rocka, który czasem puszczał płyty kompaktowe ogłuszająco głośno.
Ciche stukanie w dzielącą nas ścianę zawsze wywoływało natychmiastową reakcję, ale nawet wówczas zdarzało mi się odczuwać metaliczne wibracje, kiedy usypiałam.
Tej nocy nie miałabym nic przeciwko metalicznym wibracjom, które oznaczają bliskość innej istoty ludzkiej, myślałam, poprawiając poduszkę. Wydawało mi się, że moje zmysły są niezwykle wyczulone – co prawdopodobnie sprawiło wcześniejsze spotkanie twarzą w twarz z Westerfieldem.
Siostra Pete’a, Jan, mieszka niedaleko Atlanty w małym miasteczku o nazwie Peachtree. Czasem w niedzielę Pete dzwonił do mnie i proponował: „Wybierzmy się na przejażdżkę i odwiedźmy Jan, Billa i dzieciaki”. Mają owczarka niemieckiego o imieniu Rocky, który jest wspaniałym stróżem. Gdy tylko wysiadaliśmy z samochodu, zaczynał wściekle ujadać, ostrzegając domowników o naszej obecności.
Szkoda, że nie możesz mnie teraz popilnować, Rocky, stary przyjacielu, pomyślałam.
W końcu udało mi się zapaść w niespokojny sen, taki, z którego chciałoby się jak najszybciej obudzić. Śniłam, że jest jakieś miejsce, do którego muszę pójść. Powinnam odszukać kogoś, zanim będzie za późno. Było ciemno, a moja latarka nie działała.
Potem znalazłam się w lesie i poczułam zapach obozowego ogniska. Miałam odnaleźć drogę przez las. Byłam pewna, że gdzieś tu jest. Chodziłam nią już wcześniej.
Zrobiło się gorąco i zaczęłam kaszleć.
To nie był sen! Otworzyłam oczy. Pokój tonął w absolutnych ciemnościach i nie czułam niczego prócz dymu. Krztusiłam się. Odrzuciłam kołdrę i usiadłam. Wokół mnie robiło się coraz goręcej. Spłonę żywcem, jeśli się stąd nie wydostanę. Gdzie jestem? Przez chwilę po prostu nie mogłam się zorientować.
Zanim postawiłam stopy na podłodze, spróbowałam zebrać myśli. Znajdowałam się w apartamencie gościnnym pani Hilmer. Drzwi sypialni były na lewo od łóżka, w jednej linii z wezgłowiem. Za nimi znajdował się mały przedpokój. Drzwi wejściowe są na końcu przedpokoju, z lewej strony.