Część strony internetowej kreowała Westerfieldów na amerykańską rodzinę królewską. Zobaczyłam tam zdjęcia Roba jako małego chłopca z dziadkiem senatorem i w wieku dziewięciu lub dziesięciu lat z babką, której pomagał przecinać wstęgę nowego ośrodka dla dzieci, ufundowanego przez Westerfieldów. Były też jego zdjęcia z rodzicami na pokładzie „Oueen Elizabeth II” i na kortach tenisowych w klubie Everglades.
Wszystko to miało, jak sądzę, prowadzić do wniosku, że zabójstwo było poniżej godności tego uprzywilejowanego młodego człowieka.
Gwiazdą następnej części stałam się ja. Zdjęcie ukazywało mnie rozciągniętą na łóżku w ośrodku psychiatrycznym Fromme’a, ze związanymi rękami i nogami, w okropnej koszuli nocnej, stanowiącej obowiązkowy strój pacjentów. Byłam tylko częściowo przykryta cienkim kocem.
Podpis brzmiał: „Świadek, którego zeznanie pogrążyło Robsona Westerfielda”.
Wylogowałam się. Mam nawyk, który odziedziczyłam po ojcu. Kiedy był wściekły z jakiegoś powodu, przygryzał prawy kącik ust.
W tej chwili to właśnie zrobiłam.
Siedziałam przez półtorej godziny i próbowałam się uspokoić, zastanawiając się, czy opublikować domniemane przyznanie się Westerfielda do kolejnego morderstwa i rozważając wszystkie za i przeciw.
Marcus Longo wspomniał o problemach technicznych z odkryciem nierozwiązanego morderstwa, które mógł popełnić Rob Westerfield.
Internet był międzynarodowy.
Czy narażę kogoś na niebezpieczeństwo, zamieszczając tu imię domniemanej ofiary?
Ale mój niezidentyfikowany rozmówca był już w niebezpieczeństwie i wiedział o tym.
W końcu sporządziłam krótką notatkę.
Niewykluczone, że w okresie pomiędzy dwadzieścia dwa a dwadzieścia siedem lat temu Rob Westerfield popełnił inną zbrodnię. Pod wpływem narkotyków chełpił się w więzieniu: „Zatłukłem Phila na śmierć i to było wspaniałe uczucie”.
Każdy, kto posiada informacje na temat tej zbrodni, proszony jest o przesłanie ich na adres: ellie1234@mediaone.net. Dyskrecja i nagroda zapewnione.
Przebiegłam ją wzrokiem. Rob Westerfield z pewnością to przeczyta, pomyślałam. Ale przypuśćmy, że wie, iż jest jeszcze oprócz mojego nieznanego rozmówcy ktoś, kto ma informacje, mogące mu zaszkodzić.
Są dwie rzeczy, których dobry dziennikarz nigdy nie robi: nie ujawnia źródeł i nie naraża niewinnych ludzi na niebezpieczeństwo.
Postanowiłam nie zamieszczać tej notatki.
33
W piątek wieczorem przemogłam się i zatelefonowałam do Pete’a Lawlora.
– Twoja wiadomość zostanie zarejestrowana…
– Tu była współpracownica, która interesuje się tobą w wystarczającym stopniu, aby zapytać cię o samopoczucie, perspektywy pracy i zdrowie – oznajmiłam. – Odpowiedź będzie mile widziana.
Zadzwonił pół godziny później.
– Chyba bardzo chcesz z kimś porozmawiać.
– Chcę. Dlatego właśnie pomyślałam o tobie.
– Dzięki.
– Mogę spytać, gdzie teraz jesteś?
– W Atlancie. Pakuję się.
– Wnoszę z tego, że decyzja zapadła.
– Tak. Wymarzona praca. Baza w Nowym Jorku, ale mnóstwo podróżowania. Relacje z punktów zapalnych na całym globie.
– Która gazeta?
– Żadna. Zamierzam zostać gwiazdą telewizyjną.
– Czy musiałeś stracić pięć kilogramów, zanim cię zatrudnili?
– Nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek była okrutna.
Roześmiałam się. Rozmowy z Pete’em wnosiły nieco zabawnej, codziennej rzeczywistości do mojego coraz bardziej surrealistycznego życia.
– Żartujesz czy naprawdę dostałeś pracę w telewizji?
– Naprawdę. W kablówce Packarda.
– Packard. Wspaniale!
– To jedna z nowych sieci kablowych, ale szybko się rozwija. Już miałem przyjąć posadę w Los Angeles, chociaż to nie było dokładnie to, czego pragnęłam, gdy do mnie przyszli.
– Kiedy zaczynasz?
– W środę. Jestem w trakcie wynajmowania mieszkania i odkładania rzeczy, które zamierzam załadować do samochodu. Wyjeżdżam w niedzielę po południu. Kolacja we wtorek?
– Jasne. Miło było usłyszeć twój melodyjny głos…
– Nie rozłączaj się. Ellie, obejrzałem twoją stronę internetową.
– Całkiem niezła, prawda?
– Jeśli ten facet naprawdę jest taki, jak go opisujesz, igrasz z ogniem.
Wiem o tym, pomyślałam.
– Obiecaj mi, że nie powiesz, abym na siebie uważała.
– Obiecuję. Odezwę się do ciebie w poniedziałek po południu.
Wróciłam do komputera. Była prawie ósma, a ja wytrwale pracowałam. Zamówiłam kolację do pokoju i czekając, aż mi ją przyniosą, przeciągnęłam się kilka razy i zamyśliłam.
Rozmowa z Pete’em rozszerzyła, przynajmniej na razie, moje pole widzenia. Przez kilka ostatnich tygodni żyłam w świecie, gdzie Rob Westerfield był postacią centralną. Teraz, na chwilę, zaczęłam patrzeć dalej, poza drugi proces, poza moją chęć ujawnienia światu głębi jego amoralnej natury.
Mogłam wygrzebać i wydobyć na światło dzienne każdy podły, nikczemny postępek, jakiego się dopuścił. Prawdopodobnie zdołałabym wyśledzić nierozwiązane morderstwo, które popełnił. Potrafię opisać w książce żałosną, plugawą historię jego życia. Potem nadejdzie czas, by zająć się moim życiem.
Pete właśnie to robił – nowa baza w Nowym Jorku, nowa praca w innym środowisku.
Splotłam dłonie za głową i wykonałam kilka skrętów tułowiem. Mięśnie karku miałam napięte i przyjemnie było je rozciągnąć. Mniej przyjemna była świadomość, że bardzo brakuje mi Pete’a Lawlora i nie chcę wracać do Atlanty, jeśli jego tam nie będzie.
W sobotę rano porozmawiałam z panią Stroebel. Powiedziała mi, że Paulie nie leży już na oddziale intensywnej opieki medycznej i prawdopodobnie zostanie wypisany na początku przyszłego tygodnia.
Obiecałam wpaść później z wizytą, około trzeciej. Kiedy się zjawiłam, pani Stroebel siedziała przy łóżku syna. Gdy tylko na mnie spojrzała, wyczytałam z jej twarzy, że coś ją niepokoi.
– W porze lunchu miał wysoką gorączkę. W jedną z ran wdała się infekcja. Lekarz powiedział, że wszystko będzie dobrze, ale martwię się. Ellie, tak się martwię.
Popatrzyłam na Pauliego. Ręce nadal miał zabandażowane i był podłączony do kilku kroplówek. Był bardzo blady i kręcił głową z boku na bok.
– Dają mu antybiotyk i coś na uspokojenie – wyjaśniła pani Stroebel. – Gorączka nie daje mu spać.
Przysunęłam sobie krzesło i usiadłam obok niej. Paulie zaczął mamrotać. Otworzył oczy.
– Jestem tu – odezwała się łagodnie jego matka. – Ellie Cavanaugh też tu jest. Przyszła cię odwiedzić.
– Cześć, Paulie. – Wstałam i pochyliłam się nad łóżkiem, aby mógł mnie zobaczyć.
Oczy miał błyszczące z gorączki, ale spróbował się uśmiechnąć.
– Ellie, mój przyjacielu.
– Jestem twoim przyjacielem.
Znów zamknął oczy. W chwilę później zaczął mamrotać coś bez związku. Usłyszałam, jak szepce imię Andrei. Pani Stroebel splatała i rozplatała palce.
– Tylko o tym mówi. Bardzo go to dręczy. Boi się, że znów każą mu iść do sądu. Nikt nie rozumie, jak go zastraszyli ostatnim razem.
Głos jej się załamał i zobaczyłam, że Paulie jest bardzo pobudzony. Uścisnęłam jej rękę i wskazałam głową na łóżko. Zrozumiała, co mam na myśli.
– Oczywiście, Ellie, dzięki tobie wszystko będzie dobrze – oświadczyła z promiennym uśmiechem. – Paulie wie o tym. Ludzie przychodzą do sklepu i mówią, że oglądają twoją stronę internetową, gdzie opisujesz, jak złym człowiekiem jest Rob Westerfield. Paulie i ja oglądaliśmy ją w zeszłym tygodniu. Byliśmy bardzo szczęśliwi.