Выбрать главу

Gdyby sprawy w domu tak się nie posypały, mogłabym zorganizować to wszystko o wiele lepiej. Mogłabym udać, że mam zamiar zostać u jakiejś koleżanki na cały weekend. Wyszłabym w piątek wieczorem, a oni nie wiedzieliby o niczym aż do poniedziałku. Ale teraz nie miałam żadnej wymówki. Gdybym napomknęła o wyjściu na cały weekend, oni wiedzieliby swoje – że chodzi o orgie i mordowanie staruszek.

Mimo to rozegrałam sprawę nie najgorzej. Sobota była najlepszym dniem. Około piątej, kiedy miałam się zameldować z powrotem, powinni byli wpaść w furię, a pod wieczór zacząć się martwić. W końcu jednak mieli wpaść w sidła własnej paranoi. Stawiałam na to, że pomyślą, iż zostałam na noc z jakimś chłopakiem. Nie przyjdzie im do głowy, że dałam nogę. Zaczną się naprawdę niepokoić, to znaczy niepokoić policję, w niedzielę wieczorem. A w poniedziałek rano znajdą w skrzynce na listy miły liścik od swojej ukochanej córeczki.

Zrobiłam to w taki oto sposób.

Już w piątek wieczorem ukryłam plecak w ogrodzie o kilka domów dalej, żeby potem nie musieli patrzeć, jak się z nim oddalam na dobre. Następnego dnia prysznic, śniadanie…

– Dokąd wychodzisz w ten weekend? – zażądał odpowiedzi tato. W ciągu kilku ostatnich tygodni przestał nawet udawać, że mnie lubi.

Wzruszyłam ramionami.

– Może do miasta?

Żachnął się. Mama nachyliła się nade mną i wzięła mnie za rękę.

– Trzymaj się z dala od kłopotów, Gemmo – powiedziała błagalnie, ale nawet nie chciało mi się na nią spojrzeć.

Gdybyś wiedziała… pomyślałam.

Wymknęłam się około dziesiątej. Mama była na górze, a tato pojechał do supermarketu. Wyszłam z domu i skierowałam się na dworzec autobusowy.

Och, zapomniałam powiedzieć o jeszcze jednej drobnej rzeczy. W piątek dobrałam się do Visy mojego taty i kupiłam bilet. Posłużyłam się także jego kartą do bankomatu. Zawsze biegał po domu wrzeszcząc: „Gdzie są moje karty, gdzie są moje karty? Jak ich nie znajdę, to znowu będę musiał dzwonić i blokować konto…” Jeśli nawet z jakiegoś powodu będzie ich szukał w ciągu weekendu, to i tak minie parę dni, zanim nabierze podejrzeń.

Napomykałam już, że moi rodzice nie są zbyt hojnie obdarowani, jeśli chodzi o mózgi. Numer, który trzeba wstukać na klawiaturze bankomatu, tato zapisał na odwrocie lustra w sypialni. W zapamiętywaniu różnych rzeczy nie jest specjalnie mocny. Po drodze do stacji przechodziłam obok banku i wzięłam sobie sto funtów. Nie było problemu. W centrum nadałam list do rodziców.

Potem wsiadłam do autobusu.

Autobus odjechał.

I wszystko odbyło się w taki właśnie prosty sposób.

Nie osądzajcie mnie. Nie muszę się usprawiedliwiać przed nikim. Nie ze wszystkiego byłam specjalnie dumna, ale nie miałam wyboru. Okradłam rodziców… No cóż, musiałam to zrobić im albo komuś innemu. Wtedy trochę inaczej na to patrzyłam… To znaczy, gdyby mogli postawić się w mojej sytuacji – wiem, że to brzmi śmiesznie – sami by mi je dali. Tak przypuszczam.

Ten list, który do nich wysłałam… Chciałam to zrobić jak najlepiej. W rzeczywistości napisałam sześć albo siedem listów. Nie zdawałam sobie sprawy, jakie to trudne, dopóki nie usiadłam i nie spróbowałam powiadomić: „A więc odchodzę…” No bo co tu jest do powiedzenia? Kochali mnie, kiedy byłam dzieckiem, ale teraz prawie mnie nie znali i nie było sposobu, żeby zrozumieli, o co chodzi. Dzięki za wszystko, do widzenia – tyle zdołałam wysmażyć. I kocham was. Napisałam to. Wtedy nie myślałam, że to prawda, ale mimo to się popłakałam. Pisałam kolejne listy i darłam je, pisałam i znów darłam. Już było dobrze, ale na papierze pozostały ślady łez, wiec musiałam zaczynać od nowa. Nie chciałam im posyłać moich łez. Odchodziłam… Odchodziłam… i nie miało znaczenia, jak wiele serc będzie zranionych – moje, ich czy kogokolwiek. W duchu już od nich odeszłam.

Siedziałam w autobusie i patrzyłam, jak miasto zostaje za mną. Nie pożegnałam się z budynkami ani ludźmi, wśród których dorastałam. Jedynie patrzyłam. Byłam szczęśliwa, że znikają. Poza tym nie wiedziałam, na jak długo wyjeżdżam. Raz myślałam, że na tydzień lub dwa. Innym razem, że nigdy już nie zobaczę tego syfu. Dzięki Bogu.

Podróż autobusem trwała dwie godziny. Siedziałam na swoim miejscu, mając ze strachu mokre majtki. Za każdym razem, kiedy mijał nas policyjny radiowóz, byłam przekonana, że mnie wyciągną, aresztują i odstawią do domu. Oczywiście nic takiego się nie stało. Kiedy wjeżdżaliśmy do Bristolu, oczy wychodziły mi z orbit, tak bardzo chciałam przyjrzeć się wszystkiemu. Czułam się tak blisko celu, że po prostu chciałam zanurzyć się w te ruchliwe ulice i zniknąć w nich jak mała rybka.

Zanim dojechaliśmy do dworca, ze zdenerwowania i podniecenia zdążyłam obgryźć paznokcie do skóry. Właściwie niemal cieszyłam się z tego uczucia, bo nie chciałam przeżywać wszystkiego na chłodno. Zamierzałam sprawić Smółce powitanie, które zapamięta do końca życia. Chciałam pójść na całość, dosłownie zwalić go z nóg. Nie zamierzałam zachowywać dystansu, zleźć po schodach i powiedzieć „Cześć”. To musi być wybuch totalnego szczęścia. Smółka miał w życiu dosyć smutku. Chciałam, żeby biedaczysko raz poczuł się wspaniale. I sama też chciałam poczuć się wspaniale.

Zdenerwowanie i podniecenie wypełniało mnie coraz bardziej, niczym paliwo rakietowe…

Dostrzegłam go z okna autobusu. Czekał na mnie. Schowałam głowę. Nie chciałam osłabiać wrażenia, pokazując mu się zza szyby. Szłam z pochyloną głową aż do ostatniego stopnia autobusu… i wtedy go ujrzałam.

– SMÓŁKA!!! – zawołałam i rzuciłam na ziemię bagaż. Ruszyłam po gładkiej nawierzchni placu jak oparzony kot, wykrzykując jego imię z całych sił. Wydawał się zdezorientowany. Wyciągnęłam ramiona i uścisnęłam go, i, och, pocałowałam. I znów uścisk i pocałunek, i kolejny uścisk, i taniec dookoła niego, a potem następne uściski i pocałunki i, och, moje cycki rozpłaszczyły się o jego pierś, i powoli twarz Smółki powiększyła się w niewiarygodnie szerokim uśmiechu…

– Och, tak doooobrze znowu być z tobą… Och, tęskniłam za tobą… Tęskniłam… – Napierałam na niego, wciskałam się, przytulałam go i… i… i… i myślę, że to podziałało.

W zasadzie nie musiałam wkładać w to tyle energii. Zachowałam się nieco histerycznie. Ściskałam i całowałam nie tylko Smółkę. To było… poczucie swobody, jakiejś przygody. O tak! To było życie. Wielka, wspaniała porcja życia. Siedząc w autobusie byłam niespokojna, ale kiedy tylko zeszłam ze stopni, wszystko to gdzieś znikło. Odczuwałam dreszczyk. Samo to, że mogłam iść sobie ulicą, było fantastyczne. Czułam się jak mały dzieciak. Gdybym była z kimkolwiek oprócz Smółki, być może zechciałabym zachować trochę chłodniejsze spojrzenie na sprawy, ale przy nim było inaczej. On zresztą jest tak trzeźwy. Chciałam jedynie, żeby udzieliło mu się trochę z mojego entuzjazmu. I, słowo daję, chyba mi się udało. Szedł obok mnie, z uśmiechem tak rozciągniętym, że wydawał się prawie biec wokół głowy. Czułam, że schwycił wiatr w żagle.

Poprosiłam, żeby mnie trochę oprowadził. Poszliśmy przez centrum do doków… i od razu zakochałam się w tym mieście. Nie było takie wielkie i ruchliwe, jak pewnie twoim zdaniem powinno być. Nikt się za niczym nie uganiał. Ze szpar w ścianach wyrastały chwasty, a ludzie nie śpieszyli się donikąd. Uspokoiłam się i poczułam błogo. To znaczy, ciągle byłam podniecona, ale czułam się z tym normalnie. Nikt nie zamierzał mnie zatrzymywać. Nie miałam wrażenia, że uciekłam. Pamiętam, że pomyślałam sobie: podoba mi się tutaj.