Smółka nalegał, żebyśmy poszli do domu. „Przygotowali dla nas coś do jedzenia – powtarzał. – To naprawdę fajni ludzie. Byłoby nie w porządku…” Oni jednak mnie nie interesowali.
Nie kocham Smółki. Już o tym mówiłam. Ale tamtego dnia był całkiem w moim typie. Cały czas zerkałam na swoje odbicie w witrynach. Byłam zaróżowiona na twarzy i miałam na sobie same jaskrawe rzeczy – szal, sweter i spódnicę. Powinnam była włożyć dżinsy czy coś takiego, ale wolałam się wystroić.
To wszystko było dla niego, rozumiesz? Chciałam, by poczuł, że może odważyć się ze mną na wszystko. I zamierzałam mu na to pozwolić.
Opuściliśmy doki i poszliśmy w kierunku targu. Nagle oparłam się o mur i przyciągnęłam go ku sobie. Jest ode mnie o stopę wyższy. Pociągnęłam go tak, że się nade mną nachylił. Po wyrazie jego twarzy widziałam, co z nim robię. A potem mnie pocałował – prawdziwym, długim pocałunkiem, jakbyśmy byli sami jedni pośrodku lasu albo pustyni. Jakby w promieniu stu mil nie było nikogo i jakbyśmy mogli robić, co nam się podobało.
– Uau… – powiedziałam.
– Uau, tak.
Tak bardzo pragnęłam jego dotyku, że chyba pociągnęłam go w kierunku wejścia do jakiegoś sklepu, ale naokoło było zbyt dużo ludzi. A jednak to okazało się w porządku. I zawsze takie było od tamtej pory.
W końcu dotarliśmy do miejsca noclegu. Naprawdę zrobiło to na mnie wrażenie. No bo znalazł sobie kąt, w którym mógł przebywać, i znalazł grupkę ludzi, którzy nie tylko byli gotowi go tolerować. Oni wręcz chcieli go utrzymywać. Uciekł zaledwie dwa tygodnie wcześniej, a już udało mu się urządzić. Nie miał jedynie własnej publiczności… no wiesz, ludzi, z którymi można się zadawać. Przyjaciele. Do nich nie można było zaliczyć Richarda ani Jerry’ego, ani Vonny. Byli za starzy i za sympatyczni. Prawdę mówiąc wydawali mi się trochę podejrzani. Ta dziewczyna, Vonny, podeszła do mnie, ucałowała mnie i uściskała, a ja odwzajemniłam jej uścisk i uśmiechnęłam się, ale ona przecież mnie nie znała. I nie odniosłam wrażenia, że aż tak bardzo jej się podobam.
Richard wyglądał trochę niesamowicie, szczerząc zęby do wszystkiego naokoło, ale przynajmniej był zabawny. Wydał mi się jakiś nieśmiały, sama nie wiem. Jerry był w porządku, wyglądał dość normalnie, ale nawet on coś kręcił. Wszystko, co w nich dostrzegałam, kazało mi myśleć, że są przebranymi wampirami. Miało się wrażenie, że są mili, bo wymyślili sobie, że tak wypada. Widać było, jak bardzo się starają, żeby wydać się miłymi. Przede wszystkim wiedziałam, że prawdopodobnie nie są milsi niż ja sama.
Ja na jego miejscu pewnie spałabym w bramie i jadła własne paznokcie. Ale zapewne znalazłabym mnóstwo ludzi gotowych robić to ze mną. Chyba bycie miłym nie jest aż tak interesujące. Czasem ludzie uważają mnie za miłą osobę, lecz tylko dlatego, że dzięki mnie czują się szczęśliwi. Ja po prostu szukam przyjemności i chcę się dobrze bawić.
Pewnie ktoś kiedyś to odkryje.
Pierwszym złym znakiem było to, że posiłek przygotowany przez Richarda zupełnie wysechł w piekarniku. Richard się nie przejął. Kiedy powiedziałam, że zwiedzaliśmy miasto, rozpromienił się patrząc w sufit, jakby to była najbardziej ekscytująca w świecie rzecz, i odparł: „Och, to dobrze”. Vonny była odrobinę zakłopotana, chociaż to nie ona gotowała. Oprócz tego, że zrobiła szarlotkę na deser.
Podniosła głowę znad szarlotki.
– Jak długo zostaniesz z nami, Gemmo?
Zapadła cisza. Czułam, że wszyscy na mnie patrzą. Oho… pomyślałam. Bo to nie było coś w rodzaju: „myślisz, że ci się tu spodoba?”. Padło tylko, jak długo”.
Uśmiechnęłam się.
– Nie wiem. Po prostu nie wiem… – powiedziała mi znów się uśmiechnęłam, a potem oni się uśmiechnęli, i Smółka też.
Tak jak mówiłam… wszyscy byli bardzo mili.
Później poszliśmy do pubu. Przyjemnie było tam siedzieć, popijając piwo. Musieli dyskretnie przemycić do środka mnie i Smółkę, na wypadek gdyby barman nie chciał nas obsłużyć.
Dopytywali się, czy słyszałam coś o mamie Smółki. Rozmawialiśmy o tym przez jakieś pół godziny, co wpędziło go w przygnębienie. Sygnał ostrzegawczy: wydawało mi się, że ich to bawi.
Po niedługim czasie okazało się, że wszyscy są anarchistami. To mnie trochę zaniepokoiło. Bo co prawda niewiele wiem o tych sprawach, ale czy przypadkiem anarchiści to nie ci, którzy od czasu do czasu wysadzają w powietrze ludzi zamiast ich serdecznie ściskać? Wyszło na jaw, że na niedzielny wieczór mieli wspaniały plan. Zamierzali iść i pozaklejać zamki w drzwiach banków.
Richard był wniebowzięty. Opuścił swoją szklankę i dziko szczerzył zęby do sufitu, nie kryjąc radości z przeszkodzenia na jeden dzień bankom w interesach.
– A czy banki nie mają tylnych drzwi? – zapytałam.
– Och, też je zakleimy. I nocne sejfy. – Rozejrzał się po pubie z uśmiechem człowieka, który wygrał milion funtów.
Wszystko było ustalone. Ja i Smółka mieliśmy pójść z nimi. Chyba mnie to podniecało. To było coś innego. Nieraz u siebie obserwowałam wandali. Wiesz, tych, co bawią się rozwalając dziecięce huśtawki. Wielka uciecha, co? Ale to miało jakiś cel, a poza tym oddałabym wszystko, żeby zobaczyć minę dyrektora banku, kiedy będzie na próżno próbował otworzyć drzwi. Wszyscy głośno się z tego roześmieliśmy.
Opowiedziałam im o mamie i tacie. Wydawali się pełni współczucia. Richard był nawet dość zbulwersowany.
– Moi rodzice zawsze pozwalali mi się zachowywać tak źle, jak tylko chciałem – oznajmił, szczerząc się niczym wariat w kierunku sufitu. – Korzystałem z okazji, jak umiałem – dodał radośnie.
Zaczynałam lubić Richarda.
Wymieniliśmy między sobą uwagi o matkach i ojcach i o tym, jacy są okropni. Smółka był trochę milczący. No cóż, miał powody, prawda? Ale ja już zaczynałam chichotać. Wypiłam piwo z wódką i sokiem pomarańczowym i myślałam, że właśnie w tym momencie moi rodzice zaczynają się na dobre wściekać. Była dziesiąta trzydzieści, a więc miałam już pół godziny spóźnienia. Pewnie siedzą, zgrzytają zębami i obmyślają nowe restrykcje, co – słowo daję – nadweręża nawet ich wyobraźnię, bo niewiele zostało do ograniczania. Zastanawiają się, z kim poszłam do łóżka, co sobie wstrzykuję i tak dalej. Naprawdę nieźle się ubawiłam myśląc o tym, jak miotają się po domu i dzwonią do wszystkich moich przyjaciół po kolei, obiecując sobie, że od jutra będą surowsi. A ja w tym czasie jestem o sto mil od nich…
Odkryją wszystko w poniedziałek rano, kiedy dojdzie mój list.
I wtedy Vonny odwróciła się do mnie i powiedziała najspokojniej w świecie:
– Nie sądzisz, że powinnaś zadzwonić do starych i powiadomić ich, że wszystko jest w porządku?
Gapiłam się na nią w osłupieniu. Co za hipokryzja! Dopiero co opowiadaliśmy sobie straszne historie o rodzicach, a teraz ona chce, żebym zaczęła być dla nich miła!
– Po co? – zapytałam.
– Ależ oni muszą czuć się okropnie. Powinnaś ich przynajmniej zawiadomić, że nic ci się nie stało.
– I powiedzieć im, kiedy mają spodziewać się mnie z powrotem? – zapytałam. – I dokąd wysłać ciepłe ubrania?
– Nie, po prostu daj im znać, że nic ci nie jest.
– Myślę, że to dobry pomysł – oznajmił Richard sufitowi.
No cóż, byłam w mniejszości, prawda? Zaczęłam mówić o liście, który miał nadejść w poniedziałek, ale to ich nie przekonało. Mama i tato martwili się teraz. Próbowałam wykazać, że biorąc pod uwagę okoliczności, bardziej prawdopodobną reakcją powinna być ślepa furia. Nic z tego. Nawet Smółka zwrócił się przeciwko mnie. Potem oczywiście zachciało mu się telefonować do swojej mamy i wspólnie musieliśmy mu to wyperswadować. Miałam nadzieję, że w ten sposób odczepią się ode mnie, ale kiedy tylko on się wycofał, znów zaczęli swoje.