– Wiem, wiem. Nie wiem, co robię – jęknęłam.
– Postępujesz dobrze, wiesz o tym? – powiedziała.
Wydawało mi się, że wie o mnie już wszystko. Stałam tam jak głupia, ściskając sobie głowę i powtarzając: „Wiem, wiem, wiem… „, oczywiście niczego nie wiedząc.
Nagle objęła mnie i uścisnęła. Trzymała mnie tak przez jakiś czas. Odwzajemniłam jej uścisk i poczułam, że łzy napływają mi do oczu. Myślałam, że jestem w dobrym nastroju, ale wystarczyło jedno jej dotknięcie, żebym się rozpłakała.
Jacyś ludzie weszli do kuchni, zobaczyli nas i wyszli. Ona nic nie mówiła. Po chwili znów zaczęła ruszać się w rytm muzyki, cały czas przytulając mnie mocno, i wtedy sobie uświadomiłam, że na chwilę przestała tańczyć dla mnie. To ja wprowadziłam ją w stan unieruchomienia. Zaczęłam się poruszać i postałyśmy tak jeszcze trochę, po prostu kołysząc się.
– Taak – powiedziała. – Czy to nie wspaniałe? Czy to nie wspaniałe? Muzyka to jedyny narkotyk… tak…
Oparłam głowę na jej ramieniu i próbowałam o niczym nie myśleć.
Nie wiem, co takiego w niej było. Dzieliła się ze mną swoją magią i czułam, jak bańka w moim żołądku robi się coraz bardziej miękka, miękka, miękka…
– Chodź, zobaczymy, co się dzieje… – uwolniła się z uścisku i popłynęła ku drzwiom, cały czas tańcząc.
Poszłam w jej ślady.
Usiadłam na sofie. Ta dziewczyna, magiczna dziewczyna, ciągle tańczyła. Tańcząc pocałowała w ucho swojego chłopaka, tańcząc wsadziła czyjś drink na czubek rulonu kubków, tańcząc postawiła na niego następny, tak że… uups! Płyn rozlał się na nią i na podłogę. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, nawet dziewczyna, do której należał drink. Magiczna dziewczyna zlizała alkohol ze swoich ramion i spojrzała na mnie, jakby chciała powiedzieć: „Widzisz? Nie musisz zachowywać się jak wszyscy”. Potem wyjęła komuś skręta spomiędzy palców i podeszła, by usiąść przy mnie.
Rozmawiałyśmy… nie wiem, o wszystkim. Zaciągnęłam się ze dwa razy, ale ona spojrzała na mnie i odebrała mi skręta.
– Tego też nie potrzebujesz – zaśmiała się. Tańczyła nawet siedząc. Nie pytała ani o to, kim jestem, ani skąd pochodzę. Mówiła o muzyce i kapelach, mówiła też o sobie i swoim chłopaku – jaki był. I jaki był niesamowity.
– Tak, on jest po właściwej stronie, no wiesz – powiedziała kiwając głową i wydmuchując dym.
– Nawet nie wiem, która to jest ta właściwa strona – odparłam, znów gotowa się roześmiać.
– Właściwa strona. Twoja strona. Moja strona. Rozumiesz. – Nie wiedziałam, czy mówi o świecie, czy o tym pokoju, czy po prostu o nas. Zapytałam, czy dobrze zna tych ludzi, którzy zajmowali puste domy.
– Tak sobie… – odpowiedziała. Okazało się, że Richard pomógł im otworzyć ich dom jakieś sześć miesięcy temu. – On jest w porządku. To wariat. Ale ta cała reszta… grają w złą grę. Grają w tę samą grę, co banki i wielki biznes.
Odparłam, że się myli… Poszli wstrzykiwać klej w drzwiach banków. Byłam dumna z siebie, bo myślałam, że ona o tym nie wiedziała.
Roześmiała się.
– No i co z tego? Wielka sprawa… Banki się tym nie przejmują, bo niby dlaczego? Daj spokój… – zaśmiała się i potrząsnęła głową. – Wejdą od tyłu, poślą po ślusarza i obciążą kosztami swoich klientów. Nie ma sprawy. Posłuchaj… Ja sama jestem biznesmenką. – Roześmiała się na tę myśl. – Posłuchaj. Oni zajmują puste domy i sprawia im przyjemność myślenie, że wszystko zawdzięczają samym sobie. Ale w rzeczywistości nawet nie wiedzą, o czym myślą. W poniedziałek wychodzą ze swoimi potężnymi tubami super kleju, a we wtorek wrócą do college’u, żeby mieć pewność, iż zdadzą kiedyś te swoje ukochane egzaminy, a za parę lat banki dadzą im ukochane, tłuste posadki. Za pięć lat będą pracować dla tego samego banku i jęczeć po cichu, że ich pensyjki nie są wystarczająco tłuste. Może znów sięgną po super klej. Tak… super klej dla starszych gnojków! – znów się zaśmiała i zakołysała na sofie. – Na tym polega gra wielkiego biznesu. Ja mam swój własny biznes, dzięki.
Wtedy muzyka ucichła.
– Zwariowali, czy co? -jęknęła i poszła zmienić kasetę.
Gadałyśmy i gadałyśmy… nie wiem, jak długo to trwało. Czułam się coraz lepiej. Jej facet, Rob, usiadł przy nas i okazał się naprawdę taki, jak mówiła – łagodny i powolny, ale na miejscu. To znaczy, wyglądał na kogoś, kto mógł poderżnąć gardło za pensa, ale naprawdę był taki ciepły. Był wspaniały, lecz… należał do niej. Lily… tak brzmiało jej imię. Zrobiła to, co ja – uciekła z domu. Zrobiła to w wieku dwunastu lat! Wyobrażasz sobie? Pomyślałam, że jeśli ktoś jest tak pewien tego, czego chce, to może uciekać mając dwanaście lat! I jeszcze pomyślałam, że ja też jestem kimś, skoro zrobiłam to jako czternastolatka. Ona była prawdziwsza niż wszyscy ludzie, których dotąd spotkałam.
Zaczęłam myśleć, że myliłam się co do siebie… No wiesz… że jestem tylko głupim dzieciakiem z szalonymi pomysłami – tak właśnie, jak wyobrażali sobie mama i tato, i Vonny, i Richard, i Smółka. Ale oto zjawiła się ta niezwykła dziewczyna. Mówiła do mnie, a ja czułam, że… tak, to ja, Gemma Brogan. I mam swój cel.
Jakiś czas później pojawił się Smółka. Powinnam była się domyślić, że mnie tak po prostu nie porzuci.
– Aha, dobrze. Więc tu jesteś – powiedział. Uśmiechał się tym swoim wielkim uśmiechem, lecz ja byłam już na innej planecie. – Poszliśmy obejrzeć nowy dom do zasiedlenia, ale ty spałaś. Dobrze się czujesz? – dodał, poważniejąc na chwilę.
Potem zauważyłam, że spostrzegł Lily siedzącą obok mnie. Podkoszulek zsunął się jej z ramienia, a przez siatkę widać było sutki. Jego twarz znieruchomiała i musiał się skoncentrować, żeby patrzeć na mnie.
– To jest Lily – oznajmiłam. Smółka kiwnął głową.
– Tak, cześć, hej – wykrztusił.
Widziałam, że spogląda nerwowo na Roba. Rob jest zawsze taki uprzejmy, bardziej uprzejmy niż ktokolwiek. Cały w uśmiechach i proszę, i dziękuję bardzo. Ale od razu dało się zauważyć, że musiał uczestniczyć w paru naprawdę groźnych bójkach. Domyślałam się, że biedny Smółka umiera z chęci wywarcia dobrego wrażenia na Lily, lecz nie chce rozdrażnić Roba. W rzeczywistości Rob podniósłby dla niego podkoszulek Lily, gdyby Smółka go o to poprosił.
Rob uśmiechnął się do niego szeroko i wstał, żeby mu uścisnąć dłoń. Smółka zrobił się od tego jeszcze bardziej nerwowy.
– No cóż, miło cię poznać – powiedział.
– Fajne buty – odezwała się Lily, pokazując skinieniem głowy jego stopy.
Smółka spojrzał niepewnie na swoje buty. Nie było w nich nic specjalnego. Bardzo błyszczały. Spędzał całe godziny na ich polerowaniu. Już wcześniej to zauważyłam.
– Naprawdę? – odparł, usiłując zgadnąć, czy mówi to ironicznie.
– Tak, podobają mi się – stwierdziła Lily.
– Dzięki.
Stał niepewny i nieszczęśliwy, podczas gdy Lily przymknęła oczy, a jej głowa zaczęła tańczyć. Biedny poczciwy Smółka. Było mi przykro z jego powodu. Igrali sobie z nim. Wstałam i wzięłam go za rękę.
– To właśnie z nim uciekłam – powiedziałam.
– Ach… – Lily rozpromieniła się. – Tak, to naprawdę świetnie. Każdy powinien uciec. Postąpiłeś słusznie. I także dla Gemmy zrobiłeś coś właściwego.
Smółka uśmiechnął się niepewnie. Tyle razy mu powtarzano, że powinnam być w domu z mamusią. A teraz ta niesamowita naga dziewczyna mówiła mu, że wszystko zrobił dobrze.
– Tak, gdyby nie Smółka, to wciąż bym tkwiła w domu i dostawałabym kręćka – oświadczyłam.
Lily siedziała obserwując Smółkę, a ja zaczęłam się bać, że może zwrócić się przeciwko niemu. Nie miałam zielonego pojęcia, po jakiej on jest stronie, ale pragnęłam, żeby też znalazł się po właściwej.