Выбрать главу

Judith Carriol nadal towarzyszyła burmistrzowi i analizowała teraz rozmowę dr Christiana z kelnerką, którą bezwstydnie podsłuchała.

Szalenie interesujące! Rozmawiał tak serdecznie. Zwykła wymiana uprzejmości, ale on zawarł w niej wyjątkowe treści, dziewczyna zaś wyraźnie rozkwitła. Charyzma. Czy o tym myślał Moshe Chasen?

Zmarszczyła brwi, ale tylko w myślach. Dominie d’Este właśnie kontynuował swój monolog o programie przesiedleniowym, błyskotliwie broniąc federalnego funduszu na przesiedlenia wyłącznie na czas zimy. Od niej oczekiwał jedynie aprobującego kiwania głową, co pozwalało jej swobodnie myśleć o czymś innym. Charyzma. Dominie d’Este z pewnością nie miał charyzmy. Był ciepły, urzekający i przystojny, ale też zanudzał słuchacza, gdy już wsiadł na swego konika.

Tak jak teraz. No cóż, bądźmy wdzięczni za małe radości, pomyślała kwaśno. Przynajmniej nie sprawdza, czy się go uważnie słucha.

Senatora Hilliera już odfajkowała. Wywarł na niej wrażenie zgodnie z oczekiwaniami. Nadzwyczaj dynamiczny, inteligentny, troskliwy. Wychowany w starej, dobrej, amerykańskiej tradycji bezinteresownej służby publicznej. A jednak po wieczorze spędzonym w jego towarzystwie dr Carriol odniosła nieodparte wrażenie, że senator David Sims Hillier VII śmiertelnie kochał władzę. Z całą pewnością nie tęsknił za pieniędzmi, nie zależało mu również na pozycji. Pragnął władzy dla niej samej, co według dr Carriol było o wiele bardziej niebezpieczne. Ponadto zgadzała się z Moshe Chasenem – Hillier nie miał charyzmy. Musiał pracować nad usidleniem tych, którzy go otaczali.

Przyjeżdżając do Hartford upiekła dwie pieczenie przy jednym ogniu, chociaż to nie burmistrz ją ściągnął. Jak przewidywała po przeczytaniu akt, zbliżenie się do Joshuy Christiana było trudne. To John Wayne wpadł na pomysł, by dr. Christiana śledzili prywatni detektywi. Genialne! W dziesięć minut po tym, jak zarezerwował miejsce w autobusie i motelu, dr Carriol już wyruszyła z Waszyngtonu do Hartford.

I – proszę, proszę – również burmistrz d’Este pojawił się tu!

Oczywiście, że musiał obserwować proces Marcusa; Hartford leżało na północy, a program „Północne miasto” z pewnością wykorzysta reportaż z sali sądowej do wielu celów, nie tylko do nagłośnienia sprawy Marcusa. Dlatego dziś poświęciła uwagę burmistrzowi, powołując się na wspólnego znajomego, dr Samuela Abrahama. Dominie d’Este znał ją na tyle, że wolał ją mieć po swojej stronie, licząc na to, iż pomoże mu w czasie utarczek w Waszyngtonie o zachowanie rynku pracy w Detroit. Tak więc dr Carriol bez problemu przedłużyła spotkanie, obserwując jego pracę z ekipą telewizyjną, a potem kolacja a’deux.

Dobrze. Z burmistrzem skończone. Od dzisiaj aż do maja koncentruje się wyłącznie na dr. Christianie, którego już uważała za jedynego wykonawcę Operacji Poszukiwanie.

Rankiem Joshua wszedł do budynku sądu. Dr Carriol podążała za nim dyskretnie od samego motelu. Zaczekała, aż wybrał środkowe krzesło w trzecim rzędzie od końca sali. Usiadła w tym samym rzędzie tuż przy przejściu. Starannie unikała zerkania w jego kierunku. Kiedy ludzie zajmowali miejsca, nieznacznie przysuwała się coraz bliżej.

Dr Christian nawiązał już rozmowę z dwiema kobietami, siedzącymi z przodu. Ze sposobu rozmowy jasno wynikało, że to wdowa po zabitym z matką. Dopiero gdy ogłoszono rozpoczęcie rozprawy, przerwał dyskusję z paniami Bartholomew i Nettleford i skupił uwagę na podium. Tymczasem dr Carriol siedziała już przy nim.

W niewielkiej sali rozpraw była dobra akustyka, ponieważ zbudowano ją dawno temu. Pomieszczenie ozdabiały sztukaterie, wiszące żyrandole, nisze i ściany o zróżnicowanej fakturze. Szkoda, że poranne przesłuchania były takie nudne. Tę salę zbudowano, by oglądać prawdziwe fajerwerki. Ławę przysięgłych wybrano i zaprzysiężono poprzedniego dnia bez sprzeciwów ze strony obrony. Teraz wyglądało na to, że pojawiło się mnóstwo sprzecznych fachowych szczegółów, które należało usunąć. Wreszcie zastępca oskarżyciela wygłosił długą mowę wstępną. Widownia drzemała w dość ciepłej sali. Tylko dr Christian obserwował zgromadzonych – z wyjątkiem siedzącej przy nim kobiety – chłonąc każdy szczegół tej nowej sytuacji.

W końcu ogłoszono przerwę na obiad. Dr Carriol naprawdę dobrze zagrała zaskoczenie. Wydała dźwięk, zwykle określany jako niewyraźny okrzyk, i spytała niepewnie.

– Doktor… Christian?

Skinął głową.

– Tak.

– Nie pamięta mnie pan? Oczywiście, dlaczego miałby mnie pan pamiętać – mówiła szybko, by nie umknął.

Patrzył na nią z uprzejmym zainteresowaniem. Jej oczy przypominały mu staw w parku w zachodniej dzielnicy Holloman z mroczną wodą i z gęstymi zielonymi wodorostami. Fascynujące oczy, kryjące w sobie wszystko, od krokodyli po zatopione ruiny.

Uśmiechnął się ostrożnie, wiedząc, że wzbudzają zainteresowanie.

– Gdzieś już panią widziałem – powiedział powoli.

– Baton Rouge, dwa lata temu – podsunęła.

Rozjaśnił twarz.

– Oczywiście! Opublikowała pani rozprawę, prawda? Doktor…

doktor… Carriol?

– Właśnie.

– To była dobra publikacja, pamiętam. Społeczne problemy miast Grupy C. Pomyślałem wtedy, że zaprezentowała pani naprawdę wspaniały dowód logiczny, ale nie zgłębiła problemów duchowych i nie udzieliła żadnej odpowiedzi.

Jego szczerość ją zaskoczyła. Zamrugała ciężkimi, białymi powiekami, ale zbyt dobrze umiała ukrywać reakcje, by zrobić coś więcej.

Nic dziwnego, że koledzy go nie lubili! Czy ktoś tak obcesowy miał charyzmę?

– Nie jestem zbytnio dociekliwa – skonstatowała spokojnie. A pan?

– Chyba tak – powiedział. Nie było to zadufanie, lecz zwykłe stwierdzenie faktu.

– A może zjemy obiad i wytłumaczy mi pan, na czym polega problem miast Grupy C?

Zgodził się.

– Grupa C to tylko jeden z aspektów – choć chyba najdokuczliwszy – tego, co nazywam nerwicą tysiąclecia. Sytuacja Grupy D jest nieco lepsza, choć ludzie również wracają na północ każdej wiosny, ale kochają swoją ziemię i domy na tyle, by w nich pozostać.

Wiadomo, że przesiedlenie Grupy C to „transplantacja” przemysłu z biedniejszych dzielnic północnych i środkowozachodnich wielkich miast. Naprawdę chcę uniknąć protekcjonalizmu, ale czy zdaje sobie pani sprawę, jak nędzne są ich wewnętrzne zasoby? Nie są przyzwyczajeni do zmieniających się pór roku, jak ludzie z Grupy D, nie są też tak solidarni jak kanadyjscy przesiedleńcy z Grupy E. A podczas nudnych zimowych miesięcy oferuje się im tylko mecze hokeja, piłki i karnawał. Nie mogą mieć samochodu dłużej niż miesiąc, a na południu spędzają cztery miesiące. Chleb i igrzyska nie sprawdziły się u Rzymian, więc dlaczego miałyby sprawdzić się teraz? Nasz miejski proletariat jest lepiej wykształcony i wyrafinowany niż jakikolwiek proletariat w historii świata. Chce, by nim kierować, by wskazać mu cel. Chce być ważny. A wie, że nikt go nie potrzebuje. Ludzie z Grupy C są biedni, to prawda, ale większość nie przepada za egalitaryzmem.

Tworzą prawdziwą amerykańską elitę. Kiedy podpisaliśmy traktat w Delhi, ich dumę i honor boleśnie zraniono. I z całą pewnością odebrano im wygody i komfort. Och, zimowe kwatery są na pewno bardziej luksusowe i lepsze niż ich własne domy na północy i środkowym zachodzie, ale uważają, że zostali sprzedani.

– Więc czego im brak? – spytała.

– Boga – odpowiedział z prostotą.

– Boga – powtórzyła.

– Proszę pomyśleć o okolicznościach – pochylił się podekscytowany. – Przez ostatnie sto lat społeczność ludzi wierzących stale się zmieniała. Mniej osób przyjmowało święcenia, coraz więcej zamykano kościołów. Wszystkie najważniejsze wyznania świata zachodniego dotknął podczas ostatniego stulecia poważny kryzys, spowodowany przez różne sekty, mające uczynić religię bardziej atrakcyjną dla mas. Ale efekt był zupełnie odwrotny. Tylko w mniejszych lub zamożniejszych społecznościach sytuacja wyglądała nieco lepiej.