Выбрать главу

Otrząsnął się z zamyślenia i spostrzegł, że matka patrzy na niego oczami przepełnionymi miłością; najzwyklejszą, bezgraniczną miłością. Tak czystą, że nigdy nie odczuwał jej jako brzemienia. Przyjął ją całą bez strachu i poczucia winy.

– Gdzie są wszyscy? – zapytał, stając za kuchenką, by matka mogła rozmawiać z nim bez przeszkód.

– Jeszcze nie wrócili z kliniki.

– Powinnaś przekazać dziewczętom część domowych prac, mamo.

– Nie chcę – powiedziała zdecydowanie. Był to temat stale powracający w ich rozmowach – Dziewczęta mają być w numerze 1045.

– Dom jest za duży, żebyś prowadziła go sama.

– To dzieci sprawiają, że zajmowanie się domem jest trudne, Joshua, a tu nie ma dzieci – w jej głosie pojawił się cień smutku, ale bez wyrzutu. Zrobiła widoczny wysiłek, żeby uśmiechnąć się i dodała wesoło: – Nie muszę odkurzać, co jest chyba jedyną dobrą stroną obecnej zimy. Po prostu kurz nie dostaje się do domu!

– Jestem dumny, że potrafisz myśleć pozytywnie, mamo.

– Ładny przykład dawałabym twoim pacjentom, gdybym narzekała! Kiedyś James i Andrew będą mieli dzieci, a ja znów znajdę się w swoim żywiole. Mam całkiem niezłe doświadczenie! Należę do ostatniego szczęśliwego pokolenia, które rodziło tyle dzieci, ile tylko chciało, a ja pragnęłam – och, gromady dzieci! Urodziłam czworo w ciągu czterech lat i gdyby twój ojciec nie umarł, urodziłabym więcej.

Jestem błogosławiona, Joshua, i nigdy o tym nie zapomnę.

Oczywiście, nie mógł jej powiedzieć tego, co cisnęło się mu na usta: och, mamo, jaka byłaś samolubna! Czworo! A reszta świata musiała ograniczać ilość urodzeń i coraz głośniej żądała wyjaśnienia, dlaczego Amerykanom nadal niczego nie brakuje? Teraz czwórka twoich dzieci musi płacić za twoją krótkowzroczność. Oto brzemię, które musimy dźwigać. Nie zimno. Nie brak prywatności i wygód w podróży. Nawet nie surową dyscyplinę, tak obcą każdemu amerykańskiemu sercu. Dzieci. A raczej ich brak.

Rozległo się brzęczenie domofonu.

Matka dr. Christiana podbiegła do aparatu, słuchała przez chwilę, po czym odłożyła słuchawkę bez słowa podziękowania.

– James chciałby, żebyś do nich przyszedł, jeśli masz czas. Jest tam pani Fane z jedną z Pat-Patek.

Nie ulegało wątpliwości, że powinien porozmawiać z Jamesem, zanim spotka się z panią Patti Fane. Wszedł na piętro i korzystając z wiszącego przejścia, znalazł się w numerze 1045, omijając poczekalnię.

Zniecierpliwiony James czekał na niego na drugim końcu korytarza.

– Nie mów mi, że nie dała sobie rady, bo nie uwierzę – powiedział dr Christian idąc z bratem do gabinetu, mieszczącego się na środkowym piętrze.

– Poradziła sobie wspaniale – wyjaśnił James.

– Więc w czym problem?

– Przyprowadzę ją. Sama opowie lepiej.

Zanim James wprowadził panią Patti Fane, dr Christian usadowił się nie za wielkim biurkiem, zajmującym cały róg pokoju, ale na wytartej wygodnej kanapie.

– Co się stało? – zapytał bez ogródek.

– Katastrofa – oznajmiła pani Fane, siadając naprzeciwko.

– Jak to?

– No cóż, zaczęło się niewinnie. Wszystkie dziewczęta cieszyły się, że po czterech miesiącach znów mnie widzą. Były zachwycone moją pracą przy gobelinach, doktorze! Milly Thring – chyba już wspominałam, jaka to idiotka? – nie mogła wprost pojąć, że zarabiam jako restaurator zabytków.

– Czy to ty spowodowałaś tę katastrofę?.

– Och, nie! Jak wspomniałam, wszystko wyglądało zupełnie niewinnie, nawet wtedy, gdy powiedziałam, że wróciłam otrzymawszy list z Komisji do Spraw Drugiego Dziecka. Zawiadomili mnie, że nie miałam szczęścia w loterii.

Obserwował ją uważnie, ale nie zauważył oznak rozpaczy, kiedy mówiła o tym najbardziej gorzkim rozczarowaniu. Dobrze. Dobrze!

– Wiedzą, że zgłosiłaś się do mnie po poradę?

– Naturalnie. Oczywiście w chwili gdy im powiedziałam, Sylvia Stringman wtrąciła swoje trzy grosze. Jest pan szarlatanem, bo tak twierdzi Matt Stringman, największy na świecie durny psychoanalityk. Muszę być chyba w panu zakochana, bo inaczej od razu bym pana przejrzała – doktorze, sama nie wiem, które z nich jest gorszą zarazą, Sylvia czy jej mąż!

Dr Christian nadal przyglądał się z uśmiechem swojej pacjentce.

Dziś miała miejsce jej próba sił – pierwsze spotkanie Pat-Patek, w którym Patti Fane uczestniczyła od czasu załamania nerwowego.

Była przywódczynią zgromadzenia Pat-Patek, jeśli można tak nazwać grupę siedmiu kobiet mniej więcej w tym samym wieku, wszystkie o imieniu Patricia, które stały się przyjaciółkami, odkąd los sprawił, że znalazły się razem w pierwszej klasie w Holloman Senior High. Z tej sytuacji wynikały tak liczne nieporozumienia, że tylko najstarszej z nich Patti Fane – a raczej Patti Drew, jak nazywała się wtedy – pozwolono na zdrobnienie imienia. I chociaż wszystkie Pat-Patki bardzo różniły się charakterami, wyglądem i pochodzeniem, katastrofa z imionami złączyła je nierozerwalnie. Wszystkie wyjechały do Swarthmore i wszystkie wyszły za mąż za wysoko postawionych urzędników oraz wykładowców Chubb University. Przez te lata spotykały się raz na miesiąc, za każdym razem w innym domu. Łącząca je więź była tak silna, że mężowie i dzieci, wciągnięci w szeregi Pat-Patek niczym oddziały posiłkowe, w końcu pogodzili się z ich solidarnością.

Patti Fane, o której Joshua mówił Pat-Patka numer jeden, została jego pacjentką przed około trzema miesiącami. Była wtedy w głębokiej depresji po wyciągnięciu pechowej niebieskiej kulki w loterii Komisji do Spraw Drugiego Dziecka. Tym trudniej znosiła ten zawód, że miała już trzydzieści cztery lata i wkrótce Komisja do Spraw Drugiego Dziecka mogła ją skreślić z rejestrów potencjalnych matek. Na szczęście, kiedy przebił się przez mur jej depresji, odnalazł pełną ciepła i wrażliwą kobietą, podatną na argumenty i łatwą do przestawienia na tor bardziej pozytywnego myślenia. Tak działo się z większością pacjentów, bo ich nieszczęście nie było wytworem fantazji, lecz aż nazbyt realne. A ludzie prawdziwie nieszczęśliwi są podatni na perswazję połączoną z duchowym wsparciem.

– Kurczę, zupełnie jakbym otworzyła puszkę Pandory, mówiąc im o swoim załamaniu! – ciągnęła Patti Fane. – Jak pan myśli, dlaczego kobiety robią taką tajemnicę z tego, że zgłaszają się do KSDD, prosząc o przyznanie prawa do drugiego dziecka? Doktorze, każdziuteńka z Pat-Patek, rok w rok pisała do nich podania! A czy któraś przyznała się do tego? Skąd! No i dlaczego żadna z nas nie wylosowała czerwonej kulki? Zdumiewające!

– Chyba nie – powiedział łagodnie. – Szansę w loterii KSDD mają się jak dziesięć tysięcy do jednego, a was przecież jest tylko siedem.

– Ale wszystkie jesteśmy dobrze sytuowane, przeszłyśmy wszystkie testy i badania po ślubie i urodziłyśmy pierwsze dziecko, no i czekałyśmy tak długo…

– Mimo to i tak nie macie wielkich szans, Patti.

– Aż do dzisiaj – powiedziała z lekkim grymasem. – Zabawne, od razu pomyślałam, że Marg Kelly wygląda na niesamowicie zadowoloną, gdy tylko ją zobaczyłam, ale wszystkie zaczęły wypytywać, co się ze mną stało i medytować nad stanem mojego umysłu, samopoczuciem i czy pogodziłam się z losem – przerwała i uśmiechnęła się do dr. Christiana ze szczerą wdzięcznością. – Gdybym wtedy nie podsłuchała tych dwóch kobiet mówiących o panu, doktorze, nie wiem, co bym ze sobą zrobiła.

– Margaret Kelly? – przypomniał jej.