Teraz wini się oświatę, telewizję, upadającą moralność – w gruncie rzeczy wszystko. Jest w tym trochę prawdy. Ale głównie zawinił zachowawczy Kościół dokonujący powierzchownych zmian zamiast prawdziwej wewnętrznej reformy. Coraz bardziej światli ludzie nie chcieli już słuchać tego, jacy są źli, a ich życie nie było tak przeraźliwie nędzne, by trzymała ich przy kościele jedynie wizja raju.
Osiągnęli i żądali więcej sądząc, że mają do tego prawo. W tym życiu! A jednak wszyscy ich zdradzili. Kościoły – ponieważ nie próbowały zrozumieć, czego pragną ich wyznawcy. Rządy – gdyż ograniczyły prawa i wydały na pastwę groźby wojny nuklearnej.
Wówczas niezwykle wzrosła frekwencja w kościołach. Ale ludzie nie powinni zwracać się do Boga ze strachu! Powinni lgnąć do niego tak naturalnie, jak dziecko tuli się do matki.
Westchnął.
– No cóż, traktat w Delhi był prawdziwym punktem zwrotnym.
Bo w końcu jedyna planeta, na której możemy żyć, zdradziła nas.
Widmo wojny nuklearnej zniknęło; ten sam los spotkał ówczesny, naprawdę nieodpowiedzialny rząd. To, co nastąpiło po roku 2004 aż do dzisiaj, jest dla nas tak nowe, że wielu nie zrozumie tego na tyle, by poradzić sobie z życiem. Większość koszmarów, gnębiących ludzkość od zarania – wizja masowej zagłady, zaboru ziem, nawet głodu – teraz stała się wręcz nieważna. Ludzie szukają życia, nie śmierci! Ale życie jest takie dziwne. A w dodatku zgubiliśmy Boga. Świat trzeciego tysiąclecia jest zupełnie nowy. Jego realia nie pozwalają na hedonizm, ale nie może zapanować nihilizm! A my znowu popełniamy ten sam błąd – próbując dopasować wczorajsze myślenie do dzisiejszych realiów, naciągamy wczorajsze fakty do współczesnych iluzji.
Czepiamy się przeszłości, dr Carriol!
– Nie mówi pan o Grupie C, doktorze – powiedziała – lecz o nas wszystkich.
– Bo wszyscy należymy do grupy C.
– Pan nie jest psychologiem, tylko filozofem.
– To tylko nazwy. Dlaczego wszystko szufladkujemy, nawet Boga? Nerwica tysiąclecia wynika z faktu, że napisy na szufladkach już nie odpowiadają zawartości. Ludzie nie wiedzą, dokąd zmierzają i dlaczego. Idą prosto na duchową pustynię i nie ma gwiazdy, która by im wskazała drogę.
Drżał w radosnym podnieceniu, które i jej się udzieliło. Było to całkiem nowe uczucie dla Judith Carriol – zarówno fizyczne, jak intelektualne. To właśnie robił ze słuchaczami. Ale jak? Nie działał przez same idee, nawet bardzo interesujące. To coś tkwiło w nim.
Moc. Olbrzymia – och, jak to nazwać? Czy w ogóle można to określić? Jego oczy, głos, ruchy dłoni, napięte muskuły i… i… Kiedy mówił, wierzyło się mu! Zmuszał, by mu wierzyć! Jakby władał wszechświatem. Albo – jakby mógł zawładnąć, gdyby tylko zechciał.
– Wróćmy do sytuacji Grupy C – starała się, by jej głos brzmiał chłodno i spokojnie. Och, ile włożyła w to wysiłku! – Powiedział pan, że zna odpowiedzi na niektóre pytania. Chciałabym je usłyszeć.
Bardzo interesuję się przesiedleniami.
– No cóż, po pierwsze trzeba je zreorganizować.
Roześmiała się.
– Słyszymy to od lat.
– Bo to prawda. Problem wynika z faktu, że mieszkańcy opuszczali północno – i środkowozachodnie miasta, zanim pomyślano o oficjalnych przesiedleniach. Zaczęło się około 1970 roku, kiedy koszty ogrzewania pomieszczeń w zimie sprawiły, że różne przedsiębiorstwa przenosiły się na przykład do Karoliny i Georgii.
Weźmy moje miasto, Holloman, które nie jest ofiarą lodowacenia, traktatu w Delhii ani przesiedleń! Pominąwszy Chubb, na początku trzeciego tysiąclecia Holloman było już martwe. Wszystkie zakłady przemysłowe przeniosły się na południe. Przedmieścia wyludniły się już dziesięć lat przed moim narodzeniem, a urodziłem się pod koniec dwutysięcznego roku. Najpierw odeszli ludzie z getta, czarni i Portorykańczycy. Za nimi biali robotnicy i urzędnicy – Amerykanie włoskiego, irlandzkiego, polskiego i żydowskiego pochodzenia. Większość starszych przeniosła się na Florydę i do Arizony. Młodsi – w tym doktorzy filozofii, nie znajdujący posady nawet jako kasjerzy w supersamach – odeszli tam, gdzie była praca. I tak było wszędzie. Mam pacjenta, starego mieszkańca Wschodniego Holloman. Nazywam go pacjentem, ale teraz właściwie jest dla nas czymś w rodzaju instytucji. Nigdy nie wypisywałem z kliniki ludzi już wyleczonych, bo nadal nas potrzebują. Ten staruszek jest po prostu samotny, a my wypełniamy pustkę w jego życiu. Jego rodzina od pięciu pokoleń mieszkała i pracowała w Holloman. W latach pięćdziesiątych miał pięć lat. W roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym umarł mu ojciec, matka przeniosła się na Florydę, brat do Georgii, jedna z sióstr do Kalifornii, druga do Południowej Afryki, gdzie wyszła za mąż, a trzecia – do Australii. I to, jak mnie zapewnił, było typowe dla całego środowiska przez ostatnie dwadzieścia pięć lat dwudziestego wieku, a ja mu wierzę.
– Nie całkiem rozumiem, jaki to ma związek z sytuacją przesiedleńców z Grupy C – uśmiechnęła się, by złagodzić jad zawarty w słowach.
– Próbuję wyjaśnić – powiedział cierpliwie – że na ludzi z Grupy C oficjalne przesiedlenia nie spadły jak piorun z jasnego nieba. Już od lat zmieniali miejsca zamieszkania. Różnica polega na tym, że kiedy przesiedlenia nakazał rząd, ludzie stracili wolność wyboru. Gdyby czasy, w których mieszkańcy dobrowolnie przesiedlali się w inne rejony, nigdy nie istniały, wątpię, czy ktoś podporządkowałby się. Ale zlodowacenie i traktat w Delhi były ostatnią kroplą w tym zamarzającym morzu, które zbyt długo ich otaczało, by ją zauważyli.
– Ale my nie chcemy nikogo ograniczać! – zaprotestowała. Tylko to zbyt wielkie przedsięwzięcie. Może później…
– Nie zrozumiała pani. Nie oskarżam Waszyngtonu – ani nikogo innego – o okrucieństwo i naprawdę zdaję sobie sprawę z wagi waszego zadania. Sposób, w jaki zaplanowaliście przesiedlenie, świadczy o tym, że mieliście dobre chęci, a wszystkie rozwiązania tego problemu były czysto teoretyczne. Ale rozdzielanie ludzi na społeczeństwa stałe i przesiedleńców to błąd. Bardzo trudno jest wracać w kwietniu na północ, gdy sąsiad mieszka na stałe na południu, gdzie razem spędziliście zimę. Istota problemu Grupy C to bezdomność.
Czym i gdzie jest dom? Czy to miejsce, w którym wypoczywa się od listopada do kwietnia? A może miejsce, gdzie pracuje się od kwietnia do listopada? Mogę powiedzieć, co o tym myślę. Otóż w miastach na północnym i środkowym zachodzie jest już zbyt zimno, by przemysł utrzymał się bez wielkiego wsparcia. Powinno zamknąć się Detroit, Buffalo, Chicago, Boston i całą resztę. Sądzę, że wszystkie przesiedleńcze miasta, z wyjątkiem może wiejskiej społeczności Grupy D, należy przekształcić w całoroczne ośrodki, w których można żyć i pracować na stałe. Uważam również, że powinno się dokonać szczegółowej reorganizacji, zintegrować ludzi z Grupy C z innymi w nowych miastach. Stare podziały są już zbędne i trzeba o nich zapomnieć nie próbując zastąpić nowymi. Zarówno najważniejszy, jak i najnędzniejszy cierpi z powodu K.SDD, braku opału w zimie i prywatnych samochodów. W naszych czasach niemal wszyscy mają ze sobą tak wiele wspólnego, że mogą współżyć.
Uśmiechnęła się.
– Zakończenie nie jest całkiem realne, ale i tak kupuję.
Nie odwzajemnił uśmiechu. Zastanawiała się, czy w ogóle miał poczucie humoru, i doszła do wniosku, że nie.
– Nie można już dłużej żyć samotnie w centrum własnego wszechświata. Jeśli kiedykolwiek było to możliwe – powiedział jakby do siebie. – W sprawach duszy komuniści są mocniejsi od nas, ponieważ wprowadzili kult państwa. My kochamy gorąco Amerykę, ale jej nie czcimy. Amerykanie muszą odnaleźć Boga, nauczyć się znów żyć z Bogiem i sobą w centrum wszechświata. Ale nie ze starym Bogiem religii judaistycznej, którego obraz zniekształcono w niezliczonych przeróbkach. Tak często niszczono go i składano od nowa Paweł, Augustyn, Luter, Knox, Smith, Wesley i tylu, tylu innych aż stał się czymś pośrednim między Bogiem Żydów a bogami z rzymskiego panteonu. Jest ideą człowieka. Ale nie człowiekiem! Bóg jest Bogiem, zawsze i ciągle tylko Bogiem. Uwierzcie, mówię pacjentom.