Jak piękne były oba domy! Zwłaszcza parter numeru 1047 przypominał obraz Rousseau, przedstawiający dżunglę; była tu ta sama nierealna symetria i nadmierna doskonałość liści bez jednej plamki, zwiniętego brzegu czy zeschłej, ogołoconej łodygi. Gdyby pojawiły się lwy i tygrysy – a w takim miejscu było to całkiem możliwe rozszerzyłyby ze zdumienia niewinne ślepia, bo takie obrazował zakochany w nich Rousseau; choć miałyby kły i pazury, byłyby niewinne jak zwierzęta w raju. Czy jakakolwiek dusza mogłaby chorować w tak pięknym miejscu? Wśród oszałamiających objawień przesuwały się jej przed oczami wizje przyszłości, a wszystkie nosiły imię Joshuy Christiana. Model życia, ideał życia, miejsce do życia…
I mama. Zdumiewające! Najmniej spodziewała się tu głupiej kobiety. A mama była głupia. O, silna jak byk. Władcza. Nie pozbawiona inteligencji i silnej woli. Ale do tej pory nie wydoroślała – co prawda bardzo młodo wyszła za mąż, lecz szybko owdowiała. Dr Carriol zaczynała rozumieć, jak wyglądało wychowanie Joshuy Christiana i dlaczego stał się tak doskonałym – mimo względnie młodego wieku – patriarchą. Mama działała instynktownie; dr Carriol ani przez chwilę nie wierzyła, że mama mogłaby z zimną krwią ukształtować osobowość syna. Osiągnęła to ślepym uporem, nieustępliwością. Rzadki sukces. Udało się jej tylko dlatego, że podatna ludzka glina, którą wydała na świat, przypadek i genetyka wyposażyły w cechy, umożliwiające realizację takiego celu. Pozwalające, by czteroletni chłopczyk uniósł brzemię ojcostwa i odpowiedzialności. Nic dziwnego, że młodsi bracia i siostra tak go szanowali, a matka uwielbiała bezgranicznie. Nic dziwnego, że stłumił potrzeby seksualne tak skutecznie, że pewnie nie odezwą się w nim aż po grób. Pierwszy raz w życiu dr Carriol poczuła zwykły i bardzo bolesny żal. Biedny czteroletni chłopczyk!
W końcu wyruszyli na nocny pociąg do Waszyngtonu. Dzięki specjalnemu upoważnieniu Judith dostali osobny luksusowy przedział, co dopiero teraz otworzyło mu oczy, jak ważną pozycję zajmuje jego towarzyszka. Co innego słyszeć o pracy od osoby, która ją wykonuje, a co innego zobaczyć efekty. Kelner przyniósł im kawę i kanapki, których nie zamawiali. Dr Christian po raz pierwszy w życiu rozkoszował się urokiem podróży.
Ale pełen zmęczenia smutek zawisł nad nim jak szary welon.
Dlaczego zdawało mu się, że podróż z tą kobietą zmieni całkowicie jego życie? Przecież jedzie tylko na spotkanie z jakimś analitykiem, by uprzytomnić mu, że statystyki komputerowe dotyczą żywych ludzi, ciał i dusz, uczuć, odrębnych osobowości, nie abstrakcji. A za tydzień wróci do domu i swojej pracy.
Jednak w to nie uwierzył. Ta kobieta, siedząca obok niego (dlaczego nie usiadła naprzeciw, co byłoby bardziej naturalne dla osoby, pozostającej z nim tylko w przyjaźni), usiłowała coś ukryć, a on to wyczuwał. Podniecenie. Niesamowitą żądzę skierowaną ku niemu. Ale seks ani nawet różnica płci nie miały z tym nic wspólnego. O, Judith Carriol i Joshua Christian byli świadomi swojej seksowności, lecz nie zamierzali zakłócać delikatnej równowagi intelektualnej, oddając się żądzom. Nie żyli dla uciech cielesnych, choć te nie były im obojętne.
Ona już dawno zrozumiała, ile wymaga to od niej energii kosztem intelektu i pracy. On nie zniósłby duchowej odpowiedzialności.
Pociąg zwolnił i zniknął w piekielnej gmatwaninie tuneli pod Manhattanem. Dr Christian wreszcie się odezwał.
– Kiedyś czytałem opowiadanie o pociągu w tunelach pod Nowym Jorkiem. Trafił w szczelinę w continuum czasoprzestrzeni i odtąd w nieskończoność pędził przez ciemność przez tunele, ciągle, ciągle, ciągle… Teraz wierzę w tę historię.
– Ja też – jej głos wydawał się zupełnie bez życia.
– Na przykład my. – Jeśli los skazałby nas na wieczną ciemność, co poradzilibyśmy? O czym rozmawialibyśmy? Czy byłabyś ze mną absolutnie szczera? Czy nadal dzieliłyby nas niedomówienia?
Poruszyła się i westchnęła.
– Nie wiem.
Spojrzała na niego, ale w przyćmionym, drżącym świetle wyglądał tak blado i posępnie, że odwróciła głowę. Dopiero wtedy, ze wzrokiem wbitym w puste miejsce naprzeciw, uśmiechnęła się.
– To byłoby nawet miłe. Właściwie nigdy nie myślałam o tym, z kim spędziłabym wieczność – i to w tym najmniej wulgarnym znaczeniu.
– Wulgarnym! – zainteresował się. – Dlaczego użyłaś właśnie tego przymiotnika?
Zignorowała pytanie.
– Siłą woli, pewnie przepchnęlibyśmy nasz pociąg przez dziurkę w czasoprzestrzeni. Zawsze uważałam, że prawdziwa nieskończoność tkwi w ludzkim mózgu. Nie ma żadnych ograniczeń, jeśli tylko zniszczymy bariery, które sobie sami postawiliśmy.
Dzięki Bogu, że nie musiała na niego patrzeć! Nie tylko dlatego, że jego spojrzenie zbijało ją z tropu, ale i dlatego, że nie była pewna, co wyczyta z jego oczu. Podniosła głowę, lecz nadal patrzyła prosto przed siebie.
– Ty mógłbyś to zrobić, Joshua. Pomóc ludziom znaleźć mury, które wznieśli w umysłach i pokazać im, jak je zburzyć.
– Już to robię.
– Phi! Zaledwie z garstką. A co z resztą świata?
Zesztywniał.
– Nic nie wiem o świecie poza Holloman. I nie chcę wiedzieć. Odsunął się od niej.
A więc w milczeniu przyglądali się, jak mrok przesuwa się za oknami, monotonnie i bez końca. Nieskończoność mroku. Czy to wieczność była mroczna, czy odwrotnie? Smutek ogarnął go jak zapach mocnych perfum. Pociąg wypadł wreszcie na ponure, brudne perony Penn Station. Dr Christian zamrugał oczami, porażony mdłym światłem, jakby miało moc miliona świec, a on był celem dla miliona wścibskich, lubieżnych oczu.
Od Penn Station przez niezliczoną ilość przystanków ciągle milczeli, oparli głowy w dwóch przeciwległych kątach długiego siedzenia i wpatrywali się przed siebie. Ocknęli się, gdy pociąg wjechał z jękiem na stację w Waszyngtonie, a konduktor załomotał do drzwi.
Znaleźli się na terytorium dr Carriol, dlatego to ona poprowadziła do wyjścia z marmurowego mauzoleum Union Station i do właściwego autobusu, a dr Christian potykał się oszołomiony.
– Departament Środowiska jest tuż obok – machnęła ręką dokładnie na północ, ale najpierw pójdziemy do domu i się odświeżymy.
Cud nad cudami, autobus do Georgetown przyjechał punktualnie, jakby znakomicie zsynchronizowany z pociągiem, ale tylko dlatego, że pociąg godzinę się spóźnił.
Nastało wczesne marcowe popołudnie, ale dzień był względnie ciepły i słoneczny. Zapewne w tym roku kraj nawiedzi ciepła wiosna.
Niestety, na wiśniach jeszcze nie pojawiły się pączki; wszystko kwitło coraz później. O nieba, tchnijcie życie w drzewa, modliła się w duchu dr Carriol, chora z obrzydzenia na myśl o zimie. Pozwólcie mi jeszcze raz zobaczyć pieniste kwiecie! Czyja również padłam ofiarą nerwicy tysiąclecia? Czy po prostu jestem zwykłą ofiarą?
W domu pachniało świeżo, ponieważ wyjeżdżając zostawiła szczelinę w oknach od frontu i z tyłu, a także w zabudowanym bocznym pasażu.
– Budynek nie jest jeszcze wykończony – usprawiedliwiła się, prowadząc go przez hali. – Nie mam już pieniędzy. Ale po swoim domu mój uznasz chyba za bardzo przeciętny.
– Nie, jest śliczny – powiedział szczerze, przyglądając się z aprobatą gustownym meblom w stylu królowej Anny, brokatowym krzesłom i sofom oraz dywanowi, przywodzącemu na myśl pocętkowane cieniem słoneczne światło.
Weszli po drewnianych schodach miodowego koloru i przeszli miodowym korytarzem, wykładanym drewnianą boazerią, aż do drzwi z miodowego drewna. To sypialnia, w której stało jedynie szerokie łoże, wypełniające ją niemal w całości.