Выбрать главу

– Będzie ci tu wygodnie? – spytała z powątpiewaniem. – Rzadko miewam gości, więc pokój gościnny jest nieco zaniedbany. Może wolisz przenocować w hotelu, oczywiście na koszt Departamentu.

– Skądże! – oświadczył, stawiając walizkę na podłodze.

Wskazała inne drzwi.

– To łazienka.

– Dziękuję.

– Wyglądasz na zmęczonego. Chcesz uciąć sobie drzemkę?

– Nie, wezmę tylko prysznic i przebiorę się.

– O, świetnie! Chciałabym, żebyśmy w Departamencie Środowiska zjedli obiad. Potem poznam cię z Moshe Chasenem. Możecie spędzić razem popołudnie, a później pójdziemy na kolację – uśmiechnęła się ze skruchą. – Niestety, gotuję fatalnie.

Po czym zamknęła drzwi i zostawiła go samego.

Katka i bracia przyjęli jego związek z dr. Judith Carriol z wielką aprobatą, natomiast bratowe i siostra z ogromną niechęcią.

Po jego wyjeździe bez uprzedzenia do Waszyngtonu, rozłam w rodzinie stał się jeszcze bardziej wyraźny. Waśń przybrała na sile następnej niedzieli, gdy rodzina zebrała się rankiem na parterze numer 1047, by zająć się codzienną pielęgnacją roślin.

Kobiety, uzbrojone w spryskiwacze, koszyki i małe sekatory, miały spryskiwać i przycinać rośliny, mężczyźni zaś rozwijali polietylenowe szlauchy, podłączone do kranów, i znosili różnej wielkości drabinki.

Każdą roślinę podlewali na wyczucie; najpierw należało sprawdzić wilgotność gleby. Pracowali sprawnie i w skupieniu. Niemal każdą roślinę znali tak dokładnie, jak bliskiego krewnego. Wiedzieli, ile potrzebuje wody, jakie szkodniki ją niszczą, jak rozwijają się na niej liście lub łodygi. Jedyne kłótnie powodowała kwestia nadawania liściom połysku, przeciw czemu dr Christian ostro protestował, a matka nalegała. „Osiągniemy doskonałość”, mawiała, a on odpowiadał niewzruszony: „Nie, mamo. To pozrywa tkanki”.

Dziś, korzystając z jego nieobecności, mogła wyczyścić liście i udowodnić, jak osiąga się doskonałość, jednak zajęta obroną ukochanego dziecka, zapomniała o jakimś tam połysku.

– Mówię wam, to początek końca – obwieściła Mary. – Nie pomyśli już o nas, nigdy o nas nie myślał.

– Bzdura – zaoponowała mama, delikatnie pociągając na wpół zeschły liść.

– Nigdy nie wróci, bo z tą żmiją Carriol będą bardzo zajęci w Waszyngtonie. Wsadzą go do jakiegoś głupiego urzędu – upierała się Mary. Pffft, pffit, szumiał jej spryskiwacz na liściach palmy.

– Nie wierzę ci, Mary – powiedział James, wspinając się po wysokiej drabinie do wiszącej w koszyku bostońskiej paproci. – Co ci zawinił Joshua, że tak strasznie źle o nim myślisz? Czy kiedyś o nas zapominał?

– Nigdy – mruknęła krnąbrnie.

– To niesprawiedliwe i przykre. Po prostu pojechał na kilka dni do Waszyngtonu, żeby spotkać się z jakimś analitykiem danych ze Środowiska – dodał James ze szczytu drabiny.

– Analityk-śmanalityk – parsknęła Miriam, która lubowała się w tworzeniu amerykanizmów. – To tylko pretekst tej całej Carriol, żeby go od nas oderwać i dobrać się do niego. Naprawdę, Joshua jest czasem taki tępy! I ty też, Jimmy!

Andrew wyszedł po białe haki do doniczek i wiertarkę na baterie, ale wrócił w samą porę, by usłyszeć tę wymianę zdań.

– Jimmi, pomóż mi z Czarnym Księciem, dobrze! Musimy wbić kolejny hak i podwiązać go – powiedział, ustawiając drabinę. Gdyby ktoś pytał mnie o zdanie, to wy, kobiety, jesteście zwyczajnie zazdrosne o przyjaciółkę biednego Joshuy. Przez lata zaharowywał się na śmierć i nie spojrzał na nikogo. Wreszcie znalazł dziewczynę. No cóż, uważam, że to wspaniałe.

– Zmienisz zdanie, gdy ona przejmie władzę – stwierdziła ponuro Myszka, wyrywając na klęczkach samosiejki słodkiego groszku, pieniące się w płytkiej donicy z kaktusami.

– Władzę? – sapnęła zbulwersowana mama. Przerwała obskubywanie strąków z „serca Jasia”, które lada chwila mogły pęknąć i zasypać podłogę pyłkiem. – Bzdury.

– Jaskrawa czerwień w jej wieku – parsknęła Miriam. Ręce trzęsły się jej, gdy upychała świeżą ziemię wokół begonii.

– To potwór – oświadczyła Mary. – Zniszczy go, zobaczycie.

Mama zeszła z niskich schodków i przystawiła je do donicy z włoskim złotowłosem, o ponad półmetrowym obwodzie.

– Joshua potrzebuje żony, a może nią zostać wyłącznie osoba, która wniesie pozytywny wkład do jego pracy. Judith Carriol jest doskonała.

– Ale mogłaby być jego matką! – pisnęła oburzona Myszka zapominając o nieśmiałości.

– Na miłość boską, kobiety, dosyć! – zirytował się Andrew. – Josh jest na tyle dorosły, że może decydować o sobie, własnych planach i popełniać błędy!

– Dajże spokój, co złego grozi nam ze strony doktor Carriol? James usiłował zaprowadzić porządek. – Najwyższy czas, żeby Josh trochę poszalał. Nigdy tego nie robił i właśnie to powinno was martwić, zaborcze baby. O wiele bardziej niż wyjazd z doktor Carriol.

– Dlaczego Joshua nigdy nie romansował? – Myszka kryła się w gąszczu orchidei, przerażona, że ośmieliła się zadać od dawna dręczące ją pytanie.

– No cóż, jest normalnym mężczyzną – powiedział James powoli. – Nie należy do osób pruderyjnych. Ale jest niesłychanie skryty. A więc – wiesz tyle samo co ja.

Kocham go, mówiła w duchu Myszka. Naprawdę go kocham, naprawdę, naprawdę, strasznie… Wyszłam za jego brata i wtedy zrozumiałam, że to jego kocham.

– Jestem absolutnie pewna, że ożeni się z Judith Carriol stwierdziła mama.

– Po moim trupie! – warknęła Miriam.

– Och, mamo, zaskakujesz mnie – dodała złośliwie Mary. Wiem, że decydujesz bez zastanowienia, ale… Naprawdę chcesz własnoręcznie wykopać sobie grób? Jeśli Joshua poślubi tę kobietę, nie będzie ciebie potrzebował.

– Trudno – powiedziała mama dzielnie. – Liczy się tylko szczęście Jushy.

– O, tak – rzuciła Mary.

– Milczeć! – wrzasnął znienacka Andrew. – Ani słowa więcej o Joshui i jego prywatnych sprawach!

Resztę niedzielnych prac przy kwiatach wykonali w zupełnym milczeniu.

Dr Christian i dr Chasen przypadli sobie do gustu, jak przewidywała dr Carriol.

Po pierwszym spotkaniu obudziły się w Joshui dziwne wątpliwości czy nawet niepokój sumienia. Może lęk. Nie miał pojęcia, jak określić te uczucia. Dr Carriol zaprowadziła go do Sekcji Czwartej, a stamtąd w dół, kolejnymi korytarzami, do wielkiego, tonącego w papierach gabinetu Moshe Chasena.

– Moshe, Moshe! – wpadła z krzykiem bez pukania. – Moshe, przyprowadziłam kogoś! Spotkałam go w Hartford i przez kilka minut usłyszałam od niego więcej sensownych rzeczy o przesiedleniach niż przez lata w Środowisku. Więc przekonałam go, żeby przyjechał do Waszyngtonu i porozmawiał z nami. To doktor Joshua Christian.

Joshua, poznaj Moshe Chasena, który właśnie rozpoczyna pracę nad gargantuicznym przedsięwzięciem – modyfikacją opracowanego w Departamencie programu przesiedleń.

Dr Christian mógłby przysiąc, że zanim dr Chasen spojrzał na niego, w oczach mignął mu specyficzny wyraz – nie domniemanie „chyba – już – się – gdzieś spotkaliśmy”, lecz coś bardziej intensywnego. Nie znalazł na to lepszego określenia niż mina mężczyzny, przypadkowo przedstawionemu komuś, o kim wie, że jest kochankiem jego żony. Ale dr Chasen zareagował tak ulotnie, że dr Christian mógł uznać wszystko za przywidzenie. Dr Carriol skończyła już krótkie przemówienie, a Moshe zerwał się na równe nogi, uśmiechnął powściągliwie, lecz szczerze i ciepło i wyciągnął rękę w geście powitania.