Выбрать главу

– Świetnie. Świetnie. Jesteś zwolennikiem pracy, samodyscypliny. Niezbyt to oryginalne.

– Oczywiście, że nie! – warknął rozdrażniony. – Zdrowy rozsądek to prozaizm! A właściwie, co tak fascynuje w oryginalności?

Czasami to najbardziej wyświechtany banał, czego ludzie nie rozumieją, bo każdy rządzący sili się na oryginalność! A zdrowy rozsądek towarzyszy ludziom od zarania!

– Słusznie. Wytrzymaj jeszcze trochę, Joshua. Nie odgrywam roli adwokata diabła dla przyjemności. No dalej, co jeszcze byś im powiedział?

Jego głos nabrał ciepłych, mruczących tonów.

– Że ktoś ich kocha. Chyba nikt im tego nigdy nie mówił.

W dużej mierze z tego wynikły nasze problemy. Współczesne władze są sprawne, przewidujące, oddane. Ale odmawiają nam miłości, tak jak niepewny i słaby mężczyzna nie wyznaje miłości żonie czy kochance i uważa, że powinna o niej wiedzieć. Och, Judith! – wszyscy pragniemy usłyszeć, że ktoś nas kocha! Wówczas dzień staje się jaśniejszy! Dlatego powiedziałbym im, że zasługują na miłość, że nie są źli ani grzeszni, że nikt nimi nie gardzi, nikomu nie zawadzają. Powiedziałbym im, że mają predyspozycje, by uratować się i stworzyć lepszy świat.

– Skoncentrować się raczej na tym niż na tamtym świecie?

– Tak. Chciałbym, by zrozumieli, że Bóg celowo stawia ich w tej sytuacji, by uczynili coś ze świata, który im podarował. Zbyt wielu ludzi myśli o zbawieniu po śmierci, zaniedbując życie doczesne.

– Odchodzisz od tematu – stwierdziła, chcąc go rozdrażnić.

Ciekawiło ją, jak sobie radzi ze skrajnym i małostkowym sceptycyzmem.

– Błądzę, błądzę, błądzę! – wysyczał przez zęby, uderzając do taktu pięściami w kolana. Później odetchnął głęboko, opanował się, bo znowu przemówił pewnie. – Judith, gdy ludzie zwracają się do mnie o pomoc, patrzą na mnie błagalnie – to takie łatwe! Kiedy patrzysz na mnie jak na jakiś okaz pod mikroskopem, nie mam pojęcia, co ja tu do diabła robię. Nie obchodzą cię moje poglądy o Bogu, człowieku… Właściwie, co cię frapuje? Dlaczego ja cię interesuję, a przecież nie powinienem! Zdaje się, że wiesz o mnie cholernie dużo, a ja o tobie nic! Jesteś… jesteś tajemnicą!

– Interesuje mnie nadanie światu praw – powiedziała chłodno. – Może nie całemu światu. Ameryce.

– Mogę w to uwierzyć, ale to wymijająca odpowiedź.

– Później przyjdzie pora na zajmowanie się moją osobą. Teraz ty jesteś ważny.

– Dlaczego?

– Wyjaśnię ci za chwilę. Opowiedz mi jeszcze o sobie i swoich poglądach.

Roześmiał się głośno i urągliwie.

– Skoro chcesz mnie zaszufladkować, jestem meliorystą.

Zabolało ją, że użył nie znanego jej słowa, ale ciekawość zwyciężyła. Zamiast siedzieć cicho, a potem sprawdzić to określenie w słowniku, spytała: – Meliorystą?

– Kimś, kto wierzy, że świat mógłby stać się nieskończenie lepszym miejscem dzięki wysiłkowi człowieka, a nie boskiej interwencji.

– Wierzysz w to?

– Oczywiście.

– I w Boga?

– O, jestem pewien, że Bóg istnieje – powiedział poważnie.

– Mówisz to z przekonaniem.

– Bo Bóg po prostu istnieje.

– A, pieprzyć to! Nic mi to nie daje! – syknęła z wściekłością i zerwała się na równe nogi. Spojrzała na jego twarz; jej własna wyostrzyła się, bo aż cofnęła brodę.

Roześmiał się z uciechą.

– Fantastycznie! Wreszcie szczelina w twoim pancerzu!

– Nieprawda – była zła. – Nie mam żadnego pancerza. Chcesz usłyszeć zagadkę?

– Jaką?

– Jeśli ją rozwiążesz, Joshuo Christianie, dowiesz się wszystkiego o Judith Carriol.

– A więc słuchani. Zaczynaj!

– Jasny jest słowa dźwięk, kiedy z barda ust pada, wartki jest pieśni pęd, kiedy mistrz ją układa…

Nie ścichnie słowa dźwięk i ptakiem pieśń powróci, nawet, gdy umrze bard, gdy mistrz się w proch obróci.

Milczał zmieszany.

– Zabiłam ci ćwieka?

– Odgrywasz się, że użyłem terminu, którego nie znałaś – powiedział na wpół żartem.

– Wcale nie. Zgadniesz?

– Nie jestem Edypem. To ładne, ale niezrozumiałe.

– A więc dobrze, opowiem nie o sobie, ale o tobie. Wyjaśnię ci, dlaczego mnie tak interesujesz.

Od razu spoważniał i zaczął słuchać.

– Muszę to wiedzieć. Wal.

– Masz wiele pomysłów, Joshuo Christianie. Ważnych i ośmielę się twierdzić – nieprzemijających. Napisz książkę.

– Nie potrafię, Judith.

– Do tego są duchy – odwróciła się i ostrożnie schodziła po zboczu. Poszedł za nią.

– Duchy? – nadał temu słowu znaczenie nadnaturalne, tak dalekie od jej myśli.

– Och, Joshua! Nie upiory! Ludzie, którzy piszą książki za innych.

– Upiorna nazwa dla upiornego zajęcia.

– Możesz mnóstwo zaoferować wielkiej rzeszy ludzi, a nie tylko garstce, z którą spotykasz się w klinice. No więc, skoro twierdzisz, że nie umiesz pisać, dlaczego by nie miał zrobić tego duch?

– Mam mnóstwo do ofiarowania ludziom, wiem o tym. Ale tylko bezpośrednio.

– Nonsens. Pomyśl o tym w ten sposób. Obecnie pomagasz grupie pacjentów w Holloman. Świetnie, że założyłeś taką małą klinikę i przyjmujesz tylu pacjentów, że sam ich dopilnujesz. Twoja metoda leczenia wymaga ścisłego kontaktu, a to zależy raczej od ciebie niż od innych terapeutów, których mógłbyś wykształcić. Wyłączam z tego rodzinę, bo oni są jakby częścią ciebie. Ale książka – nie podręcznik, napisany przez ekspertów, zwykła książka dla ludzi, rozpaczliwie czekających na przesłanie, które ty pragniesz im przekazać – byłaby dla nich darem niebios! Możesz w niej wyrazić siebie tak, jak to robisz w bezpośrednim kontakcie. Książka dotrze do milionów. Jej wpływ na rozwiązanie problemu nerwicy tysiąclecia w kraju będzie niezwykły. A może i na całym świecie, jeśli świat zechce cię wysłuchać. Powiedziałeś, że ludzie rozpaczliwie potrzebują miłości, a nikt im nie mówi, że są kochani. Więc powiedz im to w książce! Joshua, książka to jedyne rozwiązanie!

– Świetny pomysł, przyznaję, ale nierealny. Nawet nie wiedziałbym, jak zacząć.

– Powiem ci – zachęcała. – Przedstawię ci nawet zakończenie.

Och, to nie znaczy, że napiszę tę książkę za ciebie! Ale znajdę wydawcę, a ten wyszuka odpowiedniego współpracownika.

Skubał wargę, rozdarty między zapałem a obawą. Wreszcie szansa. I to jaka! Do iluż ludzi przemówiłby tą książką! Ale jeśli nie uda się, czy jedynie pogorszy wszystko? Czy nie lepiej pozostać przy tej garstce w Holloman, której naprawdę pomagał, niż wtrącać się do życia i szczęścia tysięcy anonimowych ludzi?

– Obawiam się takiej odpowiedzialności – powiedział ostrożnie.

– Przecież kochasz odpowiedzialność, żyjesz nią! Bądź uczciwy wobec siebie, Joshua. Wahasz się, bo nie wiesz, czy książka będzie twoja, gdyż potrzebujesz pomocy przy redagowaniu. To naturalne, bo jesteś na równi człowiekiem czynu i myślicielem. Napisz tę książkę, bo twoje pomysły są naprawdę wartościowe. Masz odwagę, by nieść duchowe przesłanie. To dość rzadkie w naszych czasach. Zgadzam się z tobą, ludzie potrzebują wsparcia duchowego bardziej niż jakiegokolwiek innego. Nie winie cię za to, że boisz się – była bardzo poważna, gdy podniosła ku niemu oczy. – Musisz napisać tę książkę, Joshua!

Tylko tak dotrzemy do ludzi.

Jaki piękny świat! Rozejrzał się dokoła, próbując spojrzeć na niego nowymi, niewinnymi oczami. Oto świat, o który walczył i nie przestanie walczyć, by kiedyś, kiedyś znów stał się rajem pełnym miłości i wygód, jakim pewnie był, zanim pojawił się człowiek.

Człowiek zaś powinien nauczyć się żyć w tej rzeczywistości! I gdzieś pod pancerzem lęku i niezdecydowania czuł, że on, Joshua Christian, musi spełnić bardzo ważne zadanie. Właściwie zawsze o tym wiedział. O Napoleonie, czy Cezarze pisze się, że mieli „świadomość przeznaczenia”. On też miał tę świadomość. Ale nie myślał o sobie jako o Napoleonie czy Cezarze, by nie czuć się wybranym, wyjątkowym i uprzywilejowanym. To straszne – manipulować ludźmi w przekonaniu, że wyjątkowa pozycja uprawnia cię do tego, wręcz wymaga tego od ciebie! A jednak, jednak, jednak… A jeśli zaprzepaści szansę i w rezultacie kraj legnie w gruzach?